Gdzie chce Pan być pochowany?Jeśli w Warszawie, to w grobowcu Lothe-Stanisławskich na Starych Powązkach. Jest tam wolny kąt, który sobie upatrzyłem. Zajmę mało miejsca, będę w urnie.
A na niej: Lachmann i...?Może być "poeta". Jeden tam już jest (śmiech) - "były dyrektor więzień warszawskich, poeta", Joli prapradziadek.
Z imieniem Piotr czy Peter?"Wszystko zawdzięczam Polsce Ludowej / nawet imię / nie własne". Niech będą dwa - Peter-Piotr, w porządku alfa-betycznym.
I chronologicznym."Przepoczwarzał się na oczach wiernych kościoła Wszystkich Świętych - napisałem w wierszu "Czas gliwicki" - z Niemca w Polaka / potem z Polaka w Niemca / i tak w kółko / z podziwu godną dość obrzydliwą / regularnością".
Ale wcześniej: "Biegł bez tchu ulicami o zmienionych nazwach / do kin o zmienionych nazwach / oślepiony cywilno-wojskową śmiercią..."Urodziłem się w Gleiwitz, 13 lat mieszkałem w Gliwicach i w 1958 r. wyjechałem do Niemiec zachodnich. Po wojnie miałem dziesięć lat. Zostałem wypędzony - połowicznie. Słowo wypędzony niech pani weźmie w cudzysłów.
Po co?Jest trefne. Toksyczne. W obu językach. Na którym buduje się karierę polityczną. Którym można szafować, ile się chce, i manipulować, kim się chce. Polacy więc straszą Polaków rewizjonizmem niemieckim, a Niemcy - coraz potężniejsi - próbują rozliczać Polaków z win niezawinionych. A próbują dlatego, że Polacy są od nich politycznie uzależnieni. Oraz dużo słabsi. Ekonomicznie i organizacyjnie. O to słowo posprzeczałem się kilka tygodni temu w Niemczech w trakcie jakiejś dyskusji na temat tzw. wypędzenia. Powiedziałem, że jak je słyszę, to Polak się we mnie oburza, a Niemiec rozumie.
Co Niemiec rozumie? W Niemczech żyje parę milionów przesiedlonych. W te miliony wliczając dzieci i wnuki. Oni czują się ze swojej Heimat wygnani. Prawdopodobnie tak samo jak Polacy z Kresów Wschodnich, których także wypędzono, ale do których przyklejono etykietkę "repatriantów". Różnica jednak polega na tym, że Polacy wiedzą, dlaczego znaleźli się na tzw. Ziemiach Odzyskanych, a Niemcy albo nie wiedzą, albo nie pamiętają, bo pamiętać nie chcą, dlaczego musieli te Ziemie opuścić. To, co zdarzyło się w czasie II wojny i po wojnie, zostało w Niemczech stabuizowane. Całkowicie. Ja też bym prawdopodobnie nie wiedział lub nie pamiętał, gdyby moja mama najpierw nie przegapiła najdogodniejszego do przesiedlenia momentu - przed wejściem Armii Czerwonej. Potem gdyby - wywieziona ciężarówką do obozu przejściowego - nie uciekła ze mną i z siostrą z powrotem do Gliwic. I wreszcie gdybym ja - w kolejnym podejściu do wyjazdu, kiedy czekaliśmy spakowani na transport Czerwonego Krzyża - nie zachorował.
Czyli historię II wojny światowej poznał Pan przez przypadek? Przez "figlarny i płatający figle upiór" - powtórzę za Hoffmannem, artystą i pruskim radcą, który za karę 200 lat temu został zesłany z Poznania do Płocka. A ja? Bawiąc się z kolegami w Ritter und Räuber - rycerzy i rabusiów - w gruzach luksusowego przed wojną hotelu Haus Oberschlesien w przeddzień wyjazdu spadłem razem z windą dwa piętra w dół. Nie wiem, czy dla mnie na szczęście, czy na nieszczęście.
Na szczęście. Dla nas.Jest pani pewna?
Jestem. My w Polsce kochamy, Panie Piotrze, spętlonych, pokręconych, zasupłanych facetów. O czym pani mówi?
ŹRÓDŁO: |  |
O tym, że my ich sami masowo produkujemy. Ja wpadłem w lej środkowoeuropejski i zostałem sproszkowany.
Na popiół? Duchowo tak. Na pewno tak.
Proszę sobie wyobrazić taką scenę. Jest rok 1945, Peter znika, nie ma go, staje się Piotrem. To przechrzczenie następuje automatycznie. Mój sobowtór zjawia się w polskiej szkole, ma dziesięć lat. Nauczycielka prosi go o podanie daty urodzenia. Tragikomiczny moment. Nie znam polskiego.
Mojej mamie do głowy nie przyszło, że zapisując mnie do polskiej szkoły, naraża na upokorzenie. Gorzej, na utratę pierwotnej tożsamości.
Miała wybór?Nie. Niemcy też nie są Polakami. Nie potrafiliby wymyślić tajnych kompletów dla swoich dzieci.
Polscy koledzy, wspaniali, zaczynają mi podpowiadać. Czuję się straszliwie poniżony oraz językowo - używając metafory - zgwałcony. Coś dukam, łamiąc sobie język, nieskładnie. Ja, prymus w niemieckiej szkole! Zafascynowany Nibelungami, niemiecką gramatyką, niemiecką literaturą.
Dziś przyrównuję tamtą opresję do gwałtu na dziewczynce. Kiedy dorosła, czuła się najlepiej jako prostytutka.
Przyjęto mnie do czwartej klasy, przeżyłem iście gombrowiczowską przygodę. Siedziałem na lekcjach jak w teatrze, udając, że rozumiem treść spektaklu, w którym biorę udział. Nierozumienie maskowałem i nadrabiałem mądrymi minami. A mój kolega z ławki Adam - potem przyjaciel; od 1968 r. mieszka w Londynie - uczył mnie najświeższej historii Polski, rysując - bo zorientował się szybko, że moje kompetencje językowe są nikłe - burzone miasto i domy, jeden po drugim, ulica za ulicą, podpalane przez żołnierzy Wehrmachtu.
Pana rodaków?Tak, Niemców. On usiłował mi opowiedzieć, co ci moi rodacy zrobili w Warszawie. Pismem obrazkowym. Jak rozprawili się z Powstaniem. Powstanie Warszawskie w komiksie kreślone ukradkiem na lekcjach.
Adam tu był, widział, uciekał z rodzicami z palącej się Warszawy.
Ta ulica, przy której teraz mieszkam, ocalała. W tych wszystkich budynkach, które widać z mego okna - co za przewrotna przypadkowość losu - proszę popatrzeć, mieścił się sztab niemiecki.
Pan chce go widzieć?!Tak, oczywiście. Jak mogę nie widzieć? W mojej kamienicy na trzecim piętrze ukrywał się wtedy Władysław Szpilman - poznałem go później, zaprzyjaźniłem się z nim. On tu dla "dobrego Niemca", kapitana Wilma Hosenfelda, grał nokturn Chopina.
Warszawa jest cieniem tamtego miasta. Mówią, że była piękna, może to mit, nie wiem. Chodząc ulicami, czuję ten cień. Niemcy nic o jej historii i kulturze nie wiedzą.
Jak mogą nie wiedzieć?Nie wiedzą. Dla nich to miasto nie istnieje. Dosłownie nie istnieje. Warszawa ich nie interesuje. Nigdy nie interesowała.
ŹRÓDŁO: |  |
Dlatego, że chcieli ją wymazać z mapy Europy?Też kiedyś sądziłem, że może to efekt wyparcia złej pamięci. Ale nie. Jest gorzej. Niemcy w ogóle nie wiedzą, że to miasto miało być wymazane. Oni nawet nie zauważyliby, że jest wymazane. A ci - no, może niektórzy z tych, którzy udają, że coś o Warszawie wiedzą - Powstanie Warszawskie mylą z powstaniem w getcie. To jest dla mnie najbardziej oburzające, skandaliczne, niedopuszczalne. To musi się w którymś momencie ujawnić, może w nieprzyjemny sposób, w wyniku integracji europejskiej, kiedy dojdzie do wielkiego wzajemnego odliczania i rozliczania.
Kiedy?!Kiedy "wypędzeni" zaczną dochodzić praw do swoich domów pozostawionych na wschodzie, czyli na polskim zachodzie, a Polacy w rewanżu obliczą na przykład koszt odbudowy Warszawy. Niektórzy już podobno liczą i wystawią Niemcom rachunek strat. W miliardach euro! A niech wystawią, niech do Niemców wreszcie dotrze, co za teatr okrucieństwa wyreżyserowali tutaj w XX wieku. Niech dojdzie wreszcie do dyskusji o winie i karze.
Już była.Nie było. Dla mnie ta akcja pokuty, jaką zainicjowali młodzi Niemcy w latach 60., była rodzajem niesmacznej psychodramy. Lub masochizmu. Kpiłem z niej. Bogu ducha winni ludzie przyjeżdżali do Oświęcimia, pracowali, porządkowali, organizowali jakieś warsztaty. Deklarując skruchę, nie za siebie. Bo ci, którzy powinni ją okazać, milczeli. Dla nich Polska pozostała czarną dziurą między Niemcami a Rosją. Dziurą przemilczaną.
Ja przez 30 lat próbowałem tę czarną dziurę zapełnić. Mówiłem, pisałem, Polska nie może być dla nas, Niemców, zwyczajnym sąsiadem. My do Polski musimy mieć stosunek szczególny.
Taki jak do rodziny, którą się okaleczyło, zabijając ojca czy brata. I nic!
Mnie teraz cieszy tylko jedno: mego ojca tu wtedy nie było.
Pan o tym myśli?!Myślę. Chwała Bogu, nie było. Mam na to dowody. Pociąg, którym jechał ze swoim oddziałem z Francji na Wschód, stał w Warszawie na bocznym torze.
Był żołnierzem?Wehrmachtu. Na szczęście tylko żołnierzem zmobilizowanym do wojska w 1941 r. Nie należał do żadnej partii, nie musiał się podpisywać pod ideologią nazistowską. Korzystał z przywilejów. Był znanym piłkarzem, gwiazdą ligowej drużyny. W Gliwicach miał sklep z artykułami sportowymi. Mój ojciec w Warszawie z tego pociągu nie wysiadł.
Dlatego zginął. To paradoks, ale dlatego. Pod Stalingradem nie zginął, ale zaginął. Rozpłynął się w rosyjskiej mgle. Dla mnie stał się widmem. Mama otrzymała informację, że nie dostał się do niewoli.
Czekała?Wszyscy czekaliśmy. Ja z każdym rokiem coraz mniej. My w domu nie przeżyliśmy tego, co Niemcy nazywają
die Trauerarbeit. Piękne określenie.
Mądre.Nie wiem, nieprzetłumaczalne na polski. Praca żałoby? Syzyfowa praca.
ŹRÓDŁO: |  |
Chyba umarł. A ja, chcąc przezwyciężyć ten pierwszy ból poniżenia w szkole, tę sromotną wtedy dla mnie porażkę, umyśliłem sobie, że nauczę się porządnie polskiego. I stał się cud. Po czterech przypadkach, na których skończyłem niemiecką edukację, zostałem obdarowany siedmioma. Byłem nimi podekscytowany. Zwłaszcza wołaczem. Urzekł mnie. "Języki - napisałem w wierszu "Kurs dla początkujących" - nałożyły mu się na twarz / jak maski przeciwgazowe / trudne do zdjęcia / dusił się to w jednym, to w drugim / marzył o uniwersalnym, nieograniczającym go języku obrazów / dającym oddech".
Dwujęzyczność jest obciążeniem?Przeżyłem niedawno ciekawą historię. Jechałem pociągiem z Warszawy do Berlina, w Poznaniu przysiadł się do mnie 11-letni chłopak, zaczął mnie zagadywać. Po niemiecku, cały czas po niemiecku. I nagle, gdy przekroczyliśmy granicę i znaleźliśmy się w Niemczech, przeszedł na polski. Ja mówiłem do niego po niemiecku, a on odpowiadał mi po polsku, nie zdając sobie sprawy z tego, w jakim języku rozmawia. Zapytałem o jego matkę. Jest Polką, nie zna niemieckiego, odbierze go z dworca w Berlinie. Wtedy zrozumiałem. On już psychicznie był gotowy na spotkanie z nią, wyczekiwał go. Ze mną było niby podobnie, choć dokładnie odwrotnie. Moja mama nie znała polskiego i ja, wchodząc do domu, automatycznie przechodziłem na niemiecki. Jednak zasadnicza różnica między nami polega na tym, że ja swoją niemiecką tożsamość nabytą przez urodzenie musiałem zataić. Ukryć ją w szkole i na ulicy. Nawet we własnej głowie. Powiedzenie w Polsce, że jest się Niemcem, było najpierw niebezpieczne, potem niestosowne, a jeszcze potem niezręczne. I przez ten przymus zatajenia wymyśliłem, że będę występować w dwóch postaciach.
Mama nie zauważyła?Nie. Ona nie bardzo interesowała się moją edukacją.
A tożsamością?Moja niemiecka tożsamość funkcjonowała przy niej bez szwanku. Życie powojenne kobiet niemieckich było okrutne. Mama ciężko pracowała fizycznie, by nas utrzymać. Dostała pozwolenie na tymczasowy pobyt w Polsce. Jej do głowy nie przyszło, że ja poruszam się w dwóch światach i często nie wiem, w którym jestem naprawdę. Że żyję w teatrze. Obcego języka, obcych gestów, symboli. W teatrze, w którym zmieniono scenografię i który uległ metamorfozie tak silnej, że się jej poddałem. Mama chyba nie zauważyła także, że mój Muttersprache, czyli po niemiecku nie język ojczysty, ale macierzysty, ogranicza się do kuchenno-domowej paplaniny i sam musiałem zadbać o to, by poszerzyć horyzont językowy. Dokształcałem się u niemieckiego kolegi, który też nie został "porządnie wypędzony" i miał w domu genialną bibliotekę niemiecką z encyklopediami, albumami malarskimi, literaturą klasyczną. Chodziłem do niego na tajne (śmiech) komplety dokształcające. Jednoosobowe, bo on tych książek nie czytał.
Więc dwu- czy trójjęzyczność jest dobra, gdy doświadcza się jej w normalnych warunkach, pokojowych, gdy służy poznawaniu świata, kulturowemu wzbogaceniu. Zła, gdy zmusza do dokonywania ostatecznych wyborów, do nakładania masek, pod którymi kryją się sobowtóry usiłujące się z sobą dogadać, choć między nimi przepaść nie do przeskoczenia, "na otwartej granicy zębów".
Szczęśliwe są dzieci, które wybierając się w świat, mogą zapakować ojczyznę do walizki. Z innymi rzeczami.
Pańska była pusta?Miała podwójne dno.
Czyli? W domu Niemiec Peter, w szkole - Piotr.
Polak?Nie. Podwójny, rozpołowiony, rozdarty między polskim "ja" i niemieckim "Ich". Pilnujący się, by nie pomylić "Ich" z "ich".
Ze względu na ojca?Nie, nie. O nim się w domu nie rozmawiało. Tabu.
Pan nie pytał?Nie. Był dla mnie zagadką. Istniał we mnie w postaci lęku małego Hamlecika obarczonego winą, przed którym może zjawić się nagle duch ojca i zażądać jakiegoś czynu, który byłby odwetem za jego śmierć i pomściłby hańbę matki.
W ostatnich listach pisał, że opada z sił, że jest z nim coraz gorzej.
ŹRÓDŁO: |  |
Są listy?Niektóre bardzo długie. Dowiedziałem się o nich kilka lat temu, po śmierci mamy. Moja siostra, z którą mama mieszkała w ostatnich latach, wręczyła mi zawiniątko ze słowami: Jeśli nie zabierzesz, wyrzucę.
Czytała?Nie sądzę. Ona przeszłość - ojca, wojnę, pobyt w Polsce - wymazała ze swojej pamięci. A kilkanaście lat temu, jak wróciłem do Polski, i mnie.
Za to? Chyba tak. Ona i mama były bardzo poruszona faktem, że znowu, po 30 latach mieszkania w Niemczech, znalazłem się w Polsce. Mama jednak starała się mnie zrozumieć, a siostra nie. Podejrzewam, że ona mi po prostu tej decyzji w jakiś sposób zazdrości. Jest młodsza. Po wojnie miała pięć lat, wyjeżdżając z Polski - 18, za trzy miesiące zdawałaby tutaj maturę.
Te listy powaliły mnie. Pokażę je pani. Mama je chyba przed nami ukryła. Nie wspominała o ich istnieniu. Do-
tknąłem trupa, który ożywał w trakcie czytania.
Pierwsze pisane są atramentem . Miał jeszcze atrament. Potem pisał ołówkiem. Na coraz gorszym papierze, coraz bardziej szalone.
Jest druga połowa 1942 r., jedzie ze swoim oddziałem na Wschód. Przez Warszawę, Baranowicze, Mińsk. Gęstnieje niepewność, dokąd ich skierują. "Za godzinę rozstrzygnie się. Ostatnia możliwość, żeby jeszcze skręcić. Jestem pełen napięcia". Oni piekielnie się tego Stalingradu bali.
"Uczę się rosyjskich słów. Sprawia mi to dużą przyjemność. Już coś umiem". Wylicza rosyjskie słowa, których się nauczył, po niemiecku: halt, essen, zahlen.
Stać, jeść, płacić.I Hände hoch.
Ręce do góry. Piękny (śmiech) elementarz, prawda?
Przyjazd do Stalingradu. Wszyscy czekają karnie w kolejce na zakwaterowanie. Wokół same gruzy i dla niego słowo "kwatera" brzmi absurdalnie. Kpi z niego. Opisuje, co zrobił. Oddalił się od oddziału. Sam zaczął szukać jakiejś nory do przespania się. Bez po-zwolenia! Z niemieckiego punktu widzenia było to rzeczą niewyobrażalną.
Ja też bym się tak zachował. Też bym się oddalił bez pozwolenia... Nie, nie, ja bym tam w ogóle nie pojechał.
Nienawidzę wojska, dyscypliny.
Znalazł jakąś norę, jeszcze ciepłą, po Rosjanach. I rano, gdy wrócił wyspany do swego oddziału, zobaczył kamratów nadal czekających na zakwaterowanie. Bardzo był z siebie zadowolony, ze swojej niesubordynacji.
W następnych listach jest o Rosji - "Przerażającej, beznadziejnej równinie". Doznał tam szoku cywilizacyjnego. Brud - ciągle pisał o brudzie i nędzy. I o Rosjanach. Nie można ich wykurzyć z kryjówek. My tu rzucamy na nich tony bomb z naszych wspaniałych sztukasów, a oni nic. Lekceważą je i atakują dalej. "Widzę ich posterunki, to nie ludzie, diabły!".
ŹRÓDŁO: |  |
Widocznie człowiek, gdy znajdzie się w sytuacji skrajnej, musi - by jakoś ją sobie wytłumaczyć - sięgnąć do argumentów irracjonalnych. Nie oszczędził nawet rosyjskich dzieci.
Co pisał?Diablątka. Diabelskie nasienie. I czuł się częścią większej całości, losowej wspólnoty, zbiorowego umierającego organizmu. Nie wątpił w sens prowadzonej wojny.
Do końca?Nigdy. To bardzo niemieckie. Jest zadanie - nie rozkaz - i to zadanie idzie się wykonać. Jak ćma. Do ognia.
Bezmyślnie?Z narzuconą od góry i uznaną za własną myślą, że my, Niemcy, pełnimy misję cywilizacyjną. Niesiemy światu pokój. O pokoju, który będzie wynikiem niemieckiego zwycięstwa, napisał nawet poemat. Zdumiewająco jak na piłkarza sprawny. Wydrukował go w gazetce wojskowej we Francji. Jakieś zaczadzenie.
W grudniu przysłał mamie spis wszystkich wysłanych i otrzymanych od niej listów. Niesamowita buchal-
teria. Z niemiecką pedanterią zacytował opinię wystawioną przez przełożonego po służbie we Francji, że jest człowiekiem odpowiedzialnym i sumiennie wykonującym zadania. Myślał prawdopodobnie, że takie świadectwo może się jej przydać. W przyszłości.
Wiedział, że zginie?Zupełnie irracjonalnie wierzył, że wydostaną się z tego kotła. Im było gorzej, tym jego wiara rosła. Tym barwniejsze kreślił opisy idylli, jaką przeżyje z mamą po wojnie. I wierząc w pomyślny dla niego koniec wojny - jak bohater z jakiejś sztuki Becketta - zdzierał sobie skórę płatami, by usunąć... die Krätzen, zapomniałem polskiego słowa.
Wszy?Nie, nie, do wszy miał prawie przyjacielski stosunek, pogodził się z nimi. Chodzi o... już wiem - o świerzb. Co dwie godziny próbował się myć śniegiem. Bo lekarz wojskowy poradził im, on to cudownie zironizował, że jak będą "dbać o czystość", to świerzb zniknie. Czystość w norze wykopanej w ziemi, pani rozumie?
I codziennie o godzinie ósmej wieczorem nakręcał swój zegarek. To pamiętam. Mama też o tej samej porze podchodziła do zegara i nakręcała. Mieli wtedy swoje rytualne schadzki, mistyczny kontakt. "Tam, gdzie ja jestem - pisał - ty jesteś ze mną, bo to ty jesteś moją Heimat". I widział, jak w filmie Eisensteina, moje oczy, które pojawiały mu się nagle na horyzoncie Stalingradu.
Ostatni list, strasznie patetyczny, z sylwestra. Jest głodny. Jego towarzysz z nory, którą zajmowali, śpi. On nie może zasnąć. Pisanie listów - tłumaczy - pomaga mu uspokoić się, pozwala zapomnieć o głodzie. Nagle: "A teraz kapituluję, muszę zjeść ostatni kawałeczek chleba".
Czytając "Listy" Stanisławy Przybyszewskiej, wyczuwa się głód kokainowy, który ją męczył, jest walka z maszyną do pisania, zacinanie się klawiszy, są rozbiegane zdania, a listy mego ojca są składniowo bezbłędne.
Niesamowite, w pisaniu był lepszy ode mnie. Ja bym chyba nie potrafił sklecić zdania w podobnych warunkach. Nie miałbym w sobie tyle wiary, że moje pisanie ma sens.
Był Pan w Stalingradzie?Nigdy.
ŹRÓDŁO: |  |
Nie chciał Pan zobaczyć?Wczoraj chciałem. Dowiedziałem się, że do Wołgogradu wróciły rzeźby Rodina wcześniej przez Niemców wywiezione. Komiczne, prawda? Pierwszy impuls, by tam pojechać, wywołany przez rzeźby Rodina. A wie pani dlaczego? Bo ja patrzę na Stalingrad z polskiego punktu widzenia. Tłumiąc osobisty. A niemieckiego nie ma.
To co jest?Kompletne zamulenie. Kiedyś Stalingrad był traktowany jako heroiczny wyczyn. Epos na miarę tragedii greckiej. Choć nic tragicznego się tam właściwie nie zdarzyło. Oprócz tego, oczywiście, że prawie wszyscy żołnierze zginęli. Teraz uważa się, że Stalingrad był totalną katastrofą, jedną z najbardziej bezsensownych bitew. A szczególnie bezsensowny był stawiany wbrew logice opór. Czyli że zupełnie bez sensu zginęło 300 tys. ludzi. Przeważnie młodych. Mój ojciec miał 31 lat. Na froncie był telegrafistą. "Czuję się tak osłabiony, że nie mogę wykonywać powierzonych mi zadań". On, sportowiec, zawsze w świetnej kondycji! On, który lubił popisywać się swoją siłą i wierzył, że dzięki niej wszystko w życiu się uda.
Byłem na niego obrażony.
Za co?Że przez swoją ślepotę, przez zgodę na to wszystko, co się wokół niego dokonywało, zostawił mnie. Na pastwę losu, niezbyt sympatycznego. No to - za karę - zamieniłem go w sanki, na których zjeżdżały rosyjskie dzieci.
Jakie sanki? W Stalingradzie rosyjskie dzieci trupy zamarzniętych niemieckich żołnierzy potraktowały jak sanki. Surrealizm w naturze. I zjeżdżały na nich jak na sankach. Dowiedziałem się o tym z "Nieludzkiej ziemi" Józefa Czapskiego, którą przetłumaczyłem dla niemieckiego wydawcy. Zrobiłem z tego epizodu etiudę literacko-teatralną, wystawiłem w katakumbach Zamku w Brzegu na Opolszczyźnie. Nazwałem ją "Hamlet straszy w Brzegu". Przeżyłem swój aktorski debiut, wystąpiłem w roli Hamleta wywołującego ducha ojca. W głośnikach rozbrzmiewała kolęda "Stille Nacht" transmitowana przez Radio Rzeszy w wigilię Bożego Narodzenia 1942 r. Z 30 wozów transmisyjnych! Niesamowite nagranie, niesamowita audycja radiowa. Wywoływano żołnierzy ze wszystkich frontów. I oni odpowiadali. Tu Stalingrad, tu front nad Wołgą, tu Kreta, Francja, port łodzi podwodnych z Atlantyku... i śpiewali. Ci wszyscy żołnierze śpiewali - na żywo, do mikrofonów - "Stille Nacht, Heilige Nacht". Z tego gigantycznego frontu, z tych wszystkich frontów, gdzie toczyła się tamta wojna, nieśli do Rzeszy swoje marzenie o "cichej nocy, świętej nocy". Kicz. Totalny.
Socjotechnika wykalkulowana na zimno.Raczej na gorąco.
Nie znałem wtedy listów ojca. Kojarzył mi się z sankami. Zmuszał do wykonywania różnych sportowych wyczynów, kazał zjeżdżać z jakichś pagórków na nartach, codziennie brać zimny prysznic, panować nad swoją fizjologią.
Nie chciałem, by wrócił. We mnie był strach, że wraca, i co wtedy?
Co?Nie uwolnię się od pierwotnej niemieckości.
Chciał Pan?Absolutnie. Była we mnie silna potrzeba pogodzenia dwóch mentalności, dwóch języków, dwóch kultur.
I w ankietach personalnych co Pan wypisywał? Musiałem?
Na pewno. To chyba nie było problemu. Wszystko zdawało mi się blagą. Wszechogarniającą blagą. Nikt wypisywanych w ankietach deklaracji nie traktował poważnie. Dwóch rzeczy jednak wtedy nie rozumiałem. Dzisiaj ze wstydem przypominam sobie oburzenie, jakie przeżyłem przy spisie ludności, kiedy chodziłem po domach z ankietami. Lata 50. W jakimś mieszkaniu ktoś powiedział, że nie wpisze narodowości polskiej, bo jest żydowskiej. I ja wtedy zrobiłem mu ogromną awanturę. Ja! Że żydowskość nie jest narodowością, lecz wyznaniem. I druga scena. Przyszedłem do mieszkania mojej ówczesnej narzeczonej. Z oficjalnymi oświadczynami. Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym na ścianie wisiał portret polskiego oficera w przedwojennym mundurze, pokazała mi go patetycznie, bez słowa, a ja nie zrozumiałem, o co jej chodzi. I nie zareagowałem, jak należy. To był jej ojciec, zamordowany. Nie zapytałem nawet przez kogo.
ŹRÓDŁO: |  |
W Katyniu?Tak jest. Ja wtedy nie znałem tego słowa. Nie rozumiałem racji narodowych Polaków. Nie byłem dopuszczany do ich narodowych tajemnic.
Po co Pan właściwie wyjechał z Polski?Jarosław Iwaszkiewicz też mnie potem o to pytał.
Dramatyczna scena w Szczecinie. Wyjeżdżała mama z siostrą. Ja nie. Ja je tylko odprowadzałem. Kończyłem studia na wydziale chemii politechniki w Gliwicach, z grupą zapaleńców założyłem teatrzyk studencki, pisałem wiersze. To było po Październiku. I wtedy siostra siłą rodzinnej demagogii przekonała mnie, że muszę, że nie wolno mi naszej mamy zostawić samej. To była Wielkanoc.
Miał Pan 23 lata.Chodziłem po Getyndze, Kolonii, Monachium, Hamburgu, Berlinie Zachodnim, Bochum, Heidelbergu, mieszkałem nad Jeziorem Bodeńskim. Zdumienie. Zaskoczenie. Nie ma rdzennych Niemców. Nie ma jednego spójnego państwa. To kikut z obciętym NRD, rozbity wewnętrznie, podzielony na regiony jak przed wiekami na księstwa. Składa się z setek miejsc tworzących odrębne światki, dominuje w nich kult landszaftu, pejzażu. W każdym jest inna aura, w każdym mówi się inną gwarą czy dialektem. Ledwo te języki rozumiałem, musiałem się z nimi
oswajać. Inaczej mówiono w Getyndze, inaczej w Kolonii. I wszyscy pytają: Skąd jesteś? Nie czułem się Górnoślązakiem, bo to region moim zdaniem dwuznaczny, zbyt wymieszany etnicznie, by mógł utrzymać jednorodność. Wtedy umyśliłem, że tożsamość nie jest mi de facto do niczego potrzebna, że wspaniale mogę funkcjonować z tożsamością rozmytą.
Za co Niemcy nienawidzą Polaków?Niemcy? Skąd to pytanie?! Szokujące!
Bo nienawidzą.Nie, nie, to chyba nie tak. Jacy Niemcy? Nie ma jednego Niemca.
Wcześniej byli. Nie, nie.
Maszerowali po Unter den Linden.Nie, to odbyło się inaczej. Oni zostali scaleni, nagle, przez mit. Teatralnie i filmowo wykreowany, precyzyjnie więk-szości narzucony, mistrzowsko zrealizowany. Naród niezrośnięty, rozbity łatwo daje się zintegrować pod sztandarem, wszystko jedno jakim, prawdziwym czy fałszywym. Jesteśmy wielcy, będziemy najwięksi, najsilniejsi! Razem!
Boję się.
Czego Pan się boi?Berlina. Jest wielki. Coraz więcej w nim pychy.
ŹRÓDŁO: |  |
Ja nie. Jest w Europie.Ale są dwa patriotyzmy, napisał Jan Józef Lipski. Jeden toksyczny, zatruwający umysły i serca oraz drugi - poszerzający umysł i serce. Który zwycięży?
Po wojnie zadziałał prosty mechanizm psychologiczny. Ludzie chcieli się uwolnić od teatru wojny, psychicznie uwolnić się od przerażającej historii, w której uczestniczyli bardziej lub mniej świadomie i usuwając z pamięci brunatną plamę - Heil Hitler - wrócili do swoich landów, regionów, miast.
Czy uciekli?Tak, to była chyba ucieczka.
Od winy?Prawdopodobnie. W idyllę. Do restytuowanej Heile Welt, świata zdrowego, nieskażonego zbrodnią i okrucieństwem. Świata szybko rozkwitającego dzięki planowi Marshalla i pracowitości. Upartej, konsekwentnej, systematycznej.
Dla Polaków niewyobrażalnej, prawda?Polacy funkcjonują na zasadzie słomianego zapału. A Niemcy kochają swoje landy. Wrócili więc do historii regionalnych, do regionalnych legend i mitów, swojej autentycznej tożsamości. Znowu zamknęli się w swoich landach. Mieli do czego wracać, mieli się o co zaczepić. Oni naprawdę mieli do czego wracać.
Te landy - po Polsce - wydawały mi się nasycone przeogromną ilością dóbr kultury. To był dla mnie szok. Tutaj, w Polsce, pamiętam, jechałem 100 km przez pustkowie, kompletne cywilizacyjne pustkowie, by zobaczyć kościółek romański. Ładny, ale jeden, malutki. A w Niemczech w samej Kolonii było ich niezniszczonych - mimo ciężkich bombardowań, które tam nazywano "straszliwym doświadczeniem" - dziesięć razy więcej i były dziesięć razy większe; zachowały się muzea, a w nich nawet szkło rzymskie, bo Kolonia była przed wiekami kolonią rzymską. A obok tych wspaniałych budowli zobaczyłem nowoczesne arterie, wielkie przestrzenie wypełnione cudownymi parkami, ogromne stacje benzynowe. Zachwycałem się nimi. I w takich momentach odzywał się we mnie Polak.
Jak się odzywał?Blisko uniwersytetu, gdzie studiowałem, były przepiękne wzgórza. Miejsce miłosnych schadzek. Nazywaliśmy je Lustwiese, łąką rozkoszy. Pokryte były bujną trawą i krzewami. Ta zieleń przykrywała gruzowisko po zbombardowanych domach, a my leżeliśmy na trupach ich mieszkańców. Nie potrafiłem o tym nie myśleć. Kolonia po alianckich nalotach dywanowych wyglądała jak szkielet odarty ze skóry. Nowoczesność weszła do niej dzięki zniszczeniom, dzięki zbombardowaniu ciągu ulic.
Ale o tym głośno się nie mówiło. Ofiary ukryto. Duchy ojców się nie pokazywały. One nie miały prawa się pokazywać. Hamlet w Niemczech nie miałby szans. Hamlet jako sztuka teatralna i jako model psychologiczny. Bo winnych w Niemczech nie było.
A Hitler?Zniknął.
Moim problemem jest ta ich amnezja, ta ich niepamięć. Irytująca. Boląca. Oraz niezniszczalność stereotypów. Mówiłem im o Polsce. Że dla mnie zbawienne było zetknięcie się z polską mentalnością, znalezienie w niej pozytywnych cech. Ale nikt mi nie chciał wierzyć, że one istnieją. Do Niemców nie dotarło, że w Polsce nastąpił cud gospodarczy. Bo to był cud. Polnisches Wirtschaftswunder!
Mówi Pan o ostatnich latach?Tak, tak. Ale Polska dla nich wciąż kojarzy się z Polnische Wirtschaft. Polska swego sukcesu nie umiała skonsumować. Nie potrafiła go wygrać. Nie próbowała zmienić w świecie swego wizerunku. Polacy wciąż upajają się kryzysami, strajkami, protestami. Wciąż się odwołują do swojej tragicznej historii i obnoszą ze swoimi historycznymi krzywdami. To denerwuje. Dla Niemców Polska jest wciąż cywilizacyjnym ugorem, dla nich sposób bycia Polaków - hałaśliwość, emocjonalne rozedrganie, organizacyjny chaos - jest nie do zaakceptowania. Pruska głowa nie jest w stanie pojąć, że ten pokraczny twór może funkcjonować jako państwo. Dla Niemców Polska jest przykładem państwa chaosu. Oni nie rozumieją, że w tym chaosie może być porządek.
Bo nie ma.Nie, nie. Powiem efektownie: tu jest porządny chaos, a tam chaotyczny porządek. Czasami się zastanawiam, jak to się dzieje, że dwa narody żyjące obok siebie tysiąc lat są tak różne. Niewiarygodnie różne.
ŹRÓDŁO: |  |
Że nie ma przenikania?Nie ma. Tu - czas, trwoniony, marnowany, jakby życie miało trwać wiecznie oraz szok i lament, gdy niespodziewanie się kończy. Tam - optymalne jego wykorzystanie, planowanie czasu pracy i czasu od pracy wolnego oraz całkowity brak luzu. Bo jeśli gdzieś jest, to też zaprogramowany.
Tu jest spontaniczność na granicy żywiołowości, z której rzadko kiedy coś sensownego wynika, oraz nadmiar luzu. A tam - zimna kalkulacja zysków i strat, która prowadzi do eliminacji przedsięwzięć o podwyższonym ryzyku.
Tu prawo, sprzeczne na papierze, powszechnie lekceważone, nieegzekwowalne w praktyce. Tam - działające jak bicz, w najlepszym przypadku jak rózga, z nadgorliwością przez wszystkich przestrzegane i strzeżone.
Samodyscyplina, zazdroszczę. Niech pani nie zazdrości. To nie samo-dyscyplina, ale karność, która w jednym momencie może zmienić kraj w państwo policyjne. Już to widziałem. W okresie walki z terroryzmem we-
wnętrznym, z tzw. bandą Baader Mein-hof. Nagle cały kraj dobrowolnie i auto-matycznie zamienił się w obóz bez wartowników. Policjanci byli niepotrzebni. Każdy pilnował każdego. Wrzucałem list do skrzynki w Bochum, obejrzałem się za siebie, podobno nietypowo, w podejrzany sposób i natychmiast doniesiono na mnie, że mogę być sympatykiem Frakcji Czerwonej Armii, i policja stała pod moim domem przez dwa tygodnie. Dla mnie, czyli osoby, która ma w sobie nie krew, ale polskie geny kulturowe, ta presja była nieznośna. I dobrowolność w jej uleganiu, kompletnie niezrozumiała.
Kilka dni temu znalazłem w papierach jakiś stary list od Różewicza, z lat 60. Bardzo serdeczny. Pocieszał mnie, że żyć można także na emigracji. Widocznie skarżyłem mu się, że przeżywam ból utraty. Pisał mi o dorobku poetów emigracyjnych. Ale ja w Niemczech nie byłem przecież poetą emigracyjnym! Podawał przykłady. Widocznie skarżyłem mu się, że jestem odcięty od języka.
Polskiego? Tak, tak, polskiego! Ja byłem już skażony polskością. Skażony początkami kariery literackiej w Polsce. Żeby swoje wiersze zobaczyć w druku, byłem gotów sprzedać duszę diabłu. Duszę, nie ciało. Chciałem być poetą.
Polskim?Zdecydowanie polskim. Choć dałem dowód, że potrafię pisać wiersze także po niemiecku. Jeden znalazł się nawet w antologii poezji niemieckiej, ale wolałem pisać dla Polaków. Bo pisze się dla kogoś. Potrafiłem wyobrazić sobie polskich odbiorców, a niemieckich sobie nie wyobrażałem. Byli dla mnie zbyt wirtualni.
Wpadałem w histerię. Odczuwałem brak żywego słowa. Wydawało mi się, że każdego dnia w polskim języku coś się wydarza, czego ja nie rejestruję, co mnie omija. Bałem się, że przyjdzie dzień, kiedy przestanę się nim bawić, że przestanę go czuć. Zadręczałem Iwaszkiewicza.
Jak? Listami! Pierwszy wysłałem do niego już pół roku po wyjeździe z Polski. Nieopatrznie (śmiech) odpisał mi, że "przybył nam nowy poeta", że "pańskie wiersze wzbudziły sensację w redakcji" i że prosi "o stały kontakt, pisanie listów, wierszy i wszystkiego, co ślina Panu na wargi przyniesie". No to mu wysyłałem.
Był fizycznie podobny do mego ojca, widziałem na zdjęciach. Tylko starszy od niego, o dziesięć lat.
Miał 64 lata.Pisał: "Moje dziecko kochane... Nie wstydź się patosu. I nie uważaj mnie za starego - jestem twoim rówieśnikiem: piszę i cierpię. Polska zasypana twoimi wierszami".
"I pisz, pisz" - prawie w każdym.Otrzymałem od niego 140 listów. "Jesteś naprawdę niebywały facet... Chciałbym Cię bardzo mocno utrzymać w kręgu naszej kultury, która stała się w tak cudowny sposób twoją kulturą". On rozumiał, że mojej traumatycznej naturze i chimerycznemu usposobieniu, jak je określał, bardziej odpowiada polski kod kulturowy.
ŹRÓDŁO: |  |
Czym jest?Pamiętaniem o tym, co boli, co bolało. Przekora. W Polsce przekorność Polaków mnie denerwuje, na dłuższą metę jest przerażająco męcząca, bo to przekora wobec samych siebie, na pograniczu schizofrenii, z ciągle zmieniającymi się frontami wewnętrznymi. Wolę ją jednak od niemieckiego totalnego braku przekory.
Ja nie.W Polsce, jak idę na pocztę wysłać list polecony, to stoję w dwóch kolejkach, bo w jednym okienku kupuję znaczek, a do drugiego muszę iść po naklejkę, gdyż w pierwszym zabrakło. I cierpię. A potem jadę do Niemiec i jak widzę kolejkę Niemców stojących karnie przed pocztą na ulicy, na wichrze, na śniegu, choć wszyscy zmieściliby się w środku, gdyby tę kolejkę skręcili w spiralę, trochę nią pochachmęcili, to nie wytrzymuję i chce mi się krzyczeć: Trochę chaosu, trochę improwizacji!
A potem przyjeżdża Pan do Polski...I podziwiam polski zmysł improwizacji. To rodzaj geniuszu narodowego, że Polacy potrafią z różnych opresji, które zazwyczaj sami sobie fundują, wyjść cało lub półcało. Że potrafią dokonać rzeczy, które nie powinny się udać, które według wszelkich racjonalnych przepowiedni są z góry skazane na niepowodzenie. Bo załatwianie trudnych, skomplikowanych spraw zostawiają na ostatnią chwilę, że jakoś będzie. I jest. Za pięć dwunasta następuje mobilizacja, za dwie dwunasta zaczyna coś iskrzyć i o dwunastej, no, może z kilkusekundowym opóźnieniem, rodzą się jakieś genialne historie, które w Niemczech nigdy by się nie narodziły mimo wielomiesięcznych przygotowań i precyzyjnie opracowanych planów organizacyjnych.
Dziękuję.Byłem zbyt młody, by zrozumieć wszystko, co Iwaszkiewicz próbował mi przekazać. Ignorowałem jego rady. Również to, że nie ma na nic rady.
I przestał Pan pisać wiersze.Zamieniłem je na obrazy. Elektroniczne. Pochłonął mnie teatr. Teatr inaczej. W którym czas jest w zawieszeniu, a słowo, obraz i dźwięk, aktorzy na żywo i aktorzy nagrani są spleceni w jednej multikompozycji.
Zarządził Pan swoim życiem odwrotnie, niż radził. Bo co Panu pisał? Proszę przeczytać."Myślę, że najgorsze jest być wyobcowanym ze społeczeństwa i tu, i tu - i że ostatecznie musisz się zdecydować (oczywiście wewnętrznie) na zaadoptowanie jednej albo drugiej ojczyzny..."
Nie zdecydowałem się.
Pisał: "Musisz zostać przy swojej niemieckiej ojczyźnie, żonę masz Niemkę......już nie mam...
...będziesz miał syna Niemca......nie, nie, urodziła się córka...
...a przecież to wielki naród, chociaż skażony grzechem pierworodnej pychy, który go prowadził do wielkich zbrodni". Pisał: "Z twoją miłością do Polski, kultury, z twoim polskim samopoczuciem (chcę prawie napisać z twoim polskim charakterem!) możesz odegrać tak ogromną rolę: przecież będziesz dojrzewał, mądrzał, rozwijał - i jako Niemiec musisz podjąć to zadanie, ten krzyż - powiedziałaby moja Żona - i nie lękać się zadań, które przed tobą stoją. Los postawił przed tobą trudne - ale jakże ponętne zadanie, stania się łącznikiem w tym miejscu - gdzie tyle i takich trudnych rzeczy nas dzieli".
Proszę doczytać do końca: "Bądź mężny - powiedziałbym, gdybym się nie bał patosu". Byłem. Próbowałem. Miałem nadzieję. Tę nadzieję podzielali humaniści po obu stronach. Bo trochę ich jest, głównie na uniwersytetach. W Niemczech wychodziły polskie książki, sam ich przetłumaczyłem około 40. Różewicz, Konwicki, Kołakowski. Łudziliśmy się, że dojdzie do pojednania, dojdzie do zrozumienia i z tego zrozumienia wyniknie nowa jakość stosunków między nami.
ŹRÓDŁO: |  |
Był ogromny wysiłek wielu ludzi po obu stronach granicy. Oni życie poświęcili, by zbliżyć Polaków z Niemcami. Ale nasze wysiłki okazały się utopią. To klęska humanistów. Co kilkanaście lat okazuje się, że mamy do czynienia z tabula rasa i każde następne pokolenie musi zaczynać od nowa.
Nie ma ciągłości?Jest ciągłość wysiłków, ale nie ma ciągłości odbioru. Następuje przerwa w odbiorze i stajemy pod murem.
Miałem kiedyś plan, utopijny, niestety. Chciałem, by polscy rusoznawcy, tacy jak Andrzej Walicki czy Ryszard Przybylski, swoimi książkami o Rosji przybliżyli Niemcom jej obraz. Stali się pośrednikami między Rosją a Niemcami, zbudowali pomost. Bo Niemcy bardzo interesują się Rosją, ale jej nie znają. Kochają Rosję, ale miłością naiwną i ślepą. Z tą miłością to w ogóle jakaś irracjonalna historia. Bo to miłość wzajemna. Obie strony uważają, że ich wielkość i siła predystynuje do rządu dusz nad światem. Myślałem jak niemiecki urzędnik, że jak się coś precyzyjnie zaplanuje, to za pięć czy dziesięć lat będą efekty. Żadna jednak z proponowanych przeze mnie książek w Niemczech się nie ukazała. Niemcy pośredników w kontaktach z Rosją nie potrzebują i wolą zderzać się z nią bezpośrednio.
A Polska przeszkadza?Jest przeszkodą geopolityczną.
Teraz znowu stoimy pod murem.
Dlaczego?Dzisiaj humaniści się nie liczą.
Po upadku NRD Polska stała się sąsiadem Niemiec. Bo przedtem nie była. Nie traktowano jej jako sąsiada. Sąsiadem NRF było radzieckie NRD. To NRD można było rozgrywać na wszystkie sposoby i rozgrywano. Pełniło funkcję poduszki powietrznej. Ale poduszka pękła. Wylądowaliśmy na wspólnej granicy. Tę granicę mamy w głowie. Szlabany w głowie podnoszą się najwolniej.
Ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Istnienie tego muru nie docierało do mnie. Do czasu, gdy otrzymałem propozycję zrobienia nocnej trzygodzinnej audycji o E.T.A. Hoffmannie, niemieckim pisarzu i kompozytorze. Kilka miesięcy temu. Świetny temat. Więc opowiadam redaktorce. Dwieście lat temu za serię rysunków satyrycznych o swoich przełożonych z Poznania został karnie zesłany do Płocka. Mieszkał w Płocku dwa lata, potem przeniesiono go do Warszawy na trzy lata. Tęsknił za Berlinem. I nagle widzę, że pani redaktorka z radia berlińskiego jest przerażona. O co chodzi? To nie przejdzie - mówi. Co konkretnie? O Polsce nie przejdzie. Więc tłumaczę, że ten Płock, który Hoffmann określał jako straszliwą dziurę, był w jego twórczości szalenie ważny. Tu powstał jego "Dziennik" porównywalny z Dziennikami Kafki i Gombrowicza. Tu został natchniony ideami, które wyprzedziły koncepcje wagnerowskie. Nie.
Bo nie zainteresuje słuchaczy?Gorzej. Zostanie przez słuchaczy odebrane negatywnie.
Hoffmann także, gdy wrócił do Berlina i próbował odwoływać się do swoich polskich doświadczeń, został skrytykowany. Więc oświadczył, że to, czego tam doznał, nie miało sensu, bo "w Warszawie mogłem komponować stosy oper, ale i tak żadna dusza się tym nie zainteresowała".
Zapytała pani, dlaczego Niemcy nienawidzą Polaków. To pytanie było dla mnie szokujące. Źle odpowiedziałem. Oni was nie nienawidzą. Może trochę w Berlinie. W Berlinie żyje wielu Polsce zdecydowanie niechętnych. Szukam właściwego słowa... Wolą nie widzieć, nie wiedzieć... Już mam... Olewają.
Bo między nami jest coś, co Niemcy nazywają Berührungsangst. To jest lęk przed Polską. Lęk przed jej dotknięciem. A Polski trzeba dotknąć.
ŹRÓDŁO: |  |
Źródło: Duży Format