Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Kiedy w 2001 roku dostał rolę w miniserialu "Kompania braci" produkowanym przez Stevena Spielberga i Toma Hanksa, miał być to początek wielkiej kariery. Tymczasem zachwycała się nim głównie lokalna prasa - "chłopak z Killarney" zaczął pojawiać się w telewizji, a co ważniejsze, wystąpił w reklamówce Guinnessa. Płynął w niej z Dublina do Nowego Jorku, by przeprosić przyjaciela i pogodzić się przy dobrym piwie. Hasło brzmiało: "Knowing What Matters".
Pojawił się w kilku skromnych telewizyjnych produkcjach, ale poważne propozycje nie przychodziły. - Na razie nie mam dalszych planów: będzie miło, jeśli się pojawią - wyznawał dziennikarzowi z miejscowej gazety. Nie pojawiły się jeszcze przez kilka lat.
Wrócił do
pracy w barze, zaczął rozładowywać nocami ciężarówki. - Tłumaczyłem mu, że musi z tym skończyć, bo kiedy rano chodzi na castingi, jest blady jak ściana - opowiadał ojciec Josef Fassbender. - Wierzę w ciebie, ale zanim ci się uda, minie jeszcze siedem-osiem lat - prorokował z kolei prowadzący bar szef aktora. Trafił idealnie: rok 2012 został przez wiele lifestyle'owych magazynów na świecie ogłoszony "rokiem Fassbendera", a on sam stał się najbardziej pożądanym aktorem show-biznesu. Nawet jeśli - co zaskakujące - spodziewanej nominacji do Oscara za "Wstyd" (od jutra w kinach) nie otrzymał.
Talent "rozmawiania" ciałem Pierwsza i ostatnia scena filmu: Fassbender, w płaszczu i z gustownie zawiązanym szalem, patrzy w metrze na siedzącą naprzeciwko dziewczynę. Ona ma na palcu obrączkę, on uwodzi ją przeszywającym spojrzeniem. Flirtują bez słów, uprawiają niemal wirtualny seks, chociaż dotykają się tylko dłońmi.
Reżyser Steve
McQueen: - Brandon to typ faceta, który bierze, co chce. Z Michaelem jest podobnie: nie musi nic mówić, żeby uwieść jako aktor. Wystarczy spojrzenie, ruch dłoni, drgnienie ciała. Nie spotkałem aktora, który w taki sposób potrafiłby "rozmawiać" swoją fizycznością.
Pierwszym filmem, w którym objawił swój talent, był "Głód" (2008) McQueena - jako Bobby Sands, bojownik IRA, który w geście protestu rozpoczyna w więzieniu głodówkę, Fassbender chudnie na oczach widza, gaśnie, umiera. Dyskusje o grzechu i zbawieniu, sprawiedliwości i terrorze rozgrywają się na poziomie ciała, maltretowanego przez strażników i samookaleczającego się przez więźnia. Co widać również w najważniejszej, kilkunastominutowej scenie rozmowy Sandsa z księdzem, przed którą reżyser zarządził
10-tygodniową przerwę w zdjęciach. Żeby uwiarygodnić efekt głodówki, Fassbender pod opieką lekarzy był na skrajnie wyczerpującej diecie (600 kalorii dziennie) i schudł do 58 kilogramów.
Niemal wszystkie jego role są zresztą zadziwiająco "fizyczne". W słabiutkim "Eden Lake" ociekał krwią i był masakrowany przez bandę wyrostków, ale jego ponad miarę podkreślana przez reżysera męka miała w sobie rys prawdziwej, naturalistycznej rzezi ciała. W komiksowym "300" Zacka Snydera głównie eksponował siłę i muskuły: przez dwa miesiące ćwiczył wcześniej na siłowni.
- To akurat zabawne - opowiadał w jednym z wywiadów. - Dostajesz najlepszych trenerów i płacą ci tylko za to, żebyś dobrze wyglądał. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie byłem w tak dobrej formie, chociaż mój perfekcyjny brzuch był po części rezultatem efektów specjalnych.
Z kolei w "Ściganej" Stevena Soderbergha (również od jutra w kinach) pojawia się w epizodycznej roli tylko po to, by tłuc się przed kamerą z grającą tajną agentkę CIA Giną Carano. - Steve pytał mnie, czy nie będę miał problemów, żeby bić kobietę. Nie, mój problem był zupełnie inny - podczas gdy ja chciałem jedynie jak najlepiej udawać, Gina próbowała bić się naprawdę.
Aktorski rzemieślnik Chociaż pozornie reżyserzy uwielbiają go obsadzać w rolach uwodzicieli, dla Fassbendera to zawsze tylko punkt wyjścia. Jego Rochester w "Jane Eyre" Cary'ego Fukunagi to zarazem samiec i nadwrażliwe
dziecko, zagubiona w świecie konwenansów, tragiczna postać mężczyzny, który może jedynie wybierać mniejsze zło. W błyskotliwym debiucie Andrei Arnold "Fish Tank" idzie do łóżka z córką swojej kochanki, ale przede wszystkim odgrywa na jej oczach smutny spektakl poobijanego przez życie macho. I właśnie przy młodej dziewczynie musi zrzucić maskę - okaże się żonatym mężczyzną, który - jak Rochester - rozpaczliwie próbuje stworzyć sobie miłosną iluzję.
Fassbender twierdzi jednak, że ma problemy z eksponowaniem przed kamerą ciała: dziennikarzom w Wenecji opowiadał o uldze, kiedy na pokaz "Wstydu", w którym pojawia się nago i uprawia ostry seks, w ostatniej chwili nie dotarła jego matka. Jednocześnie przyznaje, że niczym masochista tę fizyczną stronę swojej pracy lubi najbardziej: - Używając ciała, możesz wyrazić więcej niż kilkoma akapitami dialogów. Dobrze jest się fizycznie zmęczyć, poczuć w kościach, że miałeś za sobą pracowity dzień.
W aktorstwie interesuje go konkret: przez reżyserów nazywany bywa "intuicyjnym kameleonem", który uwielbia dostawać zadania do wykonania. Nie znosi za to mozolnych, psychologicznych analiz - właśnie dlatego rzucił szkołę aktorską w Londynie, a przed rolą w "Niebezpiecznej metodzie" Davida Cronenberga, gdzie grał Carla Junga, przeczytał jedynie książkę w rodzaju "Psychoanaliza dla topornych".
- Michael lubi działać, robić rzeczy, które są namacalne. Nawet jeśli wybrał tak ulotny zawód jak aktorstwo - twierdzi Josef Fassbender. - Być może to kwestia niemieckich genów.
Ma je właśnie po ojcu - Michael urodził się w Heidelbergu, ale w wieku dwóch lat przeprowadził się z rodzicami do Irlandii, skąd pochodziła jego matka. W domu rozmawiali głównie po niemiecku, oglądali niemiecką telewizję. Ale choć w
CV Fassbender wpisuje świetną znajomość niemieckiego, robi to na wyrost: przed rolą w "Bękartach wojny" Tarantino musiał się uczyć języka z lektorką, a i tak - jak śmieje się ojciec - nie pozbył się swojego angielskiego akcentu.
"I tak wszyscy umrzemy" Chociaż "Vogue" rozpisywał się o jego znakomitym modowym guście, na konferencji prasowej potrafi pojawić się w klapkach. Amerykańska prasa nazywa go "nowym typem gwiazdora", który traktuje swój zawód rzemieślniczo i drwi sobie ze statusu celebryty.
- Spotkany przypadkiem projektant mówi tysiąc komplementów i od razu daje ci za darmo garnitur z najnowszej kolekcji. Ale dlaczego nie dał mi go dziesięć lat temu, kiedy nie stać mnie było na bilet autobusowy?
W wywiadach często wraca do młodości, kiedy ciężko pracował w kuchni, bo pomagał rodzicom, którzy w Killarney prowadzili
restaurację West End House. Lubi wspominać pierwsze aktorskie doświadczenie: był ministrantem odpowiedzialnym za klucze do kościoła i zaspał na czyjś ślub - wszyscy czekali na niego, a on zrozumiał, co znaczy być w centrum uwagi.
- Łączy w sobie skromność i charyzmę - twierdzi Steve McQueen. - Ma w sobie to coś, co mieli kiedyś James Dean i Marlon Brando. W całym pokoleniu zdarza się tylko jeden taki aktor. Ale Michael jest kimś więcej: lustrem, w którym jego generacja może się sobie przyjrzeć.
Najlepiej widać to właśnie we "Wstydzie", z bodaj najlepszą rolą Fassbendera, za którą dostał nagrodę aktorską w Wenecji. Grany przez niego Brandon jest nie tylko seksoholikiem: to atrakcyjny singiel, który przyzwyczaił się karmić wyłącznie fastfoodową erotyką. W komputerze w pracy ma "obrzydliwe", jak twierdzi jego szef, filmy i zdjęcia porno. Nie potrafi kochać się z dziewczyną, która wierzy w stabilne związki, za to nie ma problemów z zamówioną za chwilę prostytutką. Nie potrzebuje kobiety, tylko swojej fantazji, seksualnego obrazu, wyuczonego mechanizmu zaspokajania.
I reżyser, i aktor przyznają, że jest w tym filmie wiele z ich własnych doświadczeń. McQueen: - Bardzo łatwo było mi wejść w świat, w którym wszystko wolno - trudniej zobaczyć, że ta nieograniczona wolność to więzienie.
Fassbender: - Wszyscy niejako prowadzimy podwójne życie. Nasz świat to ciągła erotyczna gra. Zobaczyłem to przed "Głodem": byłem tak wyczerpany dietą, że przestałem patrzeć w erotyczny sposób na kobiety, a kobiety przestały tak patrzeć na mnie. Bardzo wyzwalające uczucie.
Już wiadomo, że po "Wstydzie" będzie "Prometeusz" Ridleya Scotta i nowy film Jima Jarmuscha. Nie musi już chodzić na castingi - to on odmawia: z powodu natłoku terminów nie zagrał m.in. w "Szpiegu" Tomasa Alfredsona i "Blind Watching" Andrzeja Jakimowskiego.
Za to na pewno zagra w kolejnym filmie Steve'a McQueena. - To on wyłowił mnie z tłumu i dał szansę, bez której nie byłbym tu, gdzie jestem. To on nauczył mnie przed kamerą odwagi, gotowości do skrajnego ryzyka. Niektórzy dziwią się, że we "Wstydzie" na ekranie jest mój penis. No jest. I co z tego? W końcu - jak mówi Steve - i tak któregoś dnia wszyscy umrzemy.