http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Biznes po białorusku

Andrzej Poczobut
2012-02-19, ostatnia aktualizacja 2012-02-23 17:59

Wieprzowina - obiekt pożądania przed świętami. Mińsk, 24 grudnia 2011 r.
Wieprzowina - obiekt pożądania przed świętami. Mińsk, 24 grudnia 2011 r.
Fot. Vasily Fedosenko/Reuters/Forum

Gdy jedna z gazet przygotowywała listę najbogatszych Białorusinów, wielu biznesmenów było gotowych zapłacić, by się na niej nie znaleźć

Wolny handel pod pomnikiem Lenina w miasteczku Wilejka, 23 października 2011 r.
Fot. Vasily Fedosenko/Reuters/Forum
Wolny handel pod pomnikiem Lenina w miasteczku Wilejka, 23 października 2011 r.
SERWISY
SONDAŻ
Czy wierzysz, że biznes białoruski będzie się rozwijał?

Tak, myślę, że wcześniej czy później to musi nastąpić
Tak, ale dopiero gdy Łukaszenka przestanie być prezydentem
Nie, powoli system rozprawi się ze wszystkimi prywatnymi przedsiębiorcami

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Na początku swoich rządów Aleksander Łukaszenka zapowiedział, że niebawem uściśnie dłoń ostatniemu białoruskiemu przedsiębiorcy. W międzyczasie nazywał ich "wszawymi pchłami". A jednak po 17 latach jego rządów prywatny biznes na Białorusi nadal istnieje. "Prywaciarze", czyli ludzie, którzy pracują na siebie, stanowią 5,8 proc. ogólnej liczby pracujących. To już samo w sobie jest sukcesem. Monstrualnie rozbudowany system kontroli, często zmieniające się i wewnętrznie sprzeczne prawo oraz różna jego wykładnia stwarzają klimat, w którym każdy może być pewny jednego - jeżeli służby się do ciebie przyczepią, to coś znajdą. Jak w tych warunkach radzą sobie białoruscy przedsiębiorcy?

Zasada nr 1. Małe jest bezpieczne

- Najważniejsze nie wybijać się ponad przeciętność. Wtedy nikogo nie będziesz obchodzić i możesz spokojnie żyć - mówi Dzmitryj, 40-letni przedsiębiorca z Mińska. I dodaje: - Władza świadomie stwarza takie warunki, by każdy z nas musiał naruszyć prawo. Taki jest ich pomysł na przedsiębiorców: trzymać wszystkich pod kontrolą.
Układ według Dzmitryja jest taki: "Wy po trochu coś kręcicie. My na to pozwalamy. Za to wy się stosujecie do naszych reguł i nie zadzieracie z władzą". Dzmitryj biznesem zajął się na początku lat 90. - Zaczynałem od zwykłego ksero - wspomina z dumą.
Kopiarki były wtedy nowością. Dzmitryj zainwestował pożyczone pieniądze i otworzył punkt usługowy. Dziś mieszka pod Mińskiem w niewykończonym jeszcze domu. W jednym pokoju stoi sprzęt poligraficzny. Na nim Dzmitryj drukuje broszury z konferencji naukowych bądź materiały dla różnych urzędów państwowych.
- Moi klienci to ci, którzy wydają broszury w niewielkim nakładzie. Kilkaset egzemplarzy. Wtedy nie opłaca się im iść do drukarni. Taniej jest u mnie - tłumaczy.
Klientów ma stałych i pod dostatkiem. - Ostatnio nawet dla białoruskiego biura Związku Białorusi i Rosji drukowałem materiały z konferencji - chwali się.

Władza jednak regularnie rzuca mu kłody pod nogi. - Raz na jakiś czas wydają rozporządzenie, żeby wszystkie urzędy państwowe współpracowały tylko z państwowymi drukarniami. Zazwyczaj wtedy przez jakiś czas mam mało klientów. Jednak moja propozycja jest atrakcyjna, więc po pół roku wszystko wraca do normy. Znowu idą do mnie urzędy państwowe. I tak do następnego razu - opowiada.
- Nie chciałbyś kiedyś stać się naprawdę bogaty? - pytam.
- Jestem realistą. Dlatego wybieram spokojne, wolne życie, a nie jakiś ryzykowny wyścig, który ma wielkie szanse skończyć się więzienną celą - odpowiada.

Kilka lat temu Dzmitryj był współzałożyciem dużej poligraficznej firmy. Biznes szedł świetnie.
- Ruszyliśmy z masową produkcją nalepek reklamowych. Zadzwonił konkurent i wprost powiedział, że jak nadal będziemy to robić, to już po nas - wspomina.
Konkurent miał na myśli ściągnięcie kontroli finansowych i podatkowych. Podkreślił, że ma odpowiednie znajomości.

- Ustąpiliśmy. Przecież nie chodzi o wojnę, tylko o zarabianie. Najśmieszniejsze, że do dziś nie wiem, czy to była realna groźba, czy blef. Postanowiliśmy nie sprawdzać - mówi.
Dzmitryj mieszka we własnym domu, ma dobry zachodni samochód. Jego żona nie pracuje. Dzmitryj władzy nie lubi, ale z nią nie zadziera, zgodnie z przysłowiem: "Umnyj w goru nie pojdiot - umnyj goru obojdiot" (Mądry w góry nie pójdzie - mądry góry ominie). Mówi, że jest szczęśliwy.

Zasada nr 2. Każdy trochę kręci

Jedziemy nową toyotą cami. Samochód płynie po ulicach Grodna. Gra przyjemna muzyka. Widać, że kierowca, 39-letni Sasza, spędził tysiące kilometrów za kółkiem. Od kilkunastu lat sprowadza używane zachodnie samochody.
- Przepisy? - śmieje się. - Mój kolega handlujący komputerami postanowił, że będzie trzymał się wszystkich przepisów. Bo to bezpieczne, a poza tym on miał takie przekonania. Ech, idealista... I co? Nie dało się! Gdyby się tego trzymał, musiałby od razu zamknąć biznes.
Kolega musiał więc - tak jak wszyscy białoruscy przedsiębiorcy - zacząć "trochę kręcić": coś sprzedać poza księgowością, gdzieś nie dopłacić podatku, gdzieś "posmarować" kontrolerowi, który przyszedł z niezapowiedzianą wizytą. - Wpędzało go to w depresję - wspomina Sasza.
Na szczęście dziś kolega jest obywatelem Kanady. Tam może żyć i pracować zgodnie z przepisami, nie płacić łapówek i czuć się wzorowym obywatelem. Sasza zaś nadal "trochę kręci", prowadząc biznes na Białorusi. Ale miesięcznie, w zależności od sytuacji, zarabia od tysiąca do nawet kilku tysięcy dolarów.

- Na życie mi starcza - uśmiecha się. Ma czteropokojowe mieszkanie, dwa samochody i jeszcze mieszkanie w Druskiennikach na Litwie.
Jego historia jest typowa dla białoruskich przedsiębiorców. Pierwszy biznes, który zaczynał jako uczeń technikum, jeszcze w czasach ZSRR, to był nielegalny handel deficytową wówczas wódką. Później na czarno pracował w Wielkiej Brytanii. Po powrocie zarobione pieniądze włożył we własny interes. Na początku lat 90. popularnością wśród Białorusinów zaczęły się cieszyć zachodnie samochody. - Żyguli czy łada to był już obciach. Symbolem sukcesu był mercedes. Kogo nie stać było na merca, przynajmniej chciał mieć volkswagena - wspomina.
Szasza zaczął sprowadzać samochody. Temu biznesowi - z krótką przerwą na handel słodyczami - pozostaje wierny po dzień dzisiejszy. - Biznes po białorusku? - zastanawia się. - Coś zaczyna przynosić dochód, państwo to zauważa i zaczyna przyciskać. Dlaczego? Myślę, że z zazdrości.
Sasza wie, co mówi. Na jego oczach państwo wypowiedziało wojnę handlarzom samochodami. Wcześniej było tak: sprowadzasz wóz, sprzedajesz, płacisz podatki i wszystko jest OK. Nagle postanowiono to "uporządkować". Z dnia na dzień okazało się, że obywatel Białorusi może sprowadzić w ciągu roku jeden samochód na własny użytek. Racjonalnie wytłumaczyć to jest trudno. Białoruś nie produkuje samochodów, więc nie ma mowy o obronie własnego rynku.

Sasza nie poddał się. Wymyślił schemat. On kupuje samochód w Niemczech. By oficjalnie sprowadzić go na Białoruś, potrzebny jest mu pośrednik - osoba, która zarejestruje się w urzędzie celnym jako właściciel samochodu i weźmie na siebie formalności związane ze sprowadzeniem auta. Za 200 dolarów Sasza nie miał żadnych problemów ze znalezieniem w Grodnie kogoś, kto podjąłby się tego zadania. Potem samochód był na rynku sprzedawany prawdziwemu klientowi. Sasza zarabiał swoje i znowu ruszał w drogę.
- Handel samochodami? Ja nie mam z tym nic wspólnego. Ja tylko świadczę usługi transportowe - śmieje się, wspominając, jak tłumaczył się w urzędzie skarbowym.

W 2010, po podpisaniu unii celnej z Rosją i Kazachstanem, Białoruś na rok zawiesiła wprowadzenie rosyjskich ceł na samochody (kilkakrotnie wyższych niż białoruskie). Z ostatniej szansy na tanie zachodnie samochody postanowiły skorzystać dziesiątki tysięcy Białorusinów. Popyt na auta skoczył pod niebiosa. Dla Saszy oznaczało to sprowadzanie do dziesięciu samochodów miesięcznie. Schemat z podstawionym klientem działał bez zarzutu. Podobnych schematów prowadzenia biznesu jest mnóstwo i to w każdej dziedzinie. Niezależne białoruskie media twierdzą, że tak działa 80 proc. białoruskich przedsiębiorców.
Rok później, po wprowadzeniu wyższych ceł, rynek samochodowy zamarł.
- Cło jest zabójcze. Średnio jakieś 10 tysięcy euro płaci się za sprowadzenie samochodu. Na Białorusi mamy praktycznie zero transakcji. Na szczęś-cie jest rynek rosyjski i kazachski - mówi Sasza.
Tam Sasza nie musi "świadczyć usług transportowych", tylko normalnie handluje samochodami.

Zasada nr 3. Przyjaźnić się z władzą

Pan Aleksander długo nie zgadzał się na rozmowę. Musiałem obiecać, że nie tylko nie podam jego nazwiska, ale nawet miasta i rodzaju działalności. W biznesie jest od lat 90. Jest szefem dużej, dobrze prosperującej firmy. - Białoruś to kraj dużych możliwości - zaczyna. - Tylko trzeba znać odpowiednich ludzi. A przede wszystkim mieć wyobraźnię i rozumieć, jak funkcjonuje państwo, w którym żyjesz - odpowiada.

To ostatnie wydaje się najważniejsze. Według pana Aleksandra nie chodzi o banalne łapówki - o których zresztą nie chce w ogóle rozmawiać - ale o coś, co na Białorusi określa się ładnym terminem: socjalna odpowiedzialność biznesu. A oznacza to wydawanie przez przedsiębiorców własnych pieniędzy na cel wskazany przez władze.
- Powiedzmy, że do naszego miasta przyjeżdża ważna delegacja. Gości trzeba nakarmić, trzeba jakiś program kulturalny zapewnić. W budżecie nie ma na to środków. Do kogo pójdą władze? Do właściciela dobrej knajpy - opowiada pan Aleksander. - Ten, jak ma olej w głowie, to zorganizuje wszystko na najwyższym poziomie. Pieniędzy za to nie weźmie, zresztą nikt mu za to nie zamierza płacić. Goście zadowoleni, lokalne władze szczęśliwe i przedsiębiorca też. Ma plusa u władz. To naturalna sprawa - mówi.

Urząd miejski może też zbierać kwoty na jakiś cel. - Wzywają przedsiębiorców, bo buduje się obiekt sportowy krajowego znaczenia - mówi.

- Pałac lodowy? - dopytuję.

- Po co szczegóły? - oburza się pan Aleksander.

W każdym razie prywatne firmy budowlane muszą też w tym uczestniczyć. Oczywiście dostaną mniej niż cena rynkowa. Ale obiekt się buduje na rozkaz Aleksandra Łukaszenki. Więc każdy rozumie, że sprawa jest poważna, a przy innej okazji władza się odwdzięczy i stworzy możliwość odrobienia strat.
- Jeżeli umiesz dogadać się z ludźmi, wszystko będzie w porządku. Przyjaźń z władzą popłaca - mówi.

Pan Aleksander wierzy, że białoruski biznes może zarabiać nie tylko na siebie, ale również na urzędników, pałace lodowe, kluby hokejowe.

Źródło: Duży Format
  • 23
  • 4
  • 1
  • 5
  • 4
  • 92 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    36 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':