Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Marta (37 lat) i Darek (39 lat) pobrali się siedem lat temu. Przez pierwsze dwa lata ani się przed ciążą nie zabezpieczali, ani też nie myśleli szczególnie intensywnie o dziecku. Potem na Martę spadła wiadomość o chorobie mamy. Nowotwór z przerzutami. Czas zaczęła spędzać między pracą i szpitalami. Nie w głowie jej było myślenie o dziecku.
W końcu oboje z mężem stwierdzili, że chyba czas iść do lekarza. Byli u jednego, drugiego, trzeciego. Bez skutku. Po roku trafili do kliniki w
Katowicach. Okazało się, że ona ma jeden jajowód niedrożny, on nasienie nie najlepszych parametrów. Lekarze zaproponowali sztuczną inseminację. - Mało to romantyczne - opowiada Marta - ale jeśli skuteczne, nie byłoby na co narzekać.
Nie udało się. Teraz lekarze radzą im już in vitro, tym bardziej że oboje zbliżają się do czterdziestki. Długo o tym rozmawiali. Spróbują. Wezmą kredyt - 20 tysięcy. Wyliczyli, że powinno wystarczyć na pierwszą próbę. - Tak bym chciała, żeby mama zdążyła chociaż usłyszeć, że jestem w ciąży - Marta odwraca głowę.
Stan mamy znowu się pogorszył.
Przy arcybiskupie ani słowaCzęstochowski prezydent Krzysztof Matyjaszczyk tak jak Marta i Darek zbliża się do czterdziestki. Ożenił się sześć lat temu i już po roku urodziła się Karolina. Bez żadnych interwencji medycznych. Dwa i pół roku później na świat przyszedł Igor. Matyjaszczyk był przy narodzinach obojga swoich dzieci. Doskonale pamięta, jaką czuł radość, gdy pojawiły się na świecie. Nie pamięta za to, kto rzucił pomysł, by z miejskich pieniędzy dofinansowywać zabiegi in vitro. Czy to było podczas dyskusji z wiceprezydentami, czy na spotkaniu radnych SLD, gdy zastanawiali się, jak pokazać ludziom, że warto mieszkać w
Częstochowie? Prezydent sam ma znajomych, którym dopiero dzięki in vitro urodziło się wymarzone dziecko. - Wiem, ile to ich kosztowało wyrzeczeń, także materialnych - opowiada. - Sprzedali samochód, musieli się zapożyczyć. I tak mieli szczęście, bo udało się przy drugiej próbie.
Znajomi prezydenta nie mieszkają w Częstochowie, więc na miejską pomoc i tak by nie mogli liczyć. Dopłaty mają być tylko dla częstochowskich małżeństw: - Udowadniamy, że
Częstochowa opiekuje się rodziną, że ważny jest dla nas każdy człowiek. Pieniądze na rabatki, klomby czy kawałek chodnika byłyby lepiej wykorzystane?
W częstochowskim budżecie na pomoc w finansowaniu zapłodnienia in vitro jest 110 tys. zł. Nawet nie promil z ponad miliarda, który Częstochowa ma na wszystkie wydatki. - Czy to więc dla dobra mieszkańców? - zastanawia się zatem Jerzy Zając, częstochowski radny PO (ojciec i dziadek). - Ja bym w to nie wierzył! To czysta propaganda. Wydatek nieduży, pomoc dla par też niewielka, bo co, jeśli za pierwszym razem się nie uda? Za to ile gadania o postępowym lewicowym prezydencie Częstochowy! Gdyby Matyjaszczyk chciał taką kampanię urządzić w ogólnopolskich mediach, pewnie by zapłacił więcej.
A częstochowska lewica ma do załatwienia kilka ważnych propagandowych spraw. Podkreślić swoją prospołeczność. I pokazać, że nie boi się Kościoła.
Ale choć prezydent Matyjaszczyk taki jest dumny ze swego pomysłu, podczas noworocznej gali, na którą zaprosił najważniejsze osoby w mieście, wśród planów na 2012 rok nie wymienił finansowania in vitro. Może dlatego, że wśród zaproszonych byli księża, m.in. częstochowski arcybiskup Stanisław Nowak, gorliwy przeciwnik in vitro. - Za praktyką in vitro kryje się śmierć istnień ludzkich. Niech nędzna kultura in vitro, proaborcyjna, proantykoncepcyjna, nie będzie nam przedstawiana jako nowoczesność - powtarza od lat.
W świętym mieście coś takiego?Teściowa Marty codziennie chodzi na mszę. To ona przyniosła wiadomość, że Częstochowa chce dopłacać do in vitro. Nie oburzała się, jak kazał ksiądz, nie zamierzała protestować. Zaczęła namawiać syna i synową, by zgłosili się do magistratu, bo może i im miasto dopłaci. Ona niestety ze swojej emerytury pomóc nie jest w stanie.
- To niesamowite, że właśnie w Częstochowie chcą dofinansować in vitro - uważa Marta. - Radni zagrali Kościołowi na nosie, prawda?
- W "świętym mieście" coś takiego?! - dziwią się w klinikach, które wykonują zabiegi in vitro (w Częstochowie takiej kliniki nie ma) .
Ale w samym mieście ludzie się nie dziwią. Nastroje są mocno antyklerykalne. W listopadzie 2009 roku mieszkańcy odwołali w referendum prawicowego prezydenta, który był zbyt ugodowy wobec Jasnej Góry i kurii. Drogi remontował głównie wokół klasztoru, na kasyno się nie godził, bo kuria uważała, że nie przystoi ono duchowej stolicy Polski.
Lewica obiecywała zmianę w relacjach z Kościołem, dzięki czemu m.in. wygrała ostatnie wybory samorządowe. W jesiennych wyborach parlamentarnych lewicowi kandydaci też chętnie podkreślali swoją niezależność od Kościoła. Żądali między innymi opłat od pielgrzymów odwiedzających sanktuarium, postulowali, by się Jasna Góra modliła ciszej, bo fragmenty mszy i śpiewów słychać w całym śródmieściu, a jak wiatr dobrze głos poniesie, to i daleko od centrum. Skutek dla lewicy okazał się niezły - posła ma wprawdzie tylko jednego, ale wynik osiągnęła w Częstochowie lepszy od ogólnopolskiego.
Miałam szczęścieElżbieta, sprzedawczyni w sklepie monopolowym, mama dorosłych dzieci, babcia rocznej dziewczynki: - Mój siostrzeniec ma dziecko dzięki in vitro. Kredyt wzięli z żoną, chyba go jeszcze spłacają, ale dzieciak jest. Ale to i tak cud, bo on jako nastolatek chorował. Normalnymi metodami na dziecko szans nie było. A teraz tak myślę, czy córka z zięciem nie powinni się na to zdecydować. Są po trzydziestce, od paru lat starają się o dziecko i nic. Dobrze, jeśli miasto zechce pomóc. Że Kościół się sprzeciwia? To takiej pary decyzja, co ważniejsze, wiara czy dziecko. Niech sami decydują.
Marek, nauczyciel, tata trzynastolatka: - Żebym miał pewność, że to nie tylko propagandowa hucpa, to może i byłbym za. A tak jestem przeciw. W mieście jest dużo innych ważnych spraw. Oświata się sypie, prezydent szkoły likwiduje. Służba zdrowia w opłakanym stanie, trzy miesiące miałem czekać na rezonans dla syna, więc musiałem zrobić prywatnie. Po drogach nie da się jeździć, takie dziurawe. Jakby o nie zadbali, to by było z większym pożytkiem dla częstochowian. Nie jestem przeciw in vitro, ale to problem jednostkowy, a prezydent ma dbać o wszystkich. Pewnie, że bardzo współczuję ludziom, którzy nie mogą mieć dziecka. Niech wezmą kredyt na in vitro. Może to okrutne, ale jak kogoś na 20 tysięcy pożyczki nie stać, to jak chce utrzymać dziecko?
Agata, tegoroczna maturzystka: - Z jednej strony jestem za. Dobrze, że jest taka metoda. Wiadomo, że kosztowna, więc dobrze, że miasto chce pomóc. Ale jeżeli to nie o te pary chodzi, tylko o popularność dla prezydenta? Ale z drugiej strony, jeśli ktoś dzięki takiej pomocy może być szczęśliwy? W sumie - chyba jednak dobrze. Ale najważniejsze, że wreszcie coś się w tej sprawie dzieje konkretnego.
Małgorzata, urzędniczka, mężatka, bezdzietna. - Bardzo dobry pomysł. Mnie się podoba. Że tych pieniędzy mało? Mimo wszystko trzeba zachować umiar. W mieście jest bardzo dużo ważnych wydatków.
Katarzyna, prawniczka. Właśnie z dwuletnią córeczką wraca z Jasnej Góry. Modliły się, by za dwa miesiące urodziło się zdrowe drugie dziecko. - Miałam szczęście, że u mnie wszystko poszło normalnie. Postanowiliśmy z mężem, że czas na dziecko, i zaszłam w ciążę. Uznaliśmy, że czas na drugie - i jest w drodze. Nie musiałam się zastanawiać, czy in vitro jest etyczne, co z zarodkami... A miałabym straszny dylemat, bo dla mnie wiara jest bardzo ważna. Ale nie dam głowy, że bym się mimo wszystko nie zdecydowała. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że Zosi mogłoby nie być na świecie. I tego malucha, który dopiero ma się urodzić. Niby adopcja to też jakieś wyjście. Chwalebne, mówią. Ale nie wiem, czybym umiała.
Polska obróci się wniwecz- Wstyd na całą Polskę! - twierdzi jednak część częstochowian. - Palcami nas wytykają.
"W dobie powszechnego kryzysu i potrzeby zaciskania pasa, kiedy brakuje środków na zapewnienie podstawowej opieki lekarskiej, pojawiają się politycy, którzy za wszelką cenę chcą dofinansowywać zabiegi in vitro - które są niepewne, kosztowne i nieetyczne" - napisała w oświadczeniu częstochowska kuria.
Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży uznało, że "nie godzi się, by cud, jakim jest bez wątpienia życie człowieka, powstawał w wyniku eksperymentu", a katoliccy lekarze - iż "samo postawienie takiego projektu dowodzi, że projektodawca nie ma pojęcia, czym jest w swej istocie i w szczegółach procedura in vitro". Przywoływany był argument Częstochowy jako duchowej stolicy Polski i miasta, którego honorowym obywatelem był
Jan Paweł II. Lokalny poseł PiS Szymon Giżyński ostrzegał, że taka decyzja może być fatalna w skutkach nie tylko dla Częstochowy, ale i całej ojczyzny, bo "otwiera furtkę przed rewolucją kulturową, która obróci Polskę wniwecz".
Naprotechnologia. Etyczna odpowiedz KościołaDla Kościoła jedyna etyczna, godna człowieka alternatywa dla in vitro to naprotechnologia.
Polega na obserwacji organizmu kobiety, przede wszystkim śluzu z pochwy. Po nim najlepiej poznać dni płodne. Podobno jak się dobrze wyliczy, nawet słabsze męskie nasienie wystarczy.
Jeden z częstochowskich ginekologów wzrusza ramionami. - Jak jajowody są niedrożne albo nasienie ma bardzo słabe parametry, naprotechnologia będzie bezsilna.
W niecały miesiąc po decyzji częstochowskich radnych Caritas otworzył poradnię rozpoznawania płodności, w której metoda ma być stosowana. Na razie poradnia to pokój z krzyżem, obrazem bł.
Jana Pawła II, biurkiem i komputerem. Będzie w niej działać instruktorka, która nauczy małżeństwa, jak obserwować śluz z pochwy. - Dla nas dziecko to wynik niezwykłego równania - mówiła Anna Dziuba-Marzec do licznie zgromadzonych księży, zakonnic, starszych wiekiem obrońców życia i kilku par, które mogłyby skorzystać z pomocy poradni. - Jeden mąż, jedna żona, jeden Pan Bóg daje jedno dziecko - wyliczała.
- Naprotechnologia to jedyna metoda uzasadniona medycznie - tłumaczyła też zgromadzonym Wanda Terlecka, dla częstochowskiej kurii najwyższy autorytet medyczny. Specjalistka chorób płuc z tytułem doktora, wykładowca medycyny pastoralnej w częstochowskim seminarium, prezeska Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich oraz dama elitarnego Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie, do którego w Polsce należy tylko kilkadziesiąt osób, przekonywała wbrew opinii Światowej Organizacji Zdrowia: - Niepłodność nie jest chorobą, lecz skutkiem różnych chorób i patologii. Trzeba ich więc szukać, badać. W naprotechnologii to medycyna służy człowiekowi, a nie człowiek lekarzom, często nawet w stopniu profesora, do osiągania celów naukowych i korzyści materialnych.
Za przykład takiego profesora podaje jednego z prekursorów in vitro w Polsce, który nie dość, że jest działaczem SLD w swoim mieście, to jeszcze wśród bliskich krewnych ma właściciela kliniki zarabiającego na pozaustrojowych zapłodnieniach.
- Władze Częstochowy wyrwały się, że jako pierwsze będą finansować to niby-dawanie życia - komentował podczas święcenia przychodni abp Nowak. - W gruncie rzeczy to marnowanie, zabijanie ludzkich istnień.
Sztuczny człowiekRodzice Ewy nie wiedzą, że w ciąży jest dzięki in vitro. Uważają, że takie dzieci są słabe i chore. Ksiądz przecież mówił, że to sztuczny człowiek. Rodzice Krzysztofa wiedzą i cieszą się. Ewa i Krzysztof (oboje po 40 lat) pobrali się pięć lat temu. Po kilku latach okazało się, że u Krzysztofa plemników jest tak mało, że w grę wchodzi tylko inseminacja nasieniem obcego dawcy albo in vitro. Długo składali na zabieg. A jeszcze inne badania, tu 100 zł, tam 300. Za badania genetyczne zapłacili 2 tys. zł. Gdyby się okazało, że dziecko mogłoby mieć np. mukowiscydozę, nikt by im in vitro nie zrobił. W końcu zebrali: 5 tys. zł na kurację hormonalną, 6 tys. na samą procedurę. Za pierwszym razem się udało.
Inni muszą próbować po dwa, trzy, kilka razy. - Nie wiem, czy drugi raz dalibyśmy radę. Trzeba by się było zapożyczyć - mówi Ewa. I już się martwi, co będzie, jeśli kiedyś będą chcieli mieć drugie dziecko. Z dziewięciu jajeczek, które w klinice zostały zapłodnione plemnikami jej męża, tylko jedno się rozwija.