Pani kanclerz, czy gra pani na jakimś instrumencie? - Nie, jako dziecko trochę uczyłam się grać na flecie i na fortepianie, ale bez większych sukcesów.
Ale mimo to zna się pani na orkiestrach i uwielbia chodzić na koncerty. Jeżeli porównałaby pani Unię Europejską do orkiestry, to na czym grałyby wtedy Niemcy? - Marzy mi się taka europejska orkiestra, w której żadnemu narodowi nie przydziela się wyłącznie tonów subtelnych czy puzonów. Każdy naród gra na wszystkich instrumentach.
Przez ostatni rok europejscy politycy grali przeważnie w dużej dysharmonii... - ...ale bardzo współczesną muzykę...
...czy orkiestra w międzyczasie zrozumiała partyturę? A konkretnie: czy politycy europejscy już znaleźli sposób na kryzys? - Chcielibyśmy, aby Europa zabrzmiała wobec świata jak jedna orkiestra. W polityce również gra się w tonacjach dur i moll, raz harmonijne, raz - nie. Ale biorąc pod uwagę historię naszego kontynentu, ogromnym osiągnięciem jest już to, że dzisiaj w ogóle możemy porównywać Unię Europejską do orkiestry.
A opanowanie partytury? - Jeszcze nie przezwyciężyliśmy kryzysu. Mamy tu z jednej strony aktualne trudności, które ciągle jeszcze zaprzątają naszą uwagę - ekstremalne zadłużenie niektórych krajów, często narastające przez długie lata i pogłębione przez kryzys finansowy i gospodarczy. Zazwyczaj idzie ono w parze z wysokim bezrobociem i poważnymi słabościami systemowymi. I mamy oczywiście specyficzny przypadek Grecji, gdzie mimo wszelkich starań ani samym Grekom, ani wspólnocie międzynarodowej nie udało się jeszcze ustabilizować sytuacji. Wszystko to musimy najpierw uspokoić, by w ten sposób odzyskać zaufanie rynków.
Pojawia się też zasadnicze pytanie o nasze ambicje względem wspólnej Europy. Czy wystarczy nam przeciętny poziom efektywności gospodarczej, czy chcemy konkurować z najbardziej dynamicznymi państwami świata? Dobrze, że wypracowaliśmy wspólne stanowisko dotyczące dyscypliny budżetowej i redukcji zadłużenia - ale to nie wystarcza. Europa potrzebuje większego wzrostu gospodarczego i większego zatrudnienia, musi również w przyszłości radzić sobie w konkurencji globalnej. Chciałabym, aby także za 20 lat Europę ceniono za jej innowacyjność i wysoką jakość produktów. Dziś chodzi o to, jak utrzymywać naszą pozycję w czasach globalizacji - a tym samym również w przyszłości utrzymać dobrobyt obywateli.
Czy ma pani wątpliwości jeśli chodzi o dotychczasową politykę antykryzysową? - Dobry polityk zawsze ma wątpliwości i wciąż na nowo sprawdza swoje decyzje.
Nie mam wątpliwości co do celów tej polityki, bo chcę zachować euro i Unię. Lecz jeśli chodzi o sposób osiągnięcia tych celów, rozważamy wszystkie za i przeciw i szukamy kompromisów: jak dokładnie ma wyglądać pakt fiskalny, jak zmienimy prawo pracy, jak podzielimy fundusze strukturalne.
Rzadko można podjąć decyzje, które nie budzą niczyich wątpliwości.
Dlaczego idzie to tak ciężko? - W przeszłości czasami oszukiwaliśmy samych siebie. Również rynki długo nie reagowały na problemy, na przykład w Grecji. I w końcu zbyt często nie przestrzegaliśmy reguł, które sami ustanowiliśmy, takich jak obowiązujący w strefie euro pakt stabilności i wzrostu [Maastricht, 1991, zakłada m.in., że deficyt budżetowy w krajach strefy euro nie może przekroczyć 3 proc. Przed kryzysem tę zasadę łamały m.in. Niemcy i
Francja].
Jakie według pani najważniejsze wnioski można wyciągnąć z kryzysu? - Na początku wiele dyskutowano, czy Europa nie stała się po prostu ofiarą spekulantów. W międzyczasie, i to był decydujący krok, dotarliśmy do korzeni naszych problemów.
W ciągu ostatniego półtora roku wiele krajów podjęło niewiarygodne wysiłki i bolesne reformy, z tego powodu mają mój ogromny szacunek. Myślę, że znaleźliśmy kompromisowe rozwiązanie dzięki zrównoważeniu solidarności europejskiej i odpowiedzialności narodowej.