http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Małgorzata Szumowska. Mój temat to niemożność

Tadeusz Sobolewski
2012-01-29, ostatnia aktualizacja 2012-01-30 14:33

Małgorzata Szumowska
Małgorzata Szumowska
fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

"Przygotowując "Sponsoring" nagle zrozumiałam, że nie mogę robić publicystyki o wyzysku kobiet, tylko film o mężczyznach i kobietach, o szczególnym podejściu do seksualności". Rozmowa z reżyserką

Małgorzata Szumowska: Zarzucają mi ekshibicjonizm, ale ja mam wiele do ukrycia. Najintymniejsze filmy są dopiero przede mną
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Małgorzata Szumowska: Zarzucają mi ekshibicjonizm, ale ja mam wiele do ukrycia...
SERWISY
Czekaliśmy w zeszłym roku na twój "Sponsoring" w Cannes. Nie doczekaliśmy się.

- I ja czekałam na to jak na prezent. Ale teraz mi się wydaje, że prezentem będzie to, że mój film zobaczą widzowie w 33 krajach, w Stanach, w Australii, w Nowej Zelandii. Że we Francji 1 lutego wejdzie w stu kopiach. Że był na festiwalu w Toronto, a teraz będzie na Berlinale. Mam już prawie gotowy kolejny film, "Nowhere", czyli "Nigdzie" - nie wiem jeszcze, jaki będzie polski tytuł, ale dystrybutor światowy chce go kupić, więc trzymam się tytułu angielskiego. I nie przejmuję się tym, czy trafi do Cannes. Kiedy się przeszło taką drogę jak ze "Sponsoringiem", człowiek uwalnia się od nadmiaru ambicji, a zarazem nabiera jakiegoś poczucia własnej wartości.

Mówi się, że "Sponsoring" to film o prostytucji studentek, o degradacji kobiety. Ale jest tam scena, która wszystko odwraca. Dziennikarka, która pisze o "sponsoringu" - Juliette Binoche - wyobraża sobie tych wszystkich klientów, o których opowiadały jej prostytutki, jak siedzą z nią razem przy stole, piją wino i jest im dobrze.

- To moja ulubiona scena. We Francji film nazywa się "Elles", czyli "One", ale ktoś mi powiedział, że równie dobrze mógłby się nazywać "Oni", bo to także film o mężczyznach widzianych przez kobiety.

Temat wyszedł od ciebie?

- Nie, od Zentropy, wytwórni von Triera, z którą robiłam "33 sceny z życia". Spotkałam tam francuską producentkę, Dunkę z pochodzenia. To ona wymyśliła temat. Dużo się wtedy pisało o prostytuujących się studentkach z prowincji, których nie stać na mieszkanie w Paryżu. Niektóre z nich są Polkami. Więc szukano reżyserki z Europy Wschodniej.

Ale twoje filmy są dalekie od pochylania się nad wykluczonymi. Twoje bohaterki nie są ofiarami.

- Wyznaczono mi współscenarzystkę, 50-letnią psychoanalityczkę, z którą miałyśmy razem pisać o tych prostytutkach, przepraszam, nie o prostytutkach, tylko o dziewczynach, które to robią, bo biedne nie mają na krem. Ale dla mnie to nie był temat. Wymyśliłam więc postać dziennikarki, bo chciałam mieć w tym filmie kogoś bliskiego sobie, kobietę w moim wieku albo starszą. Borykanie się ze scenariuszem trwało półtora roku. Po drodze zmieniła się moja perspektywa i popadłam w konflikty z moimi Francuzkami, irytowało mnie ich podejście. Czułam, że jestem traktowana z góry, że chodzi im o to, aby wykorzystać czyjś talent, a na końcu procesu go wyeliminować, sprowadzić do roli usługowej. Nie przemawia przeze mnie żaden kompleks. To samo odczuł Ari Folman, reżyser "Walca z Baszirem", z którym mój operator Michał Englert robił ostatnio film w Europie. Jest coś takiego, że my - czy w jego przypadku Izraelczycy - w oczach Francuzów, Anglików należymy do niższej kategorii. I zawsze ktoś cię zapyta: czy u was zimy są bardzo ostre?

Może po prostu nie podobał ci się scenariusz?

- Michał twierdził, że jest do niczego, że nie ma w nim mięsa. Ja go broniłam. Bo i tak wiedziałam, że na planie będę szukać tego mięsa w ramach poszczególnych scen i zrobię swoje, jak zawsze. Już na etapie pisania zaczęłam zmieniać sceny. A kiedy mówiłam, że scenariusz brzmi niewiarygodnie, współscenarzystka wyjeżdżała ze swoimi teoriami, szafowała nazwiskami, od Freuda do Fromma. Ale kino nie jest ilustracją intelektualnego wywodu, ono ma swoją prawdę, do której dochodzi się często w drodze intuicji. Ja też miałam kiedyś pełną głowę teorii. Kształciłam się intensywnie od 14. do 20. roku życia. Później przestałam i w jakimś sensie stałam się wtórnym analfabetą, ale co mam, to mam! Tylko że wychowałam się w innym duchu: precz z autorytetami, liczy się to, co samodzielnie wymyślisz. Słuchając moich mentorek, myślałam: i tak zrobię po swojemu. Piłam przy tym dużo wina, a alkohol wzbudza we mnie agresję. Więc kiedy one - pamiętam, że to było w restauracji, przy ostrygach - zaczęły obrabiać mnie i wytykać mi nieeleganckie jedzenie rękami, powiedziałam coś, co do wywiadu się nie nadaje. Scenarzystka wstała ze łzami, wybiegła z knajpy, za nią producentka. O mało nie zerwałyśmy filmu. Ale w nocy dostałam od producentki SMS: "Zachowałaś się okropnie, ale to pokazuje, że jesteś prawdziwym reżyserem".

Wybiłaś się na niepodległość?

- Przede wszystkim znalazłam bohaterkę. Inną niż te "biedne" dziewczyny, o których miał być film. Znalazłam ją w Polsce, przez internet. Umówiłyśmy się w restauracji. Przyszła: 23 lata, superubrana, elegancka, uroda nieciekawa, ale atrakcyjna. Uprawiała sponsoring w Warszawie.

Zamówiłyśmy sobie jakieś dania i zaczęłam podpytywać ją dokumentalnie, jak to było. A ona - potok słów: "Mam chłopaka. Był jednym z moich ostatnich klientów. Postanowiliśmy być razem, chcemy mieć dziecko, on ma firmę". "I nie przeszkadza mu twoja przeszłość?". "Skąd! To niesamowite doświadczenie...". "Wiesz - mówi mi - to ciekawe, oni mają tak różne siusiaki. Jeden zakrzywiony, inny prosty, jeden robi to szybciej, drugi wolniej...".

Słuchałam jej i nie mogłam dokończyć swojego dania. Ale nie z obrzydzenia - przeciwnie, byłam zaskoczona i zafascynowana tym, co usłyszałam. Myślałam, że spotkam kogoś, kto mi opowie, jak strasznym doświadczeniem jest prostytucja, jakie to poniżenie. A ona mówiła głównie o seksie, z upodobaniem.

Czy to nie jest historia stara jak świat? Kiedyś to się nazywało: mieć utrzymankę.

- Tak, ale utrzymanki nie udzielały wywiadów. W tym jest coś nowego. Element równouprawnienia. Faceta mojej rozmówczyni, tego, z którym ona chce się pobrać, to właśnie kręci, że spała z wieloma za pieniądze. Opowiedziała mi scenę, która potem znalazła się w "Sponsoringu", o kliencie, przed którym się rozebrała, a on się rozpłakał - i ona przytuliła go po macierzyńsku.

Nagle zrozumiałam, że nie mogę robić publicystyki o wyzysku kobiet, tylko film o mężczyznach i kobietach, o szczególnym podejściu do seksualności. Może to kwestia pokoleniowa? Patrzę na młodsze pokolenie i zadziwia mnie ich brak obciążeń, które mieliśmy my, wychowani w pruderyjnej komunie i w katolicyzmie. Mamy w tych sprawach wdrukowaną barierę moralną, której oni w ogóle nie czują. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle, choć pewnie w ostatecznym rozrachunku niedobrze, prawda?

Podobna dziewczyna pojawia się w filmie "Ono", gra ją zresztą ta sama aktorka, Barbara Kurzaj.

- Zawsze miałam przychylny stosunek do prostytutek. Wydaje mi się, że mają w sobie dużo kobiecego ciepła. Moja rozmówczyni uważała, że ona tym mężczyznom pomaga. Oni mają żony, które nie dają im satysfakcji, bo całą swoją seksualność, w sensie czułości, przelewają na dzieci. Odsuwają mężczyzn, którzy wtedy zaczynają szukać czegoś, czego nie znajdują w domu. A równocześnie nie chcą rozbijać rodziny. Klientami mojej dziewczyny ze "Sponsoringu" byli głównie znudzeni mężowie. Robili z nią to, czego nigdy nie zrobiliby z żonami. Wszystko, co w filmie mówi ta dziewczyna, jest wzięte z tamtej rozmowy.

Źródło: Duży Format
  • 16
  • 5
  • 6
  • 9
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':