Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Jestem niewinny, ale nie potrafię tego do końca udowodnić. Mogę jedynie dać słowo honoru - mówił Hildebrand na konferencji prasowej w zeszły poniedziałek, gdy niespodziewanie po dwóch latach spędzonych na czele Szwajcarskiego Banku Narodowego podał się do dymisji. Nie miał wyjścia, bo skandal wokół jego rodziny zataczał tak szerokie kręgi, że rykoszetem uderzał w wiarygodność jego kraju. "Financial Times" pisał bez ogródek: "Hildebrand zhańbił szwajcarską markę". Zaś w kraju coraz głośniej mówiono, że jest "łotrem" i "spekulantem" - szwajcarska skrajna prawica najchętniej widziałaby go za kratkami. A wszystko zaczęło się od jednej bankowej transakcji
Historia upadku Hildebrada wygląda jak żywcem przepisana ze scenariusza hollywoodzkiego dreszczowca. Zaczyna się mniej więcej jesienią zeszłego roku (dokładna data nie jest znana) w klimatyzowanym pomieszczeniu, w którym pracują informatycy zuryskiego Banku Sarasin. To licząca 160 lat instytucja zajmująca się głównie bankowością prywatną. W zeszłym roku na kontach klientów leżało ponad 100 mld franków, a Bank Sarasin należał do najbardziej prestiżowych w kraju. Pogrzebał go jednak niespełna 40-letni informatyk, który zaczął przeglądać historie transakcji na koncie Hildebranda i jego żony Kashyi. Ze zdumieniem odkrył, że pół roku temu żona szefa banku centralnego sprzedała 400 tys. franków, by kupić 500 tys. dol. Miesiąc później zamieniła dolary z powrotem na franki. Na transakcji zarobiła ponad 50 tys. CHF. Uwagę informatyka zwrócił jednak nie zysk (jak na warunki mały), ale data. Pani Hildebrand dolary kupiła 15 sierpnia 2011 r. Trzy tygodnie później jej mąż podjął decyzję o usztywnieniu kursu franka. Szwajcarska waluta, która w ostatnich tygodniach biła kolejne rekordy wartości, odtąd miała kosztować dokładnie 1,20 euro. W ten sposób bank chronił szwajcarską gospodarkę. Niewyobrażalnie drogi frank nie tylko doprowadzał do rozpaczy Polaków czy Węgrów, którzy w tej walucie wzięli kredyty hipoteczne. Zabijał też szwajcarską branże turystyczną i żyjący z
eksportu przemysł. Skutki odczuwali nawet rolnicy, bo Szwajcarzy po żywność jeździli do tańszych Niemiec.
Informatyk uznał, że Kashya Hildebrand wiedziała o tym, co planuje jej mąż, i wykorzystała to, by zarobić. Jednym słowem doszło do tzw. insider tradingu, co w Szwajcarii (i nie tylko) jest przestępstwem. Tylko kto uwierzy podrzędnemu informatykowi, który jako dowód pokazywał jedynie trzy zrzuty z ekranu? Okazało się, że jest człowiek, który czeka, by Hildebrandowi powinęła się noga. To Christian Blocher, szwajcarski milioner i przywódca ksenofobicznej Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP).
SVP zdobyła w Europie złą sławę, organizując regularnie nagonki na żyjących w Szwajcarii cudzoziemców - nie tylko uciekinierów z Afryki czy Bliskiego Wschodu, ale także Niemców, którzy zdaniem Blochera i jego ludzi podkradają Szwajcarom
pracę. Trzy lata temu partia na drodze referendum przeforsowała łamiący prawa człowieka zakaz budowy meczetów z minaretami, rok później nakaz automatycznego deportowania każdego cudzoziemca, który popełni w Szwajcarii jakiekolwiek przestępstwo.
Nazwisko Blochera w Europie wymawia się jednym tchem z francuskim ksenofobem Jean-Marie Le Penem czy nieżyjącym austriackim populistą Jörgiem Haiderem. Ale choć SVP popiera co czwarty Szwajcar, pozostałe partie są w stanie izolować populistów, a poparcie dla nich powoli spada. Blocher jesienią zeszłego przegrał walkę o tekę w szwajcarskim rządzie, a jego gwiazda zaczynała blednąć. Finansowe machinacje Hildebrandów spadły mu jak z nieba. Tym bardziej że szef banku centralnego był od dłuższego czasu jego osobistym wrogiem. Wielokrotnie krytykował podejmowane przez Hildebranda rozpaczliwe próby osłabiania franka. - W ten sposób okrada się Szwajcarów - mówił.
O sprawie Blocher dowiedział się przez kilku pośredników (informatyk z Banku Sarasin najpierw powiadomił o sprawie związanego z SVP adwokata, z którym razem chodził do szkoły). Zaalarmował rząd, a opinią publiczną na początku stycznia zajął się związany ze skrajną prawicą tygodnik "Weltwoche", który SVP regularnie wykorzystuje do ataków na politycznych przeciwników.
Hildebrand bronił się dobry tydzień. Twierdził, że jeszcze pod koniec roku transakcje jego rodziny sprawdzili niezależni kontrolerzy i nie wykryli w nich nic niezgodnego z prawem. Wcześniej sprawdzali je kontrolerzy banku centralnego. A samą decyzję o zakupie dolarów w sierpniu podjęła jego żona, o czym on nie miał pojęcia. Dowodów na to jednak nie ma. Później "Weltwoche" zamieściło korespondencję mailową między Hildebrandami, a ich doradcą bankowym. Twierdziło nawet, że Hildebrand sam kazał mu przez telefon kupić dolary. Okazało się jednak, że tę informację dziennikarze wyssali z palca. Jednak sam fakt, że Hildebrand rozmawiał z bankowcami o interesach żony, jeszcze bardziej podgrzał atmosferę.
Hildebranda bronili członkowie szwajcarskiego rządu. Ale pogrążali go eksperci. Zgodnie uznali, że niezależnie od okoliczności, najważniejszy bankier kraju i jego rodzina nie mogą spekulować walutą. To po prostu nie przystoi. A prasa przypomniała też, że pochodząca z Pakistanu żona Hildebranda, dziś właścicielka galerii, dorobiła się milionów na Wall Street. Kupując w sierpniu dolary, powinna pomyśleć o reputacji męża, a nie o korzystnym kursie. - Mój mąż nie powinien mi po prostu pozwolić tego robić. Przepraszam z całego serca Szwajcarów i mojego męża - mówiła w telewizyjnym wywiadzie Kashya Hildebrand.
Na awanturze stracili jednak tylko Hildebrandowie. Informatyk, gdy tylko dowiedział się w jaki sposób SVP wykorzystała jego donos, próbował popełnić samobójstwo. Z Banku Sarasin wyrzucono go dyscyplinarnie, czeka go też sprawa karna. Ujawnianie danych bankowych osobom trzecim jest w Szwajcarii poważnym przestępstwem. - Zrujnowali moje życie. Nie chciałem tego - mówi dziennikarzom.
Blocher i "Weltwoche" są zaś w Szwajcarii na cenzurowanym. Polityk ostatecznie udowodnił bowiem, że nie ma żadnych skrupułów. "Weltwoche" oskarżono zaś o manipulowanie opinią publiczną i urządzanie nagonki na państwo. Politycy wszystkich partii poza SVP domagają się od redakcji wyjaśnień i grożą jej konsekwencjami.
Ale najbardziej straciła sama
Szwajcaria. Nie chodzi tylko o to, że transakcje żony Hildebranda mogły naruszyć prestiż banku centralnego. Wpływy jego byłego już prezesa miały globalny charakter. Hildebrand zasiadał w wielu instytucjach kształtujących zasady globalnego rynku finansowego, cieszył się w nich sporą estymą i potrafił forsować decyzje korzystne dla Szwajcarów. Nie wiadomo, czy jego następca będzie postacią podobnego kalibru.