Wiadomość o jej śmierci nie ukazała się w gazetach. Tak samo jak wiadomość o śmierci jej męża. Zmarł 3 kwietnia 1954 roku w szpitalu franciszkańskim Hospital da Ordem Terceira w Lizbonie. Do końca rękę ściskała mu jedna z bratanic - Madalena. Jedyna informacja, jaka pojawiła się w gazetach na temat jego zgonu, ukazała się w Léopoldville w Kongu Belgijskim.Brzmiała ona tak: "Wielki przyjaciel Belgów nie żyje".
Odwracali głowy Po powrocie z Francji Aristides de Sousa Mendes poszedł do Salazara tylko raz. Ale się z nim nie zobaczył. Zaproszono go na spotkanie do Pałacu Sao Bento. Przesiedział w poczekalni gabinetu premiera Portugalii kilka godzin i wieczorem odesłano go do domu. Bez wyjaśnienia.
Rada dyscyplinarna rozpatrzyła sprawę Mendesa i uznała, że jego działalność była wyjątkowo nieprofesjonalna i niezgodna z panującym prawem. Jego zaś określono jako niezdolnego do wykonywania obowiązków służbowych. Dożywotnio.
Akta "Aristides de Sousa Mendes" zostały zamknięte i z napisem "tajne" schowane pod kluczem w archiwalnej szafie.
César de Sousa Mendes po kilku prośbach o przywrócenie brata do pracy również został zawieszony w wykonywaniu obowiązków służbowych - na lat pięć.
Gdy Aristides spotykał w kawiarni dawnych kolegów, odstawiali talerze, odsuwali krzesła, odwracali głowy i wychodzili. Portugalczyk nie wyjdzie z restauracji, jeśli nie jest najedzony. Wychodzili wszyscy.
Gdy mówił im "dzień dobry" - nie odpowiadali.
Gdy szukał u nich pracy, ich sekretarki odpowiadały mu: - Pan adwokat (lub notariusz) nie ma dla pana pracy i prosił, żeby więcej pan tu nie przychodził.
W Portugalii o podobnych sprawach mówiło się, że żeby przeżyć, trzeba mieć zamknięte uszy. Oczy należało mieć otwarte.
I Aristides szeroko otwierał oczy. Patrzył w lustro i się nie poznawał. Miał 55 lat i widział cień człowieka. Ani pracownik, ani emeryt. Równie dobrze mógłby uchodzić za ducha.
Gdy skończyły się oszczędności, wyprzedawał po kolei wyposażenie rodzinnej posiadłości w Cabanas de Viriato. Ale pieniędzy wciąż było za mało. Młodsze dzieci nie poszły na
studia. Starsze nie mogły znaleźć pracy. Zamieszkali w suterenie. Gdy padało, przez okna wlewała się do środka woda.
Na obiady chodzili do stołówki prowadzonej przez Hebrajskie Towarzystwo Pomocy Imigrantom (HIAS). Przeważnie dawali tam zupę.
Aristides chodził po ulicach Lizbony ze zwieszoną głową. W ślad za nim chodziło zawsze dwóch funkcjonariuszy PVDE (port. Pol~cia de Vigilância e Defesa do Estado -
Policja Czujności i Ochrony Państwa). Głowy trzymali wysoko, a plecy ich były wyprostowane. Świadkowie mówili, że ich miny nigdy niczego nie wyrażały.
Policja PVDE chodziła za nim wszędzie. Czasem bywało to dla funkcjonariuszy kłopotliwe, bo Aristides, pnąc się w górę ulicą w kierunku Palacio de Sao Bento, zatrzymywał się nagle zmożony zmęczeniem lub brakiem oddechu. Chodnik na ulicy był i nadal jest wąziutki, więc policjanci musieli stać gęsiego, jeden za drugim. I wtedy wszyscy, którzy również podążali w tym kierunku lub szli z naprzeciwka, wiedzieli już, kim są dwaj milczący panowie.
Nie mógł zrobić bez nich kroku. Gdy wychodził po gazetę, już stali przy kiosku. Gdy odprowadzał dzieci do szkoły, wracali trzy metry za nim.
Gdy nie mógł już tego znieść, dostał udaru. Kilka tygodni brakowało do końca II wojny światowej. Choć dla Aristidesa de Sousy Mendesa nie miało to już większego znaczenia. Bo nie mógł być tym, kim był przed wojną.
Udar odebrał mu częściową sprawność w lewej stronie ciała. Trzy lata później krwotoku do mózgu doznała również jego żona Angelina.
Bez ubezpieczenia i pieniędzy, ze zdrowiem zrujnowanym z powodu niedożywienia nie miała szans na przeżycie. Lekarz nie chciał leczyć jej za darmo.
- Już nie ma kogo leczyć - powiedział Aristidesowi kilka godzin po ataku i nie zabrał jej do szpitala.