Ola od miesięcy skreślała w kalendarzu dni, które zostały do 1 stycznia 2012. Czekała na ustawę o abolicji dla obcokrajowców, którzy są w Polsce nielegalnie. Dzięki niej Ola pierwszy raz od pięciu lat wyjedzie na Ukrainę: - Jak tylko dostanę "papier", to chyba wprost z urzędu, na piechotę, jak na skrzydłach, ruszę przez Polskę.
Do mamy, która mieszka na wsi po ukraińskiej stronie Bieszczad. - Chciałabym się po prostu do niej przytulić, bardzo mi jej brakuje.
Ola nie boi się - jak wielu innych Ukraińców - plotek rozpowszechnianych na Ukrainie, że abolicję wymyślił polski rząd po to, aby wyłapać wszystkich "nielegalnych". - Będą was mieli jak na widelcu - drwią sceptycy.
Ola nie boi się pewnie dlatego, że sama się do abolicji przyczyniła: - Sylwester 2009 był kolejnym, który spędzałam w
Warszawie razem z koleżanką Saszą, też Ukrainką. Pytam ją: - Sasza, czego sobie życzysz na ten przyszły rok? A ona, że najbardziej chciałaby pojechać do domu, do swoich. I w płacz. No to ja też w płacz, bo przecież moje życzenie było takie samo. Nierealne. Obie w Polsce nielegalnie, żadna z nas nie mogła przekroczyć granicy i tu wrócić. Miałyśmy nieważne paszporty i wizy, a pogranicznicy zaraz wbiliby nam zakaz wjazdu do Polski na kilka lat.
Stwierdziły, że tak dalej nie może być.
Sasza skontaktowała się z Ksenią Naranowicz z fundacji Oprócz Granic. Wspólnie z polskimi przyjaciółmi pracowali nad abolicją. Założyli Komitet "Emigranci na rzecz abolicji". Przyłączyli się do niego i legalni, i nielegalni. Zbierali podpisy pod petycją, mają swoją stronę w internecie. Pytali na niej: czy jesteś za abolicją, czy przeciw? - Nie wszyscy byli za, bo wielu Polakom wydaje się, że imigranci to bandyci i trzeba się ich pozbyć - mówi szczerze Ola.
W październiku zeszłego roku manifestowali pod Sejmem, że chcą wyjść z szarej strefy. - Pracujemy, zarabiamy, chcemy płacić podatki, chcemy móc sami pójść do urzędu załatwić swoje sprawy - tłumaczy Ola. - Chcemy przestać się bać idąc ulicą.
Przyjechała do Polski w 2005 roku, gdy splajtowała firma budowlana, w której była księgową. Ma wyższe wykształcenie, skończyła zaocznie ekonomię. We Lwowie zostawiła męża, z którym nic już ją nie łączyło, 13-letnią córkę i 16-letniego syna, za którymi tęskniła niezmiernie i którym wysyłała busem do Lwowa pieniądze, prezenty i własnoręcznie lepione
pierogi,
gołąbki i mięsa. Wyjeżdżały o 20 z Warszawy, żeby
dzieci miały świeże na
śniadanie.
- Byłam mamą na telefon - opowiada. - Bywało, że dzwoniłam pięć razy dziennie.
Pierwszą pracę w Warszawie znalazła u bogatej właścicielki wielkiego domu. - Przeszłam u niej piekło - wspomina Ola. - Zatrudniła mnie na czarno i ukrywała przed ludźmi. Zakwaterowała w piwnicy, zabraniała wychodzić na dwór, otwierać okna. Do jedzenia dawała chleb i kapustę gotowaną na wodzie. Traktowała jak niewolnicę.
Ola sprzątała, prała, prasowała, gotowała. Wielki dom zamiatała od góry do dołu zmiotką, na kolanach, bo nie mogła używać odkurzacza.
- Kiedy pani wracała do domu, zdejmowałam jej płaszcz, rozwiązywałam sznurówki u butów. Wytrzymałam prawie pięć miesięcy - mówi Ola. - Kiedy powiedziałam, że odchodzę, zabrała mi walizkę, a potem rzucała we mnie moimi rzeczami na oczach sąsiadów. Było mi strasznie wstyd. Nie wypłaciła mi pensji za ostatni miesiąc.
- Teraz jako "legalna" będę się czuła pewniej, nie dam już sobą pomiatać - cieszy się Ola.
*** Całą historię Oli i innych nielegalnych imigrantów w Polsce przeczytasz tylko w papierowym "Dużym Fromacie" *** W czwartkowym "Dużym Formacie" również:
- Smak lufy włożonej w usta
Sherlock Holmes, którego gra Robert Downey jr, zażywa narkotyki, ma nerwicę natręctw i jest mizoginem. Poza tym przebiera się za kobietę, jest zazdrosny o małżeństwo dr. Watsona, więc pozbywa się jego małżonki - o filmie "Sherlock Holmes. Gra cieni" piszą Wojciech Orliński i Jacek Szczerba.
- Co jest w sztuce McDonaldem
Po namalowaniu "Ostatniej Wieczerzy" rozpętało się piekło, nie dyskusja. Opluwanie obrazu - o filmie "Sherlock Holmes. Gra cieni" piszą Wojciech Orliński i Jacek Szczerba.
- Dni, w których osiwiał konsul Mendes
Na początku II wojny światowej w Bordeaux w kilkanaście dni uratował 30 tysięcy uciekinierów - o Aristidesie de Sousa Mendesie pisze Iza Klementowska.
- Mucha nie gada
Co chce ukryć minister sportu Joanna Mucha? Nawet kiedy pisałem teksty pośmiertne, pogrążone w żałobie rodziny i bliscy znajomi rozmawiali o bohaterze chętniej niż bliscy minister Muchy - o minister sportu pisze Wojciech Staszewski.
Więcej>>