Co mam zrobić, żeby pożyć jak bezdomna?
- Powinna pani ubrać się w stare ciuchy, ewentualnie zabrać coś ciepłego, jeśli jest zimno. Może też pani mieć ze sobą śpiwór. Ale stary, a nie jakiś wypasiony, prosto ze sklepu ze sprzętem turystycznym. W zimie bezdomni też używają śpiworów.
Niektórzy uczestnicy programu przynoszą także pojemniki na wodę. Ale już żadnych naczyń i naturalnie pieniędzy mieć nie wolno.
O co ludzie pytają przed wyjściem na ulicę?
- Niepokoi ich, że będzie niebezpiecznie albo zimno, bo robimy warsztaty także w zimie, śpiąc na zewnątrz. Niektórzy pytają, czy ten program nie jest formą dziwnego podglądactwa. Bo przecież my tylko udajemy, że jesteśmy bezdomni. Wiemy, że czeka na nas życie, do którego możemy wrócić.
Znam osoby z mojej grupy?
- Może się tak zdarzyć. Zaczynamy od tego, że spotykamy się na ulicy i siadamy w kole. Nie daję zbyt wielu rad. Podkreślam, że od tej pory naszym głównym nauczycielem stają się ulice.
Zachęcam też uczestników do żebrania, żeby zobaczyli, jak to jest prosić o pieniądze. Potem zostaje pani przydzielony partner i się rozchodzimy. Zasadą jest, że dla bezpieczeństwa chodzimy dwójkami. Umawiamy się, że spotkamy się, dajmy na to, w konkretnym parku o osiemnastej. Każdego dnia spotykamy się trzy razy - rano, po południu i wieczorem. Wspólnie medytujemy, siedząc przez pół godziny w ciszy, a potem dzielimy się przeżyciami i wrażeniami.
Gdzie spędzimy noc?
- Zazwyczaj jest nas od ośmiu do kilkunastu osób i noce spędzamy wszyscy razem. Z zasady nie korzystamy z noclegowni, więc trzeba znaleźć miejsce, z którego nikt nas nie przegoni. Nie można spać w okolicy osiedli, bo mieszkańcy zadzwonią na policję, nikt nie pozwoli nam nocować w parku. Często udaje się coś znaleźć dopiero późno w nocy, gdy ulice pustoszeją. Poza tym jest głośno, ludzie budzą się w nocy. Trudno mówić o wysypianiu się.
Jak człowiek się czuje po pierwszym dniu?
- Większość osób znajduje w tym doświadczeniu pozytywne elementy mimo zmęczenia, strachu. Doświadczają pewnego rodzaju przebudzenia, energii, zaangażowania.
Skąd to się bierze?
- Chyba z intensywności doświadczania. Zaczyna się zauważać ludzi wokół, wchodzić w interakcje z tymi, na których na co dzień nie zwracamy uwagi. Nagle przydarza nam się niesamowita rozmowa z kimś, z kim normalnie w życiu byśmy słowa nie zamienili. Widzimy, jak bezdomni sobie pomagają, dbają o siebie nawzajem i zaczynają dbać o nas.
Pamiętam młodego mężczyznę, który chciał być twardy i nie wziął śpiwora. W nocy było bardzo zimno, dosłownie zamarzał i jakiś bezdomny dał mu swój śpiwór.
Biedni ludzie są bardzo szczodrzy. Zawsze kiedy żebrzę, proszę o pieniądze facetów w garniturach. Wiem, że nic mi nie dadzą, to rodzaj mojej osobistej tortury, może nie powinienem tego robić. Zagaduję do nich, żartuję, choć mam świadomość, że tego nie znoszą.
Ludzie, którzy dają pieniądze bezdomnym i żebrakom, to prawie zawsze biedni, zwykła klasa pracująca. Częściej kobiety. Sięgają po portmonetkę, wyjmują drobną kwotę i uśmiechają się do ciebie sympatycznie. Zaczynamy rozumieć, że na co dzień, żeby się chronić, opancerzamy się. Na ulicy doświadczamy mnóstwo szczodrości i miłości.
I żadnych negatywnych rzeczy?
- Zdarzają się, jasne. Przez lata zabierałem w Den-ver na ulice moich studentów. Były wśród nich kobiety i czasem śledzili nas pijani lub naćpani mężczyźni, którzy chcieli je wykorzystać. Obserwowaliśmy przemoc, raz mogliśmy być nawet świadkami morderstwa, gdy grupa agresywnych mężczyzn ciężko kogoś pobiła. Poprosiliśmy przechodnia o drobne i zadzwoniliśmy po policję. Ale mimo wszystko Street Retreat to przede wszystkim pozytywne doświadczenie.
Źródło: Duży Format