http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oswald malutki. "Dallas '63", Stephen King

Łukasz Orbitowski
2011-11-20, ostatnia aktualizacja 2011-11-16 15:52

Na całym świecie trwają protesty oburzonych. Okupacja przed giełdą na Wall Street. Nowy Jork, 30 września 2011 r.
Na całym świecie trwają protesty oburzonych. Okupacja przed giełdą na Wall Street. Nowy Jork, 30 września 2011 r.
fot. Gerald Holubowicz/laif/EK Pictures Gerald Holubowicz/laif

Wielbiciele teorii spiskowych srodze się zawiodą - King pozostał wierny wersji oficjalnej śmierci Kennedy'ego. A jednak opowieści o zakusach CIA, Francuzów oraz Marsjan odgrywają ważną rolę w powieści

Zamach na prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego. Dallas, 29 listopada 1963 r.
Fot. CSU Archives/ courtesty Everett Collection/East News
Zamach na prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego. Dallas, 29 listopada 1963 r.
Prezydent USA Ronald Reagan, 1982 r.
Fot. Universal History Archive/Getty Images/FPM Getty Images
Prezydent USA Ronald Reagan, 1982 r.
Gazety obwieszczają koniec Nixona
Fot. Alex Webb / Magnum/EK Pictures Alex Webb / Magnum
Gazety obwieszczają koniec Nixona
Przez całe lata 60. Stany Zjednoczone wysyłały swoje wojska do Wietnamu. Konflikt między Północnym a Południowym Wietnamem zakończył się w 1975 r.
Fot. Polaris Images/East News EAST NEWS
Przez całe lata 60. Stany Zjednoczone wysyłały swoje wojska do Wietnamu...
4 kwietnia został zastrzelony Marin Luther King, działacz na rzecz równouprawnienia, zniesienia dyskryminacji rasowej. Atlanta, 9 kwietnia 1968 r.
Fot. KEYSTONE Pictures USA/Forum KEYSTONEPicturesUSA
4 kwietnia został zastrzelony Marin Luther King, działacz na rzecz...
Zamach na WTC. Nowy Jork, 11 września 2001 r.
Fot. Visual Press Agency/EAST NEWS Visual Press Agency/EAST NEWS
Zamach na WTC. Nowy Jork, 11 września 2001 r.
Jak każde niespodziewane wydarzenie śmierć prezydenta USA Johna F. Kennedy'ego jest niewyjaśnialna. Trudno dociec przyczyn i nadać jej sens, bo na pierwszy rzut oka prezydent osuwający się na siedzenie kabrioletu jest czymś bezsensownym. Zginął z ręki chorego psychicznie nieudacznika, padł ofiarą jego urojeń, ziścił się sen wariata. Gdyby Lee Harveya Oswalda dopadła tego dnia migrena, być może odłożyłby strzelbę albo zastrzelił później kogoś innego. Kennedy, zabity bez żadnego uzasadnienia, do dziś z trudem mieści się w głowie Amerykanom.

Wszyscy go zabiliśmy

Uczynić tę śmierć bardziej sensowną próbuje pop-kultura, ręka w rękę z teoriami spiskowymi. Niektóre z nich brzmią nawet dość rozsądnie, inne są zupełnie fantastyczne. Właściwym strzelcem miał być na przykład Charles Harrelson (ojciec Woody'ego), osadzony zresztą później w więzieniu za inne zbrodnie. A tak w ogóle strzelców było przecież trzech. Kennedy'ego ponoć uśmierciła mafia, Kubańczycy zemścili się za Zatokę Świń, wymienia się także izraelskiego agenta i członków Ku-Klux-Klanu. Dorzućmy do tego wywiad sowiecki i Edgara Hoovera, a obraz sytuacji zacznie się klarować.

Amerykańscy artyści również czuli się w obowiązku zabrać głos na ten temat. O ile Dona DeLillo w powieści "Libra" interesowało naświetlanie prawdy z każdej strony, to już Oliver Stone w filmie "JFK" skłonił się do wersji o trzech strzelcach wyręczających oszukanego Oswalda w jego niewdzięcznym zadaniu. Byli tylko cynglami podpuszczonymi przez wysoko osadzonych spiskowców. Podobny wniosek można wysnuć z odcinka "Archiwum X" poświęconego temu wydarzeniu. Kennedy'ego zabija straszliwy Palacz, człowiek od brudnej roboty, a przy okazji depozytariusz najbrudniejszych tajemnic Ameryki, z przechwyceniem UFO na czele. Kosmici pojawiają się również w opowiadaniu "Lot na Księżyc potraktowany jako strzał do ruchomej tarczy" Pavla Kosatika. Kennedy musi zginąć, gdyż wie o międzygalaktycznym wyścigu, szczęściem nie jest w ciemię bity i podstawia sobowtóra. Jest wreszcie wątek autotematyczny: Kennedy ocalał, na świat spada sekwencja nieszczęść, więc JFK cofa się w czasie i strzela sam do siebie. Stało się to w jednym z odcinków serialu fantastycznego "Czerwony karzeł".

Namnożenie wersji zamachu i potencjalnych spiskowców skłania do wniosku, że każdy z nas, ze mną włącznie, mógł pociągnąć za spust. Gra "JFK Reloaded" wypuszczona w 2004 roku jest niczym innym jak symulatorem Lee Harveya Oswalda wypełniającego wiadome zadanie. Choć trudno uważać ją za udaną, wywołała burzliwą dyskusję w Stanach. Paradoksalnie przyczyniła się do umocnienia oficjalnej wersji zamachu.

A wszystko po to, żeby uczynić morderczy kaprys Oswalda sensownym.

Porządny facet z sąsiedztwa

Grono twórców zainteresowanych zamachem zasilił właśnie sam Stephen King, ogłaszając potężną powieść "Dallas '63". Można odnieść mylne wrażenie, że King niezbyt nadaje się do tego tematu. Od połowy lat 70. cieszy się opinią króla horroru, a krytyka wytyka jego powieściom przerysowanie, doklejanie wydarzeń do tezy i przesadne celebrowanie makabry. Istotnie, King uprawia literaturę popularną, momentami nieznośnie efekciarską, wyrosłą z pulpowych książek, komiksów i tanich filmów wyświetlanych dawno temu w kinach samochodowych. Czy rzeczywiście jest autorem horrorów? Z jego potężnej bibliografii niecała połowa książek odpowiada takiej klasyfikacji gatunkowej. Pisał powieści sensacyjne, obyczajowe, więzienne oraz baśnie, popełnił książkę poświęconą bostońskiej drużynie Red Sox ("Faithful: Two Diehard Boston Red Sox Fans Chronicle the Historic 2004 Season"), a za swoje największe dzieło uważa monumentalną sagę "Mroczna wieża", inspirowaną Tolkienem i poezją Eliota (ale myli się, oceniając ją tak wysoko). Prócz tego angażuje się społecznie, a ze swoją ostentacyjną rodzinnością, zamiłowaniem do starego rocka i pizzy usiłuje upodobnić się do najzwyklejszego Amerykanina. A kogo los Kennedy'ego obchodzi bardziej niż najzwyklejszych Amerykanów?

King, swój chłop, porządny facet z sąsiedztwa, zawsze tworzył książki wedle klucza społecznego i politycznego. Jak na amerykańskiego autora bestsellerów przystało, wielokrotnie dawał wyraz swoim lewicowym poglądom. Zjadliwie krytykował Busha juniora i namawiał czytelników do słuchania "American Idiot" Green Day, utrzymując, że ta płyta uświadomi im, po której stronie mają serce. Jego intelektualna wielkomiejskość kontrastuje z nachalną prowincjonalnością. Ten umysł, skrojony wedle nowojorskich trendów, rezyduje w niewielkiej miejscowości Bangor (Maine), gdzie - najprawdopodobniej - Republikanie nieustannie wygrywają wybory. O prowincji też pisze i jeśli zdejmiemy z jego książek fantastyczną nadbudowę, ujawni się gęsty obyczaj skonstruowany wedle prostej recepty. Oto każdy śliczny prowincjonalny domek kryje szafę ze szkieletem w środku, a przynajmniej męża katującego żonę.

W tym kontekście Kingowskie duchy i potwory można uznać za katalog strachów lewicowego inteligenta przypadkowo osiadłego w republikańskiej dziczy. W "Carrie", powieści, która przyniosła mu sławę, zło ucieleśnia ponura fanatyczka religijna dręcząca córkę na rozmaite sposoby. W "Bezsenności" podstarzały narrator zmaga się z fanatycznym przeciwnikiem aborcji łaknącym krwawej zemsty na ginekologach. "Rose Madder" opowiada o żonie próbującej uwolnić się od sadystycznego męża policjanta, bohaterka "Gry Gerarda" znajduje się w opałach na skutek upokarzającej zabawy erotycznej zarządzonej przez partnera. W "To", prócz zębatego klauna z kosmosu, zagrożenie generuje brutalny chłopak, typowy tłuk i obibok, nienawidzący Afroamerykanów. W większości powieści tło stanowią rasiści okazujący się sadystami i mordercami, pełno też pastorów i księży palących się, by paść owce za pomocą siekiery.

W głąb króliczej nory

"Dallas '63" rozpoczyna się współcześnie. Jake Epping jest świeżo rozwiedzionym nauczycielem, którego życie zasadza się na pustce. Wolny czas najchętniej spędza w lokalnym barze, gdzie serwują bajecznie tanie hamburgery. Właściciel lokalu, śmiertelnie chory Al, odsłania przed nim swoją największą tajemnicę: na zapleczu istnieje dziura w czasoprzestrzeni i każdy, kto przez nią przejdzie, ląduje w 1958 roku. Z powrotem także nie ma problemu. Podróż w czasie przypomina spacer do sklepu po bułki albo świeże mięso. W ten sposób sekret tanich posiłków został wyjaśniony.

Al nie byłby prawdziwym Amerykaninem, gdyby poprzestał na drobnych zakupach i dorabianiu sobie przy obstawianiu wyścigów konnych, których wynik doskonale zna. Postanowił zapobiec śmierci Kennedy'ego. Kto jak kto, ale facet z wehikułem czasu doskonale się do tego nadaje. Niestety, choruje na raka, jego dni są policzone i postanowił zlecić tę misję komuś innemu. Jake wygląda na kogoś, kto ma niewiele do stracenia. I rzeczywiście, wskakuje do króliczej nory, by wynurzyć się w czasach, w których nikomu nie śnił się hip-hop, Elvis podbijał serca, a ludzkość - kosmos. Bez internetu. We wszechobecnym dymie papierosów. W kraju, gdzie Martin Luther King dopomina się o prawa czarnoskórej społeczności.

Jake ma pięć lat na przygotowania. Najpierw testuje zasady zmieniania przeszłości, wymierzając sprawiedliwość pewnemu rzeźnikowi, który miał zamordować całą swoją rodzinę. Potem śledzi Oswalda. W międzyczasie zaczyna pracę w szkole, szokując kadrę nauczycielską entuzjastyczną zgodą na czytanie "Buszującego w zbożu" przez uczniów, znajduje miłość życia i zmaga się z Ameryką początku lat 60., miejscem pięknym i strasznym jednocześnie. To także wyprawa samego starzejącego się Kinga w czasy własnej biednej młodości.

Wielbiciele teorii spiskowych srodze się zawiodą - King pozostał wierny wersji oficjalnej śmierci Kennedy'ego. A jednak opowieści o zakusach CIA, Francuzów oraz Marsjan odgrywają ważną rolę w powieści. Jake jest człowiekiem wrażliwym i uczciwym. Ktoś inny zapewne kropnąłby Lee Oswalda (fot. 9) przy pierwszej lepszej okazji. Jake nie chce popełnić omyłki - dopuszcza możliwość, że zwolennicy spisku mają rację: strzelał ktoś inny. Wyeliminowaniu wątpliwości służy skomplikowane śledztwo połączone z obserwacją. Jake wprowadza się w okolice przyszłego mordercy, przygląda się jemu, jego rodzinie, sprawdza nielicznych znajomych.

W "Dallas '63" King, dotąd uwielbiający dosłowności, staje się raptem zaskakująco subtelny. Przełom lat 50. i 60. opisuje z mieszaniną sentymentalnej fascynacji i przerażenia: starzejący się facet powracający do krainy nastoletniości. Zakochany w szkolnych potańcówkach i meczach bokserskich zdaje się usypiać czytelnika. Niecierpliwie wyglądałem znajomych już pastorów i pijanych mężów z krwią na rękach - w końcu ci ostatni pojawili się, i to nawet dwukrotnie. Zrodziła ich właśnie urokliwa przestrzeń Ameryki sprzed pół wieku, gdzie ojcowie łamali dzieciom ręce, a strach przed obcym - Meksykaninem, Afroamerykaninem, Chińczykiem - należał do dobrego tonu. Amerykańska wsobność wyrażająca się w skłonności do zamiatania brudów pod dywan połączona z niemal purytańską moralnością zrodziła bandę sadystów - znaleźli dość ciemnych miejsc, by hasać do woli. Tak też wyłonił się Lee Oswald, słaby, zagubiony facet, który raptem pojął, że przemoc jest najlepszym lekarstwem na jego problemy.

Przeszłość musi zostać naprawiona. Prócz ocalenia Kennedy'ego misja Jake'a zasadza się na subtelnym przekształcaniu najbliższego otoczenia, próbuje oczyścić przestrzeń wokół siebie. W międzyczasie znajduje też miłość w osobie bibliotekarki Sadie. Ta, związana z wycofanym seksualnie, zaburzonym mężczyzną, przechodzi katorgę rozwodu. W tej postaci zbiegają się młodzieńcze sentymenty (w myśl zasady, że dziewczyny najpiękniejsze były w szkole średniej) i los wielu kobiet zatrzaśniętych w kuchni, upokarzanych przez mężów na różne sposoby. Dopiero Jake, człowiek z przyszłości, pozwala Sadie odkryć ją samą i wyprowadza ku pełni, także seksualnej. Dopiero przybysz z XXI wieku wie, w jaki sposób należy bronić kobiet, zabiegać o prawa słabszych - odpuszcza jednak, gdy sprawy wymykają się spod kontroli.

Jedziemy do Dallas

Don DeLillo, którego "Libra" jest kunsztowną i erudycyjną próbą odpowiedzi na pytanie o przyczyny zamordowania Kennedy'ego, wygłosił pogląd, że 22 listopada 1963 roku nigdy się nie skończył. W sensie metaforycznym ten dzień trwa nadal, generując paranoję i przemoc w amerykańskiej społeczności. Klarowność, będąca wcześniej podstawą ładu, zniknęła bezpowrotnie.

King wypowiada się równie dobitnie. Już na początku książki pada teza, że strzelanina w Dallas była wydarzeniem kluczowym dla Stanów Zjednoczonych. Jak się potem okaże, dla świata również. Używając Kingowskiej poetyki, wszystko się spieprzyło dokładnie w tym momencie. Nastała wojna w Wietnamie, afera Watergate i podanie się do dymisji prezydenta USA Richarda Nixona, Ronald Reagan, atak na World Trade Center i aktualny kryzys. Jake chce wierzyć, że gdyby Kennedy przeżył, zdołalibyśmy uniknąć tych okropności. Zmiany cywilizacyjne postępowałyby w bardziej harmonijny sposób, doglądane przez nowoczesnego prezydenta i potem (najprawdopodobniej) jego brata, zaś amerykański żołnierz nie musiałby zmagać się z Wietkongiem i Al-Kaidą.

Ale niewłaściwy świat się broni. Źródłem niepokoju jest przede wszystkim tajemniczy Mężczyzna z Żółtą Kartką - z wyglądu menel, po prawdzie strażnik czasu. A wszystko wokół chce, żeby sprawy pobiegły własnym trybem. Oswald powinien zrobić swoje. Każda ingerencja w przeszłość - jak powstrzymanie pewnego obłąkańca, granie na wyścigach z wykorzystaniem ściągawki, wreszcie wydarzenia w Dallas - ściąga na Jake'a nieszczęścia. Dręczy go migrena i problemy gastryczne, a gdy jego misja zaczyna się wypełniać, otoczenie ogarnia obłęd. W ten sposób Jake, everyman z rozwodem na karku, wyrasta na amerykańskiego bohatera dążącego do celu, choć wszyscy i wszystko usiłują go przed tym powstrzymać.

Zakończenie demoluje tę strukturę na tyle intensywnie, że warto je zdradzić: Kennedy przeżył, lecz pół wieku później zamiast raju mamy piekło w skali globalnej. Ameryka została rozparcelowana, japońskie wyspy toną, miasteczka w Maine zaludnia agresywna młodzież zainteresowana dręczeniem staruszków. Ten stan rzeczy nie ma ścisłego związku z polityką ocalonego prezydenta, po prostu wszystko spieprzyło się dużo bardziej, niż wcześniej było spieprzone. Jake rozumie, jak strasznie zawalił, ale mnie interesuje opinia samego Kinga. Nieoczekiwanie bowiem wyszło, że żyjemy w świecie najlepszym z możliwych.

W konsekwencji "Dallas '63" okazuje się książką napisaną ku pokrzepieniu serc w czasach wojny z terroryzmem: historia Ameryki naprawdę jest nieomylna. Śmierć Kennedy'ego, a także, jak się domyślamy, Martina Luthera Kinga zyskuje rangę ofiary, za sprawą której Amerykanie porzucili swoje złe przyzwyczajenia i wciąż utrzymują się na wąskiej ścieżce cnoty. Innymi słowy strzelanina w Dallas - bezsensowna zbrodnia popełniona przez zaburzonego niedojdę - zyskuje uzasadnienie. Fantastyczne, metafizyczne, ale jednak jest. Jake uwolniony od odpowiedzialności za losy historii wraca do starej roli, jest zwyczajnym Amerykaninem o niezwykłej przeszłości i koncentruje się na zbieraniu okruchów utraconej miłości. Tych jest jak na lekarstwo w każdym możliwym świecie.

Sens ocalony

Don DeLillo zapewne odrzuciłby Kingowskie zakończenie, tak jak odrzuciłby Kingowskiego Oswalda. W "Librze" podjął próbę zrozumienia tego nieszczęśnika. Oswald widziany oczyma Jake'a jest po prostu potworem w ludzkiej skórze, do tego ogołoconym z wszelkiej wielkości. Potwór u Kinga wielokrotnie bywał ogromny. Od klauna z "To" bił bezmiar kosmicznej grozy, szalona pielęgniarka z "Misery" była królową i olbrzymką. Tymczasem Oswald jest aż komiczny w swojej małości i przez ową małość odhumanizowany. W rozumieniu Kinga tylko prawie człowiek, potwór ubrany w ludzką skórę, może zastrzelić amerykańskiego prezydenta.

King, pisarz o klasę niższy, choć o wiele bardziej poczytny, mniej lub bardziej świadomie podejmuje polemikę z DeLillo. Oswald nie otworzył puszki Pandory i tylko wrodzona dobroduszność pozwoliła Amerykanom myśleć, że świat z Jackiem Kennedym byłby lepszym miejscem. Niemal XIX-wieczny determinizm prezentowany przez starzejącego się Kinga przydaje sensowności każdemu najmniejszemu wydarzeniu, przy czym wydarzenie kluczowe jest sensowne po stokroć. Prezydent umiera, ratując świat przed piekłem, o czym oczywiście nie może wiedzieć, tak samo jak nie pojmuje tego DeLillo. Nic dziwnego. Aby zrozumieć Kingowską prawdę, należy wyjść poza układ zastany. Choćby podróżując w czasie.

Autotematyczne wątki, wyraźnie obecne w powieści, zyskują w tym kontekście szczególne znaczenie. King literacko lubi powracać na stare śmieci i chętnie przywołuje bohaterów drugoplanowych z wcześniejszych książek. Tak jest i tym razem. Pierwsza część odysei przez przeszłość rozgrywa się w Derry, miejscowości znanej z licznych powieści, w tym tej najlepszej, "To". Jake natrafia na opowieści o dziwnym klaunie terroryzującym mieszkańców, a kingolodzy winni zacierać ręce - takich nawiązań jest więcej. Z Derry biegną sznurki do innych, zmyślonych miejscowości, choćby do Salem i Castle Rock. W ten sposób można powiązać Jake'a z resztą kingowskiego uniwersum, którego ogrom liczy się w tysiącach gęsto zadrukowanych stron.

A zatem skoro zabójstwo Kennedy'ego było sensowne, to i świat z powieści Stephena Kinga zyskuje rangę najlepszego z możliwych światów, choć to ponure miejsce nawiedzane przez wygłodniałe upiory, wampiry, morderców i samego Szatana spacerującego między ludźmi. W ten sposób pisarz, przydając konieczności zabójstwu amerykańskiego prezydenta, uzasadnił także własną twórczość.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':