Roma Gąsiorowska (z lewej) i Iza Gwizdak w filmie "Ki" w reż. Leszka Dawida
Fot. Best Film
Prawdziwa Ki przyciągała mnie i odpychała. Chciałem ją zrozumieć, ale myślałem sobie: jak to dobrze, że z nią nie mieszkam. rozmowa z reżyserem i autorem filmu "Ki" oraz realizowanej właśnie fabuły o Paktofonice "Jesteś Bogiem"
Pewien reżyser powiedział po pokazie "Ki": ona jest głupia, czy warto o kimś takim robić film?
- Łatwo oceniamy, a ten film jest po to, żeby się przyjrzeć postaciom, które trudno jednoznacznie ocenić. Ki potrafi być na swój sposób błyskotliwa. Jej "projekt artystyczny", w którym chce wyrazić siebie w "instalacji" i "wideo-filmikach", jest amatorski, ale do bólu szczery: ona siedzi w klatce, a dziecko pilnuje jej jako strażnik. Protoplastka Ki jest jeszcze bardziej wyrazista. W relacji z dzieckiem była daleko bardziej egoistyczna niż nasza bohaterka.
Ta postać tworzy się jakby w trakcie filmu. Zakończenie jest otwarte, nie wiemy, co się stanie. To, że ktoś porównał Romę Gąsiorowską do postaci Shirley MacLaine, nie jest pustym komplementem. Chodzi o typ takiej głupio-mądrej, pechowej dziewczyny. To coś nowego w polskim kinie: samotna kobieta z małym dzieckiem brnie przed siebie. Ani dobra, ani zła. Niby wyzwolona, a zniewolona. Trochę ofiara, a trochę sprawczyni swoich kłopotów. Jak wyglądała praca nad scenariuszem?
- Nie lubię, gdy na początku pracy nad filmem za dużo chce się wiedzieć. Autor staje się wtedy mądrzejszy od swego dzieła, postacie są dla niego tylko marionetkami. Ja wychodziłem od postaci. Miałem bohaterkę, a ona miała swój pierwowzór w rzeczywistości. Uczestnicząc w jej życiu, scenarzysta Paweł Ferdek dostarczał mi ciekawych scen. Ja dbałem o konstrukcję.
Lubisz Ki?
- To postać i pociągająca, i odpychająca. Bałem się jej i podziwiałem ją. Film jest próbą zajrzenia w jej życie. Nie ma tu wyrafinowanej konstrukcji, która ukazywałaby jakąś zmianę - ta bohaterka jest odporna na zmiany. Jedyne, co możemy zrobić, to przyjrzeć się jej, być z nią przez jakiś czas i wysnuć jakieś wnioski. To nie jest kino idei. Wnioski nie są narzucone z góry, nie każę widzowi myśleć tak albo inaczej. Wiem, że niektórych ta postać może irytować. Mnie intryguje.
Nasi znajomi, z którymi oglądaliśmy "Ki", chcieli wiedzieć, czy to postać dobra, czy zła, czy zachowuje się w sposób właściwy, czy naganny. Ludzie odbierają często filmy obyczajowe i seriale, jakby to był podręcznik savoir-vivre'u, który podpowiada, jak należy żyć.
- Mam nadzieję, że ten film jednak coś mówi o dzisiejszym społeczeństwie czy o relacjach mężczyzna - kobieta, choć na pewno nie daje żadnych wzorów.
W szkole filmowej klarowano nam, że bohatera trzeba lubić. A może niekoniecznie? Można mieć do niego stosunek ambiwalentny, jak w życiu.
Szef sekcji Venice Days, zapraszając film do konkursu, powiedział mi przez telefon, że film "Ki" uwiódł go tym, że zapowiada się jak "komedia romantyczna", a wcale nią nie jest, zamienia się w dramat, balansuje między gatunkami, nie jest ani ckliwy, ani zbyt dramatyczny. Już się wydaje, że Miko (Woronowicz) i Ki (Gąsiorowska) spotkają się, tymczasem nie. Ki dostaje w tym filmie niezłą lekcję od Miko. Oboje się czegoś uczą. On jest zupełnie inny, kompletnie odporny na roszczeniową postawę Ki. Uświadamia jej, że nie o wszystko w życiu można walczyć w ten sposób.
Miko: alpinista, buddysta, człowiek kompletnie samowystarczalny, zamknięty w sobie. Ki wynajmuje obok niego pokój i dość nachalnie próbuje wciągnąć go do opieki nad swoim dzieckiem, wpycha je zresztą każdemu, kto się nawinie. Miko się nie daje. Stwarza wokół siebie pancerz, bo jest...
- ...wygodny.
Tylko to?
- Robi to ze strachu. Wygodnie jest mieć zasady. Ale w ten jego sterylny świat wkracza Ki i wytrąca go z zamknięcia się w sobie, które on uznał za spełnienie.
Miko umie być inny. Wobec psycholożki z opieki społecznej zagra troskliwego, empatycznego męża Ki i opiekuna jej dziecka - ale tylko na czas wizyty.
- Podczas wspólnego oglądania telewizji Ki pyta go, co to jest Hezbollah. On mówi: Hezbollah to ty. Co znaczy: nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Jednocześnie obserwuje jej twarz z bliska, a rodzaj intymności, który się rodzi, jest dla niego czymś zupełnie nowym. Nie wie, co z tym zrobić. Wygodniej mu się żyło, kiedy nie miał koło siebie tej kobiety. Był sam, mógł sobie słuchać jazzu, jeździć w góry.