Czy kiedykolwiek chciał pan być kobietą? - A pan nie?
Jako dziecko - tak. - No właśnie. Zwłaszcza że dla mnie kobiety były w dzieciństwie jedynym punktem odniesienia. Moja matka, ciotki, sąsiadki - to był fascynujący świat. Inny, bo byłem chłopakiem. Czasem dziwny, ale przede wszystkim oswojony i bezpieczny.
Czy dlatego tak często pojawiają się w pana filmach transwestyci i transseksualiści? - To jedno z podstawowych marzeń - zobaczyć siebie w przeciwnej płci. Dla mnie to wyzwanie rzucone samemu Bogu, który pomylił się w akcie tworzenia i wrzucił człowieka w niewłaściwe, obce ciało. Ale też sposób, żeby potwierdzić swoją tożsamość. Znaleźć ją i po swojemu określić. Transseksualiści są jak postaci mityczne, bo wchodzą w boską rolę - odrzucają fizyczność, na którą nie mamy wpływu, i stają tym, kim czują się naprawdę.
W pana filmach płeć okazuje się tylko zewnętrzną maską, "skórą, w której się żyje" - konsekwentnie pokazuje pan bohaterów niedookreślonych, zawieszonych pomiędzy płciami i orientacjami seksualnymi. - Jesteśmy zbyt wieloznaczni, skomplikowani i zagadkowi, żeby wrzucać nas do takiej czy innej szufladki. Mówimy "mężczyźni", "kobiety", ale tak naprawdę nie ma już czegoś takiego jak męskość i kobiecość. Mamy w sobie wiele kolorów - dziś możesz płakać na melodramacie, a jutro oglądać boks. Świat jest zbyt ciekawy, żeby przeżyć go w jednej z góry określonej roli.
Ale w pana nowym filmie "Skóra, w której żyję" pojawia się coś nowego - główny bohater nie chce zmieniać płci, ale zostaje do tego zmuszony. - Po raz pierwszy wyobraziłem sobie, że transseksualizm może być nie tylko wyzwoleniem, ale też karą. Brutalnym, nieludzkim gwałtem na ludzkiej tożsamości. Vicente, który świetnie czuje się w swojej męskiej skórze, zostaje skrajnie upodlony, bo zmieniony w kobietę. Ale to nie błąd Boga, tylko zemsta chirurga plastycznego, ludzkiego demiurga, który ma władzę nad ciałem.
Ciało jest naszym więzieniem? - Ciało zawsze nas ogranicza. Vicente staje się ofiarą potwornego eksperymentu, ale przecież nasza cielesność zaskakuje nas każdego dnia. Nie pozwala się kontrolować, zachowuje się inaczej, niż chciałby nasz mózg. Najbardziej wrażliwy człowiek musi walczyć z granicami, które wyznacza nasza fizyczność. Bo czy ja i ten w lustrze to na pewno ta sama osoba?
W tym sensie Vicente przechodzi drogę, która dotyczy wszystkich - musi zaakceptować swoje ciało. - Tak, bo chce przetrwać. A żeby przetrwać, musi przyjąć rzeczywistość, nawet jeśli jest potworna.
To oczywiście długi proces. Ważna jest scena, w której Vicente staje się już Verą i dostaje suknie, które ma na siebie założyć. To pierwszy moment, kiedy rozumie swoją nową płeć. I reaguje histerycznie: rzuca sukienkami, a w końcu je drze, jak zwierzę. Powiedziałem aktorce Elenie Anai: wskocz na łóżko, jakbyś była tygrysem albo kotem. Musisz być dzika.
Następnym etapem jest czekanie. Odizolowana od wszystkich, zamknięta w pokoju Vera czeka na moment, kiedy będzie mogła uciec. Ale nie jest zupełnie sama - w czekaniu pomaga jej joga i kopiowanie postaci, które widziała u Louise Bourgeois.
Dlaczego joga? - Bo pozwala kontrolować oddech. Nigdy nie ćwiczyłem jogi, w ogóle do ćwiczeń fizycznych się nie nadaję. Ale przyjaciele opowiadali mi, że jeśli maksymalnie skoncentrować się na oddechu, można niemal oddzielić się od swojego ciała. Dlatego Vera tak często pisze na ścianie "Respiro" - skoro wiem, że oddycham, to wciąż żyję.
Prace Louise Bourgeois pomagają Verze stać się artystką? - Nie wiem, czy to, co robi, można nazwać sztuką. Ale na pewno potrzebuje czegoś, co pomogłoby jej walczyć z upływającym czasem.