http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Maciej Pastwa. Nie mam słów na niedzielę

Violetta Szostak, Ludmiła Anannikova
2011-09-04, ostatnia aktualizacja 2011-09-01 18:08

Maciej Pastwa: W podróżach spędziłem łącznie kilka lat. Autostopem zrobiłem ponad 60 tys. kilometrów. Nie wydaję dużo. Śpię na dziko pod namiotem, w gościnie u ludzi albo w najtańszych hotelach
Maciej Pastwa: W podróżach spędziłem łącznie kilka lat. Autostopem zrobiłem ponad 60 tys. kilometrów. Nie wydaję dużo. Śpię na dziko pod namiotem, w gościnie u ludzi albo w najtańszych hotelach
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Jak Polak poprawiał świat i trafił do aresztu. Rozmowa z podróżnikiem

SONDAŻ
Czy marzysz o podróży życia?

Tak, czuję, że wakacje życia wciąż przede mną
Nie, taką podróż mam już za sobą
Podróż życia? Każde moje wakacje są jedyne i niepowtażalne!

-To było tak, że dziennikarze do mnie dzwonili, a ja mówiłem: "Witam serdecznie, Maciej Pastwa, areszt śledczy w Bangi". Oni na to, że no dobra, ale może poważniej. Wyczułem, że oczekiwali łez.  

Ten mój areszt to był wypadek! Do Afryki zamierzam wrócić! Choć niestety nie do Republiki Środkowoafrykańskiej, bo mam deportację bezterminową, z adnotacją "wątpliwa moralność".

Tak po prostu pojechałeś sam do Afryki, żeby zbudować tam studnię?

- Za swoje pieniądze, ale niezupełnie sam. Zanim wyjechałem, przelałem 11 tysięcy euro - tyle kosztuje studnia głębinowa - na konto Patricii Emiliani, znajomej włoskiej lekarki, która pracuje jako wolontariuszka w Bimbo. To tuż przy Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie ludzie chorują, bo nie mają czystej wody. Po przyjeździe wspólnie z Patricią zamierzałem załatwić wszystko, co potrzebne do budowy studni.

A Patricię poznałem, kiedy w maju jechałem rowerem przez Afrykę śladami podróżnika Kazimierza Nowaka. Pomogła mi, gdy skaleczyłem się w nogę - mała rana, zwykły strup, ale zlekceważyłem i wdał się gronkowiec. Musiałem przerwać podróż i wrócić do Polski, by się podleczyć. Nadal mam nogę rozbabraną, ale postanowiłem, że wracam budować studnię.

Wyjechałeś 27 lipca, a w niedzielę 31 lipca trafiłeś do aresztu. Podobno dlatego, że nie chciałeś dać

8 euro łapówki. I dlatego, że to była niedziela, a ty milczysz w niedzielę. Tak było?

- Było tak: jechałem autobusem do Bangi, przed miastem zatrzymali nas żandarmi i ze wszystkich pasażerów tylko ode mnie zażądali 5 tys. CFA, co stanowi 8 euro. Przedtem też kilka razy chciano pieniędzy, ale za każdym razem pertraktowałem i nie płaciłem. Teraz też odmówiłem, wydawało mi się, że nie powinienem się na to godzić, zresztą nawet wstawił się za mną kierowca. Aczkolwiek to była niedziela, czyli dzień, kiedy praktykuję od lat siedmiu milczenie...

Czyli jak się z nimi porozumiewałeś?

- Na migi. Wiele granic przekraczałem, milcząc. Ale to nie dlatego mnie aresztowali. Nie było właściwie czasu na rozmowę, bo kiedy odmówiłem płacenia, zrewidowali mnie, kazali się odwrócić i zawieźli do aresztu.

Dlaczego milczysz w niedzielę?

- Pożyczyłem to od Gandhiego. On milczał przez jeden dzień w tygodniu i nie odstępował od tej zasady nawet, gdy spotykał się z wicekrólem. Siedem lat temu obejrzałem film, biografię Gandhiego, i wtedy pomyślałem sobie: "Aha!". Generalnie jestem gadułą - jak widać - i taki dzień to dla mnie wyrzeczenie, wyciszenie. Początkowo milczałem w poniedziałek, potem przerzuciłem się na niedzielę.

Wiele razy miałem dylemat, czy przemówić. Na przykład kiedy do Poznania przyjechał Ryszard Kapuściński, żeby odsłonić tablicę upamiętniającą Kazimierza Nowaka, którą ufundowałem na dworcu w Poznaniu. Bo w ogóle cały ten mój areszt i miłość do Afryki to przez Kazimierza Nowaka! Czytałem jego książkę "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" i płakałem. Człowiek spod Poznania, który w latach 30. rowerem przejechał samotnie Afrykę! Pod wrażeniem książki wymyś-liłem tę tablicę, na odsłonięcie udało się zaprosić Ryszarda Kapuścińskiego - to było w sobotę, a w niedzielę wyjeżdżał, miałem go odprowadzić na samolot. Myślę sobie: to jest taki człowiek, że na pewno mnie zrozumie... Pożegnałem pana Ryszarda Kapuścińskiego na migi.

Przez siedem lat nie przemówiłeś w niedzielę ani razu?

- Tak, nie przemówiłem. Postanowiłem sobie, że odezwę się tylko, jeśli będzie zagrożone życie - moje albo kogoś innego. Ale takiej sytuacji nie było.

A kiedy cię aresztowano, to nie była ta sytuacja?

- Jestem przekonany, że gdybym mówił, i tak by to nic pomogło. I nie sądziłem, że za 8 euro wsadzą mnie do aresztu.

Zabrali cię i co dalej?

- Jechałem w obstawie 14 policjantów. Wysyłałem po drodze SMS-y do mojej dziewczyny i znajomych w Polsce, że mnie zabrali i nie wiem, gdzie jadę. Okazało się, że trafiłem do aresztu śledczego w Bangi. Podczas rewizji policjant zabrał mi pieniądze - w sumie 2 tys. euro. Wsadzono mnie do celi z 18 osadzonymi. Wrażenie było duże, bo ja nigdy w areszcie nie siedziałem.

Ludzie w celi mnie otoczyli i chcieli koniecznie, żebym przeczytał napis na ścianie: "Witamy w Guantanamo, łatwo tutaj trafić, ale trudno się wydostać". Ale ponieważ miałem ten dzień milczenia, więc nie przeczytałem. Jeden do mnie podszedł i zdusił mi szczękę, nie bardzo mocno, inni zaraz stanęli w mojej obronie.

Źródło: Duży Format
  • 29
  • 8
  • 3
  • 10
  • 2
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':