Chodzi o samolot transportowy, którego nieudana próba lądowania poprzedziła katastrofę Tu-154. Podejście transportowca (które niemal zakończyło się tragicznie) obserwowali piloci polskiego Jaka 40 stojącego już na płycie lotniska. Piloci jaka poinformowali o kłopotach iła załogę Tu-154.
Co Ił-76 robił tego dnia na lotnisku? Na to pytanie w styczniu tego roku częściowo odpowiedziała komisja rosyjskiego MAK-u, stwierdzając, że samolot ten był używany do transportu samochodów, które miały obsługiwać delegację.
Antoni Macierewicz, przewodniczący
PiS-owskiego zespołu badającego katastrofę smoleńską, wysnuł z tego wniosek, że skoro nie udało się wylądować samolotowi wiozącemu
samochody dla polskiego prezydenta, powinien zostać o tym natychmiast powiadomiony BOR. A - według Macierewicza - BOR nie miał o tym pojęcia. W środę Macierewicz mówił o tym w kontekście zarzutów pod adresem BOR i strony rosyjskiej.
Naprawdę wszystko wyglądało inaczej. Jak pisaliśmy w poniedziałek, podczas przygotowań do uroczystości w Katyniu strona rosyjska zadeklarowała, że do obsługi polskiego prezydenta będą użyte te same pojazdy i ci sami ochroniarze, którzy trzy dni wcześniej zajmowali się premierem Donaldem Tuskiem. Prezydent
Lech Kaczyński miał do dyspozycji pancernego mercedesa klasy S. - Funkcjonariusze ochrony zostali po wizycie premiera w Smoleńsku, podobnie jak samochody z kolumny, które przewoziły premiera i miały przewozić prezydenta - mówi ''Gazecie'' szef BOR gen. Marian Janicki.
Ił-76 miał więc tego dnia przylecieć do Smoleńska nie z
samochodami dla prezydenta, ale po to, by po skończonej wizycie zabrać cześć pojazdów używanych w kolumnie.