Sytuacja finansowa SGH, z którą związani są wybitni ekonomiści, m.in. prof. Leszek Balcerowicz, budzi zdumienie. Już wiadomo, że bieżący rok jako czwarty z rzędu zamknie stratą, która wyniesie ponad 4 mln zł. W sumie od 2008 r. uzbierało się 20 mln zł deficytu. Roczny
budżet to ok. 174 mln zł.
Wpływy SGH maleją m.in. z powodu mniejszej liczby chętnych na
studia podyplomowe. W czasie kryzysu firmy coraz rzadziej wysyłają na nie swoich pracowników. Oprócz tego uczelnia spłaca kredyt zaciągnięty na budowę nowego gmachu, prowadzi remonty w wielu swoich budynkach, które były w katastrofalnym stanie. Przykład: z gmachu F przy al. Niepodległości wykładowcy i pracownicy administracyjni w zeszłym roku wyprowadzili się ze względu na stan techniczny do zaadaptowanego na szybko akademika. Budynek do dziś stoi pusty, a SGH wciąż szuka środków na jego remont.
Kiedy pogłoski o złym stanie finansów były coraz głośniejsze, w kuluarach mówiło się nawet o grożącym uczelni bankructwie. Wiosną dyskusja toczyła się w uczelnianej "Gazecie SGH". Rektor prof. Adam Budnikowski napisał w niej o "powszechnym przekonaniu środowiska (...), że system organizacji dydaktyki w SGH jest niewydolny i wymaga szybkich zmian".
Profesorowie pod nazwiskami krytykowali władze uczelni i rektorską propozycję reformy, pisali o statku (to logo szkoły), któremu grozi zatonięcie.
Na początku czerwca dziekani trzech z pięciu kolegiów (w SGH to odpowiednik wydziałów) wysłali do rektora skargę na kanclerza uczelni dr. Witolda Włodarczyka. "Jesteśmy pełni obaw co do możliwości dalszego rozwoju naszej uczelni, poprawy jej pozycji na polskim i tym bardziej europejskim rynku usług edukacyjnych" - napisali profesorowie Marek Rocki, Joachim Osiński i Andrzej Herman. Dziekani skarżą się, że nie mają wiedzy na temat sytuacji ekonomicznej uczelni, że brakuje im informacji o przychodach poszczególnych jednostek administracyjnych i ich zestawienia z kosztami. Wcześniej zadali kanclerzowi kilkadziesiąt szczegółowych pytań. Kiedy nie dostali odpowiedzi, powtórzyli je rektorowi, powołując się już na zasadę jawności w dostępie do informacji publicznej.
Stawiają alarmujące pytanie: skąd uczelnia bierze środki na podtrzymanie płynności finansowej pomimo występującego czwarty rok deficytu? Kilkanaście innych pytań dotyczy płac administracji - m.in. kanclerza, kwestora, kierownika działu kadr, udziału kosztów wynagrodzeń pracowników administracji w stosunku do pracowników naukowych. Są jeszcze pytania m.in. o: przychody SGH z powtarzania zajęć przez studentów, wynajmu sal, powierzchni pod bankomaty i kioski, o środki wydane na promocję uczelni i pozyskane z UE, o umowy na remonty, które były aneksowane, a ich koszty "dramatycznie rosły".
Kilka tygodni temu rzecznik uczelni Marcin Poznań zapewniał na łamach warszawskiego dodatku "Gazety", że SGH jest w pełni wypłacalna, a władze "opracowały i konsekwentnie realizują program naprawczy zakładający osiągnięcie równowagi finansowej w ciągu najbliższych dwóch lat". Rzecznik zauważył, że są już efekty, bo deficyt z roku na rok się zmniejsza - w 2009 r. strata wyniosła 8,5 mln zł, w 2010 r. - 4,5 mln.
Prof. Marek Rocki jest zaskoczony tym, że list dziekanów przedostał się do prasy.
Mówi, że pisma nie traktuje jako skargi: - Chcę po prostu uzyskać informacje potrzebne do tego, by zagłosować nad planem finansowo-rzeczowym. Najważniejsze, że SGH jest wypłacalna.
Bartosz Loba, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, przyznaje, że deficyt w uczelni publicznej nie jest czymś powszechnym. Mówi, że resort przygląda się tej sytuacji.
Wczoraj odbyło się ostatnie posiedzenie Senatu SGH przed wakacjami. Autorzy listu liczyli, że podczas obrad kanclerz odpowie na ich pytania. Później miało się odbyć głosowanie nad planem rzeczowo-finansowym. Jak się dowiedzieliśmy, kanclerz zapowiedział, że na pytania dziekanów odpowie dopiero po wakacjach. Jednak plan został przegłosowany. To oznacza akceptację dla kolejnego deficytu.
Problemami finansowymi SGH zdziwiona jest dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka PKPP Lewiatan. - Dziwię się, bo przecież SGH to uczelnia ekonomiczna, w której pracuje wielu wybitnych specjalistów od finansów, zarządzania. Można ich zapytać, jak efektywnie zarządzać - stwierdza. Podkreśla też, że SGH nie potrzebuje dużych nakładów np. na laboratoria, jakie są konieczne na uczelniach technicznych, rolniczych. Radzi wykorzystać potencjał studentów i wykładowców w usługach doradczych dla biznesu. - SGH zarobiłaby trochę - podpowiada.
Największe kłopoty ze swoimi finansami spośród dużych uczelni publicznych miał lubelski UMCS. Dwa lata temu jego długi wynosiły aż 54 mln, uczelnia spóźniała się z wypłacaniem pensji wykładowcom.
Rektor w ramach programu naprawczego m.in. zwolnił pracowników obsługi, zatrudnił firmę zewnętrzną. Podczas inauguracji roku akademickiego w 2009 r. idące do auli władze uniwersytetu zostały obrzucone jajkami przez sprzątaczki, szatniarki i dozorców, którzy mieli być zwolnieni. Dziś uczelnia jest już na finansowym plusie.