Takie płyną wnioski z raportu Instytutu Spraw Publicznych. To próba zbadania internetowymi narzędziami, czy politycy potrafią poruszać się w sieci. Interesująca, bo w najbliższych wyborach do Sejmu, po wprowadzeniu zakazu reklamowania się partii w telewizji i na wielkich billboardach, internet stanie się ważną areną walki o władzę.
Z raportu wynika, że politycy wiedzą już, że internet to medium, którego nie sposób ignorować. Korzysta z niego 60 proc. Polaków, w tym zdecydowana większość tych przed 30. rokiem życia. W sieci spędzają dużo więcej czasu niż przed telewizorem. Politycy proponują jednak internautom niewiele. Standard to strona ze zdjęciem, informacjami o sobie oraz ze swoim programem. Czasem filmiki - bardziej rozrywkowe niż poważne. Jak ten, w którym Andrzej Stania, kandydat PO na prezydenta Rudy Śląskiej, pływa w garniturze w basenie.
Niektórzy korzystali z wielu kanałów komunikacji.
Wojciech Olejniczak miał np. 2 blogi, 2 mikroblogi (Blip i Twitter), 2 strony WWW, 2 profile w serwisach społecznościowych, kanał na YouTubie, a także stronę projektu ''Zmieńmy Warszawę''.
Jednak tak ważna w sieci interakcja z wyborcami wyraźnie kulała: ''Często te praktyki sprawiały wrażenie chaotycznych i mało przemyślanych'' - czytamy w raporcie. Politycy używali swoich stron do informowania. Niechętnie jednak dawali swoim czytelnikom możliwość wypowiedzi. Tylko 18 proc. stron umożliwiało komentowanie treści, rzadkością były fora dyskusyjne czy nawet linki do forów znajdujących się na innych stronach. Sporadycznie kandydaci próbowali zaangażować wyborcę w inny sposób. Kandydaci zakładali sobie konta także w popularnych serwisach społecznościowych - częściej na Facebooku niż na odwiedzanej przez większą liczbę Polaków Naszej Klasie. Ale i tych używali przede wszystkim do ogłaszania, co mają do powiedzenia, a nie po ty, by rozmawiać z wyborcami. Bardzo rzadko odpowiadali na zadane im proste pytania dotyczące kampanii. Na maila odpowiedziało 85 z 223 kandydatów na prezydentów miast (38 proc.), na pytania zadane przez specjalne formularze na stronie - tylko 28 proc. Na Facebooku było jeszcze gorzej - tylko 13 proc. pytań zadanych przez występujących anonimowo badaczy doczekało się odpowiedzi.
Jak politycy mogą radzić sobie w sieci? Jakie - czyste i brudne - triki mogą stosować w najbliższej kampanii? We wtorek 28 czerwca o godz. 10 w warszawskiej siedzibie ''Gazety'' (Czerska 8/10) odbędzie się konferencja ''Kto ma internet, ten ma władzę? Kampania wyborcza 2011 w sieci''. Uczestnicy otrzymają egzemplarze opisywanego raportu ISP. Udział w konferencji jest bezpłatny. Prosimy o rejestrację pod adresem: konferencje_internet@agora.pl. Więcej informacji na: Wyborcza.pl i Rewolucjawkomunikacji.pl.
Dla Gazety:dr Dominik Batorski, socjolog, Uniwersytet WarszawskiNie jesteśmy w stanie zmierzyć, ile procent głosów polityk zyskuje dzięki obecności w internecie, podobnie jak nie jesteśmy w stanie oszacować dokładnie, ile punktów daje udana kampania w telewizji. Możemy za to mówić o konkretnych przykładach, takich jak kampania Baracka Obamy, któremu udało się skutecznie wykorzystać internet. Zdobywał od ludzi datki na kampanię, zmobilizował ogromną rzeszę wolontariuszy, którzy prowadzili kampanię w swoim otoczeniu i najlepiej wiedzieli, kogo warto przekonywać. Miliony osób zapisały się na listy mailingowe lub popierały kandydata w serwisach społecznościowych, dzięki czemu sztab Obamy mógł wysyłać im bezpośrednie informacje i mobilizować do udziału w kampanii i w wyborach.
Nasi politycy wiedzą już, jak ważny dla młodych wyborców jest internet. Niestety, wypadają sztucznie i nieporadnie. Traktują sieć jak tradycyjne media i nie potrafią wykorzystać aktywności użytkowników. Np. nawet jeśli publikują w internecie swoje ulotki, nie proszą o ich wydrukowanie i rozdanie znajomym.