Nasi rozmówcy zastrzegli sobie anonimowość; nie wolno im ujawniać ściśle strzeżonych informacji. Co więcej, niektórzy z nich są świadkami w tajnym śledztwie w sprawie przetrzymywania przez CIA w latach 2002-03 na terenie Polski osób uznanych za terrorystów.
Przytaczamy fragmenty relacji polityków
SLD. Pamiętajmy, że to tylko jedna z wersji.
Polityk 1: "Nazywali to ośrodkiem śledczym" Amerykanie poprosili nas o możliwość międzylądowań i utworzenia w Polsce ośrodka, ale nie nazwali tego więzieniem, tylko ośrodkiem śledczym. Mówili, że będą tam przebywać ich współpracownicy. Wydzielenie jednego pawilonu w Kiejkutach [mieści się tam
szkoła Agencji Wywiadu; szefem Agencji od 2002 do 2004 r. był Zbigniew Siemiątkowski] nie było problemem. Teren jest tam podzielony na kilka podstref z różnym poziomem dostępu.
Samoloty z więźniami przyjmowali na lotnisku w Szymanach oficerowie Agencji Wywiadu występujący jako straż graniczna. Stamtąd
samochodami na dyplomatycznych numerach i z przyciemnionymi szybami jechano do Starych Kiejkut.
Aleksander Kwaśniewski nie wiedział, co tam się dzieje. Nie spotykał się z oficerami łącznikowymi z CIA. Wszystko odbywało się na poziomie rządu i służb.
Jeżeli chodzi o dokument, który niby miał podpisać Miller, to nie jest prawda [o dokumencie, w którym ówczesny premier Leszek Miller wyrażał zgodę na powołanie tajnego ośrodka, mówi b. europoseł Józef Pinior]. Nie przekonuje mnie też twierdzenie, że było tam napisane, co robić z ewentualnymi zwłokami więźniów. Moim zdaniem Pinior mógł czytać jakąś wewnętrzną instrukcję szkoły wywiadu w Kiejkutach, gdzie po prostu pisano, co robić, gdy w ośrodku AW ktoś umrze - bo
zawał serca, bo w czasie ćwiczeń, bo wypadek. Zwłoki, o których mówi Pinior, nie muszą więc być zwłokami więźnia, ale np. funkcjonariusza.
Rękę do likwidacji ośrodka przyłożył Kwaśniewski, który najwcześniej zorientował się, że coś tam śmierdzi. W 2003 r. odbył poważną rozmowę z Bushem i poprosił, żeby prezydent
USA zabrał to towarzystwo. Ośrodek przestał działać w 2003 r., chociaż samoloty dalej lądowały.
Polityk 2: "Polska znalazła się na pierwszej linii frontu" Było tak: prezydent George W. Bush podczas wizyty w Polsce w czerwcu 2003 r. bardzo gorąco dziękował Kwaśniewskiemu. Tak wylewnie, że Kwaśniewski się zorientował, że coś tu nie gra. Zaczął sprawdzać i wyszło mu, że Bush dziękował za tajne więzienie CIA w Polsce. Kwaśniewski kazał je zamknąć. Dlatego 23 września 2003. r z Szyman odleciał ostatni specjalny samolot CIA z więźniami na pokładzie.
Żeby zrozumieć, dlaczego poszliśmy na tak daleką współpracę z Amerykanami, trzeba przywołać ówczesny kontekst. Na początku 2002 r. odnotowaliśmy wzrost przybyszów z Pakistanu, Afganistanu, Iranu i Nepalu. Straż graniczna pod różnymi pretekstami zatrzymywała ich na przejściach i sprawdzała w bazach danych służb zachodnich i amerykańskich. Podobnie było na lotniskach. W blisko 30 przypadkach okazało się, że byli to ludzie w różny sposób kojarzeni z radykalizmem islamskim. Zawracano ich, nie wpuszczano do Polski.
Co ciekawe, nie protestowali, co według oceny naszych służb miało znaczenie: skoro facet nie protestuje i grzecznie zawraca, to znaczy, że nas testuje. Opinia była taka, że to "piloci" sprawdzający, jaki jest u nas poziom kontroli. Mieliśmy poczucie poważnego zagrożenia i tego, że Polska znalazła się na pierwszej linii frontu.
Nasililiśmy penetrację środowisk islamskich w Polsce, ze skutkiem dla nich pozytywnym - nie pozwalali na żadne wątpliwości, że nie są lojalni wobec Polski. Namierzyliśmy m.in. dziwną grupę studentów z Afryki i krajów muzułmańskich, którzy przyjechali do Łodzi uczyć się języka polskiego w ramach studium dla obcokrajowców. Byli pod ścisłą obserwacją ze względu na swoje intensywne kontakty z radykalnym organizacjami.
Na poważnie liczono się z odwetem. Wzmocniono ochronę infrastruktury krytycznej. Służby kierowały całą agenturę do rozpracowania zagrożeń.
Po wakacjach 2002 r. uznano, że sytuacja się uspokoiła, i obniżono poziom zagrożenia.
Polityk 3: "Kwaśniewski się wściekł" Wiedzieliśmy, że Amerykanie mają u nas tajną bazę i że lądują w Szymanach samoloty CIA, ale nie wiedzieliśmy, że na pokładzie byli więźniowie. Kwaśniewski miał się zorientować, co się tam naprawdę dzieje, dopiero wtedy, gdy Bush w czerwcu 2003 r. w małym gronie dziękował mu za to, co Polska zrobiła dla wojny z terroryzmem. Zdziwiło go to, bo przecież nic szczególnego nie zrobiliśmy poza wysłaniem wojsk. Bushowi nie przyszło do głowy, że Kwaśniewski może nie wiedzieć; myślał pewnie, że tak jak w Ameryce prezydent ma władzę wykonawczą i to on decyduje w tak ważnych kwestiach.
Po tej wizycie Kwaśniewski zaczął więc dociekać, za co zbierał te gratulacje. No i dokopał się do tego. Wściekł się, kazał ośrodek zamykać.
Nie wiem, czy słusznie przesądza się, że ta baza była w Starych Kiejkutach. Może. Ja słyszałem, że Amerykanie wynajęli hotele i tam wozili tych terrorystów. Na pewno zarządzali tym wyłącznie Amerykanie. Przywieźli do Polski nie tylko najlepszych agentów, którzy przesłuchiwali terrorystów, ale i agentów odpowiedzialnych za przygotowywanie posiłków, sprzątanie, zaopatrzenie. To była operacja prowadzona w najściślejszej tajemnicy. W takich przypadkach Amerykanie wszystko biorą na siebie, nie mogą ryzykować przecieku.