Przedstawiciele NFZ i Ministerstwa Zdrowia przez cały miniony rok powtarzali, że nie będzie żadnych dodatkowych pieniędzy na leczenie. Choć szpitale w województwie śląskim miały obcięte kontrakty, w większości pilnowały, by nie przekroczyć wyznaczonych w nich limitów. Nie wszystkim to się udało. Przekroczenia były, ale stosunkowo niewielkie. Co ciekawe, najwięcej było ich na oddziałach ratujących chorych z zawałem serca, choć specjaliści są zgodni, że odsetek zawałów jest stały i nie może znacząco wzrastać wciągu jednego roku.
W końcu większość nadwykonań - za ok. 140 mln zł - NFZ jednak zapłacił, bo wpływy z naszych składek okazały się wyższe od planowanych. W tym roku nikt o pilnowaniu limitów szpitalom nie przypomina. Być może dlatego w pierwszym kwartale nadwykonań było tyle, ile w całym zeszłym roku. Na dodatkowe pieniądze szpitale nie mają jednak szans, bo na razie wpływy ze składek zdrowotnych są niższe od planowanych. Jedyne, za co NFZ musi na pewno zapłacić, to leczenie ratujące życie.
By zarezerwować wydatki na ten cel, śląski fundusz próbował sprawdzić, jaki odsetek pacjentów przyjmowanych do szpitali pilnie potrzebuje ratunku. Wtedy wyszło na jaw, że życie pacjentów ratuje się głównie w poniedziałki i wtorki. W kolejnych dniach tygodnia ich liczba spada, a w weekendy nagłych przypadków jest już wielokrotnie mniej. W Wigilię i Boże Narodzenie albo w sylwestra nie ma ich prawie wcale. Inna prawidłowość: na wiosnę ratuje się życie znacznie rzadziej niż jesienią.
- To nie może być przypadek. Lekarze sterują przyjęciami chorych - twierdzi Zygmunt Klosa, dyrektor wojewódzkiego oddziału NFZ. Za przykładem naszego, poszły inne oddziały. Wyszło im to samo.
Śląski NFZ właśnie powtórzył analizę sprzed roku. Wyniki są podobne: albo w weekendy i święta chorych pilnie potrzebujących pomocy nie ma, albo się ich odsyła (choć tego NFZ nie jest już w stanie sprawdzić). Przykłady: w poniedziałek 6 grudnia na oddziały ortopedyczne przyjęto prawie 100 chorych w trybie pilnym, w sylwestra tylko kilku. Niemal identyczna sytuacja miała miejsce na oddziałach chirurgicznych i kardiologicznych (nie licząc zawałów serca). Wolne od "sezonowych przyjęć" okazały się natomiast neurochirurgia i urologia.
Co na to lekarze? - A może to chorzy cierpią w milczeniu i przychodzą do szpitala dopiero w dzień powszedni? W naszym szpitalu były po długim weekendzie dwa takie przypadki. Jednemu choremu trzeba było wyciąć 70 cm jelita, bo nie przyszedł, choć cierpiał z powodu uwięzionej przepukliny - odpowiada Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej i ordynator oddziału chorób wewnętrznych w szpitalu w Będzinie.
- Na pewno zdarza się, że lekarze odsyłają pacjentów na poniedziałek, ale temu winny jest także NFZ. Za pracę w weekendy i święta trzeba ludziom więcej zapłacić, więc ogranicza się dyżury w laboratoriach czy pracowniach. NFZ płaci jedną niską stawkę albo jeszcze tnie kontrakty - dodaje Hamankiewicz.
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa