http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chciałbym się dowiedzieć, czy musieli zginąć

Rozmawiali Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
2011-04-08, ostatnia aktualizacja 2011-04-07 19:37

Gen. Marian Janicki
Gen. Marian Janicki
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Płk Jarosław Florczak, dowódca zabezpieczenia wizyt w Katyniu 7 i 10 kwietnia, jakieś trzy miesiące przed katastrofą przeczuwał, że może do niej dojść. Mówił, że jest sfrustrowany niekompetencją wielu osób współpracujących z BOR

ppłk Jarosław Florczak
ppłk Jarosław Florczak
mjr. Dariusz Michałowski
FOT. BOR
mjr. Dariusz Michałowski
Agnieszka Pogródka-Węcławek
Agnieszka Pogródka-Węcławek
ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Czy 10 kwietnia masz zamiar wywiesić biało-czerwoną flagę?

Tak
Nie
Jeszcze nie wiem

Rozmowa z gen. Marianem Janickim, szefem Biura Ochrony Rządu

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski: Jak się pan dowiedział o katastrofie?

Gen. Marian Janicki: Była sobota, byłem w domu w Krakowie. Wpół do ósmej wyjechałem samochodem na bazarek po zakupy. Nagle zadzwonił telefon. To był oficer operacyjny: - Szefie, jest problem z lądowaniem Tu-154 w Smoleńsku. Coś jest nie tak.

Podziękowałem i poleciłem, by dzwonił, jak będzie miał nowe, szczegółowe informacje. Natychmiast zadzwoniłem do Florka. Telefon milczał.

Florka?

- Do pułkownika Jarosława Florczaka, dowódcy zabezpieczenia wizyt w Katyniu 7 i 10 kwietnia. Potem dzwoniłem do Janosika. Telefon milczał.

Janosika?

- Porucznika Pawła Janeczka, wtedy dowódcy ochrony prezydenta. Za chwilę zadzwonił oficer operacyjny i już wiedziałem, że była katastrofa i że nikt prawdopodobnie nie przeżył.

Natychmiast wróciłem do pracy do Warszawy. Powołałem sztab kryzysowy. Przydzieliliśmy do każdej rodziny trzyosobowy zespół. Chodziło o dziewięć rodzin naszych funkcjonariuszy, którzy zginęli. Do każdej z nich pojechał oficer BOR jako tzw. opiekun rodziny, a także lekarz i psycholog. Do dyspozycji każdej z rodzin był także kierowca z samochodem. Staraliśmy się dobrać takich opiekunów, którzy się przyjaźnili, byli blisko z tym, który zginął.

Na jak długo?

- Różnie było. Ostatni raz rodziny korzystały z takiej pomocy jeszcze dwa, trzy miesiące temu.

Jakie rozkazy dostali funkcjonariusze, którzy w Katyniu czekali na prezydenta?

- Na lotnisku w Smoleńsku było dwóch funkcjonariuszy. W Katyniu - pięciu. Bezpośrednio po katastrofie udali się do Smoleńska. Poleciłem im pozostanie na miejscu do momentu, kiedy ostatnia trumna odleci do Polski.

Polecił im pan: szukajcie ciała prezydenta?

- Tak, prosiłem, by najpierw identyfikowali osoby ochraniane, czyli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żonę Marię Kaczyńską, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. I naszych kolegów.

W tym czasie zostałem poinformowany o wylocie premiera do Smoleńska. Nie znałem godziny wylotu, gdyż w tym czasie prowadzone były rozmowy z prezesem Kaczyńskim, który również miał lecieć.

Joachim Brudziński mówił, że prezes PiS nie chciał lecieć z premierem, bo było za mało miejsc dla wszystkich, których chciał wziąć z sobą.

- Nie chcę komentować słów pana posła Brudzińskiego, niemniej w samolocie było na pewno około 15 wolnych miejsc.

W czasie lotu zastanawiałem się, co zobaczę na miejscu. Miałem przed oczami jedno zdarzenie. Kilka słów z odprawy z Florkiem, to było jakieś trzy miesiące przed katastrofą. On powiedział wtedy coś takiego, jakby przeczuwał, że może do niej dojść.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 91 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    149 głosów

Sposób na to, żebyśmy chcieli pracować dłużej?

Każdy pracujący Szwed dostaje co roku ''pomarańczową kopertę''. Tak ma być też w Polsce