Rozmowa z gen. Marianem Janickim, szefem Biura Ochrony Rządu Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski: Jak się pan dowiedział o katastrofie? Gen. Marian Janicki: Była sobota, byłem w domu w Krakowie. Wpół do ósmej wyjechałem
samochodem na bazarek po zakupy. Nagle zadzwonił telefon. To był oficer operacyjny: - Szefie, jest problem z lądowaniem Tu-154 w Smoleńsku. Coś jest nie tak.
Podziękowałem i poleciłem, by dzwonił, jak będzie miał nowe, szczegółowe informacje. Natychmiast zadzwoniłem do Florka. Telefon milczał.
Florka? - Do pułkownika Jarosława Florczaka, dowódcy zabezpieczenia wizyt w Katyniu 7 i 10 kwietnia. Potem dzwoniłem do Janosika. Telefon milczał.
Janosika? - Porucznika Pawła Janeczka, wtedy dowódcy ochrony prezydenta. Za chwilę zadzwonił oficer operacyjny i już wiedziałem, że była katastrofa i że nikt prawdopodobnie nie przeżył.
Natychmiast wróciłem do pracy do Warszawy. Powołałem sztab kryzysowy. Przydzieliliśmy do każdej rodziny trzyosobowy zespół. Chodziło o dziewięć rodzin naszych funkcjonariuszy, którzy zginęli. Do każdej z nich pojechał oficer BOR jako tzw. opiekun rodziny, a także lekarz i psycholog. Do dyspozycji każdej z rodzin był także kierowca z samochodem. Staraliśmy się dobrać takich opiekunów, którzy się przyjaźnili, byli blisko z tym, który zginął.
Na jak długo? - Różnie było. Ostatni raz rodziny korzystały z takiej pomocy jeszcze dwa, trzy miesiące temu.
Jakie rozkazy dostali funkcjonariusze, którzy w Katyniu czekali na prezydenta? - Na lotnisku w Smoleńsku było dwóch funkcjonariuszy. W Katyniu - pięciu. Bezpośrednio po katastrofie udali się do Smoleńska. Poleciłem im pozostanie na miejscu do momentu, kiedy ostatnia trumna odleci do Polski.
Polecił im pan: szukajcie ciała prezydenta? - Tak, prosiłem, by najpierw identyfikowali osoby ochraniane, czyli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żonę Marię Kaczyńską, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. I naszych kolegów.
W tym czasie zostałem poinformowany o wylocie premiera do Smoleńska. Nie znałem godziny wylotu, gdyż w tym czasie prowadzone były rozmowy z prezesem Kaczyńskim, który również miał lecieć.
Joachim Brudziński mówił, że prezes PiS nie chciał lecieć z premierem, bo było za mało miejsc dla wszystkich, których chciał wziąć z sobą. - Nie chcę komentować słów pana posła Brudzińskiego, niemniej w samolocie było na pewno około 15 wolnych miejsc.
W czasie lotu zastanawiałem się, co zobaczę na miejscu. Miałem przed oczami jedno zdarzenie. Kilka słów z odprawy z Florkiem, to było jakieś trzy miesiące przed katastrofą. On powiedział wtedy coś takiego, jakby przeczuwał, że może do niej dojść.