Agnieszka Kublik: Marcin Dubieniecki wydał wczoraj oświadczenie w sprawie ułaskawiania przez swojego teścia prezydenta Lecha Kaczyńskiego Adama S.: "Publikacja tej sprawy jest najczystszym przejawem walki na wyborcze haki, a pośrednio ma zmierzać do szkalowania osoby śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego". Prof. Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego: - Pan Dubieniecki zademonstrował, że nie rozumie reguł życia publicznego w demokratycznym państwie. Przecież to nie dziennikarze i nie kancelaria prezydenta Komorowskiego wymyślili ten temat.
Stał się aktualny poprzez użycie przez Jarosława Kaczyńskiego i jego sztab wyborczy rodziny rodziny śp. Lecha Kaczyńskiego w kampanii wyborczej. Wtedy opinia publiczna dowiedziała się, że prezydent Kaczyński ma nie tylko córkę, ale że ta córka ma męża. I ten mąż pojawił się na scenie politycznej z delikatnością tarana. Zapowiadał, że będzie liderem listy
PiS na Pomorzu, że będzie premierem. Dziś już wiemy, że prezes Kaczyński nie patrzył na to przychylnym okiem, pewnie gryzł wargi ze złości, ale nie reagował, bo ludzie nie lubią kłótni w rodzinie. I pan Dubieniecki stawał się coraz większym kłopotem dla pana Kaczyńskiego.
Co już udało się w tej sprawie ustalić? - Merytorycznie jeszcze nic. Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski podjął decyzję, by w sprawie tego ułaskawienia przeprowadzić bardzo dokładny audyt, a potem opinii publicznej przekazać wszystkie dokumenty, tak by wszyscy mieli pełną jasność, co leżało na biurku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jaką miał wiedzę, w jakiej sytuacji działał.
I czy wiedział, że chodzi o osobę związaną z jego zięciem? W Kancelarii są pisma podpisane przez Dubienieckiego seniora, który był adwokatem Adama S.? - Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że każde pismo wpływające do Kancelarii ma swoją historię i da się ją odtworzyć: kto, kiedy i do kogo je przesyłał i dlaczego, kto je odbierał.
Jako historyk mogę powiedzieć, że jeżeliby w tych dokumentach nie dało się odtworzyć tej historii, to będzie można wnioskować, że komuś zależało, by po sobie nie zostawić śladu. Jak lis idzie do kurnika, to stara się tak stąpać, żeby myślano, że do kurnika idzie właściciel.
Kto będzie przeglądał te dokumenty? - Niezależny audyt w sposób niebudzący żadnych wątpliwości. Jeżeli okaże się, że w Kancelarii w departamencie ułaskawień nie znajdziemy osoby, która się tą sprawą nie zajmowała, to trzeba będzie sięgnąć po osoby z zewnątrz.
Pierwsze pismo prezydenckiego ministra Andrzeja Dudy w sprawie ułaskawienia wpłynęło do prokuratora generalnego 24 lutego 2009 r., a już w czerwcu Adam S. został ułaskawiony. Ale tempo. - Jak się popatrzy, jak ta sprawa była załatwiana, to widać, że to była sprawa pod super, superspecjalnym nadzorem. Zrezygnowano z opinii sądu...
...ale to zgodne z prawem. - Oczywiście, ale tysiące osób, które zwracają się do prezydentów z prośbą o ułaskawienie, niezwykle rzadko piszą do Kancelarii, bo wiedzą, że jeśli napiszą do Kancelarii, to ta sprawę przekaże do sądu. A w tej sprawie pismo wpłynęło od razu do Kancelarii.
I ktoś sprawie natychmiast nadał bieg. - No właśnie, zwykle te sprawy ciągną się latami. W kancelarii Lecha Kaczyńskiego te sprawy były niezwykle wnikliwie i długo rozpatrywane.
Lech Wałęsa i
Aleksander Kwaśniewski ułaskawili tysiące ludzi, a
Lech Kaczyński - 200 osób.
Jeśli Lech Kaczyński tak ostrożnie podchodził do ułaskawień, to dlaczego nie zastanowił się, skąd takie tempo? Zrezygnował z opinii sądu, nie chciał się przyjrzeć sprawie. - Też zadaję sobie to pytanie, bo znałem prof. Kaczyńskiego. To prawnik, człowiek ogromnej prawości i skrupulatności oraz - co tu dużo ukrywać - pewnej podejrzliwości. Więc jak się dało taką osobę w takiej sprawie podejść?
Zakłada pan, że ktoś prezydenta podszedł? - Po prostu wsadzili prezydenta na dzikiego konia, mówiąc, że to osiołek. Im dłużej myślę o tej sprawie, tym więcej mam wątpliwości. Ale uważam, że my wszyscy, którzy szanujemy pamięć Lecha Kaczyńskiego, nie powinniśmy mnożyć tych wątpliwości, dopóki nie zobaczymy dokumentów. Rzecz jest delikatna, prezydent nie może się bronić, nie dawajmy też amunicji ludziom z PiS, którzy zamiast z powagą podejść do sprawy, mówią, że ktoś pułapkę zastawia na prezydenta.