Jaskinia Stajnia koło Mirowa zyskała rozgłos w ciągu kilku ostatnich lat. Archeolodzy zwrócili na nią uwagę w 2005 roku. Stanowisko okazało się bardzo obiecujące. Dwa lata później dr Mikołaj Urbanowski z Uniwersytetu Szczecińskiego sprowadził większą ekipę specjalistów i rozpoczął kompleksowe badania. Naukowcy obok kości zwierzęcych natrafili na zęby. Ostrożnie mówili, że mogły należeć do człowieka neandertalskiego. Z początkiem tego roku po żmudnych i wszechstronnych badaniach, m.in. genetycznych w Dreźnie, gruchnęła wieść: to pierwsze w Polsce szczątki człowieka neandertalskiego! W dodatku trzech różnych osobników.
Fakt, że szczątki znaleziono na tak niewielkiej przestrzeni może świadczyć o tym, że Stajnia była miejscem pochówków, choć nauka twierdziła dotąd, że neandertalczycy, bliscy mentalnie zwierzętom, porzucali zmarłych. - W jaskini jest miejsce, które odróżnia się od reszty, ma inny charakter. Mogło służyć właśnie grzebaniu zmarłych - opowiada dr Urbanowski.
Co więcej okazało się, że mirowska jaskinia była obozowiskiem wykorzystywanym przez neandertalczyka na tyle długo, że nawet produkował w nim narzędzia krzemienne. Ba! magazynował materiał do obróbki, co świadczyło o jego umiejętności planowania, dotąd neandertalczykom odmawianej. - Współczesna nauka wciąż zastanawia się, czy neandertalczyk był jeszcze zwierzęciem, czy już człowiekiem - tłumaczył w ubiegłym roku Urbanowski. - Badania w Stajni pozwalają nam twierdzić z całą odpowiedzialnością, że był człowiekiem. Nie tylko produkował narzędzia. Potrafił też prowadzić pierwotną działalność górniczą. W okolicach Stajni szukał buł krzemiennych, które wydobywał z celowo rozkopywanej ziemi.
Ekipa archeologów pracowała w Stajni także w te wakacje. Badania znowu przyniosły rewelacyjne odkrycia. - Znaleźliśmy ślady po ognisku. Ich usytuowanie pozwala wnioskować o organizacji przestrzeni obozowiska - tłumaczy dr Urbanowski. - Choć może nawet ważniejsze jest to, że węgle z paleniska pozwolą na bardzo precyzyjne usytuowanie w czasie pobytu neandertalczyków w Stajni. Analiza powie nam również, jakie drzewa rosły wtedy w okolicy. Składniki roślinne obok mineralnych znaleźliśmy także w dziwnie zaciemnionej niecce pod jednym z kamieni. Prawdopodobnie tam mieszano farby do malowania ciała.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że naukowcy znaleźli w jaskini przedmioty mogące być efektem wymiany towarowej między neandertalczykami a homo sapiens. - Nie potwierdzam, nie zaprzeczam - ucina dr Urbanowski. - Takie rzeczy mogły być efektem przypadkowego importu. Można stawiać różne hipotezy, w formułowaniu wniosków jesteśmy bardzo ostrożni.
Badacz woli mówić o czym innym. Nim archeolodzy zjechali na badania, w Stajni buszowali poszukiwacze skarbów. - Jaskinia stała się jednym z ważniejszych stanowisk polskiej paleoantropologii i to o znaczeniu międzynarodowym - przyznaje naukowiec. - Ale łowcy skarbów nic w niej nie znajdą, szkoda tu nawet wchodzić z wykrywaczem metalu. Zresztą sami szczegółowo przebadaliśmy teren pod kątem występowania metali - zapewnia Urbanowski. - Szukanie tu szczęścia jest stratą czasu. A niestety przez dyletanta możemy stracić bezcenną wiedzę. Kopanie w jaskini to wandalizm.
Dlatego tak pilne jest zabezpieczenie jaskini. Archeolodzy mówią o monitoringu. Na razie uzgodnili jednak z właścicielami terenu - rodziną Laseckich - że wejście do Stajni zostanie zamknięte kutą żelazną kratą.
- Zrobiliśmy nawet z panem Mikołajem projekt kraty w kształcie pajęczyny, spełniającej zadanie i wpisującej się w krajobraz - mówi Jarosław Lasecki. - Rozmawiałem już z kowalem, specjalistą od takich prac z Krakowa. Koszty całego przedsięwzięcia wyliczyliśmy na około 100 tys. zł. Zapłacimy połowę, ale drugą niech przekaże państwo, konserwator wojewódzki, Uniwersytet Szczeciński... Niestety, na razie chętnych nie ma. I tak już z własnej kieszeni opłacamy pracownika, który codziennie lustruje jaskinię i jej okolicę.
Sposobem na zabezpieczenie jaskini miałoby być utworzenie w przyszłości muzeum Bobolusa Jurajskiego, jak nazwano neandertalczyka. Laseccy wystąpili do wójta gminy Niegowa o wydanie warunków zabudowy. Odpowiedzi nie otrzymali, choć zimą wójt Krzysztof Motyl chwalił pomysł. - Do tego ścieżki dydaktyczne, trasy turystyczne... - snuł wizje. Wczoraj jednak nie znalazł czasu, by porozmawiać o tym z "Gazetą".
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa