Podobieństwo tej sprawy do historii porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika jest uderzające. Najpierw błędy policji zaraz po odkryciu ciała. Potem latami forsowana jedna wersja zdarzeń - wypadek. Pomija się wątpliwości rodziny. A gdy na jaw wychodzą szwindle w prokuraturze (sfałszowanie protokołu wizji), kryje się je kolejnym umorzeniem, zamiast wyjaśnić "do spodu". Liczba interwencji matki u parlamentarzystów, ministrów jest może nawet większa niż w sprawie Olewnika. Ale to, co widzą posłowie, lekceważy prokuratorski nadzór. Czy niezależna prokuratura wyjaśni tę sprawę?
Podejrzenie Nieprzytomny 19-letni Jarosław Ostapkowicz został znaleziony 27 marca 1992 r. na podjeździe do garażu rodzinnego bliźniaka w Białymstoku. Do betonowej ściany przyciskało go auto - łada; ręczny hamulec był zaciągnięty. Zmarł po czterech dniach, nie odzyskawszy przytomności. Policja i prokuratura uznały to za nieszczęśliwy wypadek - samochód się stoczył i przygniótł chłopaka do ściany.
Ale matka Jarka podejrzewała zabójstwo. Podejrzenie rzuciła na swojego brata, wuja Jarka. Przedstawiła taką wersję zdarzeń: syn został obezwładniony, pobity (pęknięta czaszka, złamana żuchwa, wybite zęby, rany cięte na głowie, uszkodzone żebra i szyja), a następnie przewieziony na posesję i położony przy ścianie na podjeździe do garażu. Do ciała dostawiono auto, pozorując wypadek.
I poszlakowy motyw zbrodni - konflikt w rodzinie. W jednej części bliźniaka mieszkał jej syn z babcią, w drugiej połówce - wuj z rodziną. Od lat skłóceni. Gdy Jarek zaplanował rozbudowę części domu, wuj groził: "Ktoś zginie". I Jarek zginął w dniu, gdy na plac przywiózł materiały budowlane.
Matka Jarka zaczęła 18-letnią walkę o prawdę o śmierci syna.
Śledztwa Prokuratura najpierw nie chciała wszcząć śledztwa o zabójstwo. Potem, w latach 1992-95, trzykrotnie je umarzała. Matka i jej pełnomocnik się odwoływali. Na ich zlecenie biegli od mechaniki samochodowej i specjaliści z Politechniki Białostockiej przedstawili opinie, które wykluczyły nieszczęśliwy wypadek. Biegli udowodnili, że łada została rozbita poza podjazdem, a Jarek nie mógł doznać obrażeń od przyciśnięcia autem.
Po tych opiniach w 1996 r. sprawą ponownie zajęła się prokuratura - ale w Lublinie. Ekshumowano Jarka, zrobiono oględziny ciała. Ponownie zbadano ładę. Nic to nie dało. W maju 1998 r. lubelska prokuratura, opierając się na opiniach wskazujących na nieszczęśliwy wypadek, a pomijając te, które go wykluczały, jeszcze raz umorzyła sprawę. Kolejni prokuratorzy forsowali tylko jedną wersję - wypadku.
- Każde umorzenie było łzami obłożone - mówi Walentyna Ostapkowicz.
Wątpliwości Bo wątpliwości było mnóstwo. Dlaczego świadek, który rzekomo widział staczający się samochód, nie podbiegł, by ratować Jarka? Dlaczego nikt z rodziny wuja nie odepchnął auta, pod którym był chłopak, aż do przyjazdu karetki? Dlaczego policja nie zabezpieczyła wszystkich śladów? Czy wgniecenia w aucie mogło spowodować ludzkie ciało? Łada toczyła się tylko kilka metrów.
Zdjęcie głowy ofiary wskazują na to, że chłopak raczej był bity. Lekarze nie zrobili jednak sekcji zwłok, powołując się na brak zgody. Ale zabroniła sekcji nie matka, lecz żona wuja. Potem biegli medycy w swych opiniach część obrażeń pominęli. Wuj Jarka spalił jego ubranie, odkuł beton ze śladami krwi na podjeździe. "Dlaczego, dlaczego?" - pytała zrozpaczona matka.
Sfałszowany protokół W grudniu 1992 r. w śledztwie dotyczącym okoliczności śmierci Jarka prokurator Rafał Ł. przeprowadził wizję lokalną. Matka z brudnopisem protokołu nie została zapoznana. Włączony został do tzw. akt podręcznych.
Potem dokument z wizji został przepisany, ale podrobione zostały na nim podpisy biegłego lekarza, technika kryminalistyki, policjanta. Niektórzy uczestnicy wizji w ogóle go nie podpisali. A matka Jarka odmówiła, stwierdzając, że nie odzwierciedla on prawdziwych zeznań świadków. Na podstawie tak spreparowanego dokumentu po raz pierwszy umorzono śledztwo.
Fałszerstwo podpisów ujawnione zostało dopiero po dwóch latach. Po kolejnych dwóch - w 1996 r. - choć prokuratura potwierdziła podróbkę, z powodu niewykrycia sprawcy sprawę umorzyła. Dziwne.
- Śledzę sprawę Olewnika i różnica jest tylko taka, że nie mamy gangu. No, chyba że za gang uznać w naszej sprawie policjantów i prokuratorów - mówi Walentyna Ostapkowicz.
Interwencje Pisała do biegłych, którzy wydawali opinie w sprawie śmierci jej syna. Skarżyła się w organizacjach pozarządowych. Interweniowała u kolejnych posłów i senatorów, a ci u ministrów sprawiedliwości - od Jerzego Jaskierni w 1995 r. po Lecha Kaczyńskiego w 2001 r.
Odpowiedzi ministrów były podobnie zdawkowe. Najlepiej ujął to poseł Krzysztof Jurgiel (
PiS): "Dokonano [w ministerstwie] niemal wyciągu z dotychczasowych odpowiedzi i postanowień, nie wnosząc nic nowego do sprawy, nie badając żadnego z nietkniętych dotychczas wątków, pomimo że materiał dowodowy daleki jest od rzetelności. () a sposób jej badania urąga poczuciu sprawiedliwości" - pisał w kwietniu 2001 r.
Na dodatek w ostatnim - lubelskim - umorzeniu prokurator popadł w sprzeczność, uznał, że zabójstwa nie było, i napisał: "Wątpliwości budzi jednak wniosek, że obrażenia, jakich doznał Jarosław Ostapkowicz, powstać mogły na skutek przygniecenia samochodem".
Tę ostateczną decyzję w 12 punktach podważył prof. Andrzej Rzepliński z Komitetu Helsińskiego (dziś sędzia Trybunału Konstytucyjnego). Ustalenia prokuratorów podsumował tak: "Jarosław Ostapkowicz musiałby czekać na staczający się bardzo wolno samochód, stojąc na rękach i celując głową w zderzak, aby zatrzymać tak staczające się auto, co w świetle zdrowego rozsądku i doświadczenia życiowego jest zupełnie nieprawdopodobne".
Minister Po latach jeden z członków Rady ds. Pokrzywdzonych Przestępstwem poznał ze sprawą okoliczności śmierci Jarosława Ostapkowicza ministra Kwiatkowskiego. Był poruszony.
- Pan minister zwrócił się do Prokuratury Krajowej o przygotowanie szczegółowej analizy pod kątem wznowienia tego śledztwa. Dostanie ją w piątek i podejmie decyzję - informuje "Gazetę" asystent ministra Krzysztof Pietrzykowski.
Kwiatkowski przestaje kierować prokuraturą 31 marca. Jako prokurator może nakazać wznowienie każdego umorzonego śledztwa. Jeśli decyzja będzie na tak, niezależna prokuratura dostanie - jak w sprawie Olewnika - śledztwo po śledztwie, w którym tropić będzie własne błędy, zaniechania, a może matactwa.