Prawnicy zastanawiają się, czy to błąd. Sytuacja wygląda tak: w czwartek warszawski sąd zgodził się zwolnić Lwa R., dwóch podejrzanych adwokatów i kilka innych osób z aresztu (siedzą od pół roku), jeśli wpłacą poręczenie - Lew R. pół miliona złotych, adwokaci po 200 tys. zł. Na wpłacenie pieniędzy dostali miesiąc. Termin aresztowania upływa im 25 listopada, czyli w środę. I sędzia Mariusz Stelmaszczyk, nie godząc się z wnioskiem prokuratury o przedłużenie aresztów - to przypadek syna Lwa R. - lub wydając postanowienie, że areszt uchyla z chwilą wpłacenia poręczenia, wyraźnie zaznaczył, że najbliższy możliwy termin wyjścia podejrzanych na wolność to środa.
Wczoraj jednak, gdy pieniądze wpłynęły na konto sądu, inny sędzia - dyżurny - wydał nakazy zwolnienia podejrzanych. Wieczorem kurier zawiózł je do aresztu na ulicę Smutną w Łodzi, a za nim ruszyły rodziny, by odebrać najbliższych, w tym Lwa R. Jego syn Marcin, który jest w najlepszej sytuacji procesowej, bo sąd jego zwolnienia nie uzależniał od wpłacenia kaucji, a nawet zasugerował, że nie grozi mu surowa kara, na Smutnej zostaje do środy. - To wewnętrznie niesprawiedliwe - uważają obrońcy Lwa R. i Marcina R.