Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
"Ryanair Magazine" to czasopismo, które otrzymują pasażerowie taniej linii lotniczej Ryanair. W ostatnim numerze znalazł się m.in. tekst zachęcający do odwiedzenia trzech polskich miast, do których lądują samoloty tego przewoźnika: Bydgoszczy, Gdańska i Wrocławia. Uwagę przykuwa hasło: Powiedz tak: Jesteśmy chórem wujów. Lecz nie tak: Jesteśmy worem ch... (w wersji oryginalnej - niewykropkowane). To jedyne sformułowanie w języku polskim na tej stronie. Przewoźnikowi chodzi o to, żeby Anglików uczyć dowcipnych polskich zwrotów.
Skąd pomysł na tak wulgarną reklamę?
- Przecież to świetny dowcip, a dobra reklama sprawia, że więcej osób skorzysta z lotów do Polski Ryanairem - mówi rzecznik Ryanaira Stephen McNamara
Jednak z dalszej rozmowy wynika, że rzecznik nie do końca rozumie, co oznacza słowo "ch...".
- To nie to samo co męskie genitalia? - dziwi się, gdy podajemy mu dosłowne tłumaczenie. - Być może problem leży w prawidłowości tłumaczenia.
Wulgarną reklamą zbulwersowany jest prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz. Miasto co roku płaci Irlandczykom niemal 3 mln zł na reklamę lotów Ryanair. To obowiązkowa opłata marketingowa przeznaczona na działania promocyjne, warunek, żeby samoloty lądowały na regionalnych lotniskach. - To dość zadziwiająca metoda promowania linii i naszego kraju. Na szczęście akurat za to nie zapłaciliśmy - mówi Dombrowicz.
Tomasz Kłosowski, wiceprezes gdańskiego lotniska, taką formą promocji jest zażenowany. - Ryanair przekroczył wszelkie granice dobrego smaku - podkreśla.
- Ryanair nie uczestniczy w żadnym systemie regulacyjnym. Wyznają zasadę, żeby "jechać po bandzie". Jednak wulgaryzmy na pewno łamią wszelkie kodeksy i standardy - mówi Marcin Malinowski z Rady Etyki Reklamy.
Wczoraj po południu Ryanair wydał oświadczenie, w którym przeprasza wszystkich, którzy poczuli się urażeni "żartem" w pokładowym magazynie.