Ponad dwa lata temu min.
Zbigniew Religa chciał poprawić opiekę nad kobietami w ciąży i powołał zespół do opracowania tzw. standardu porodu. W skład zespołu weszli profesorowie ginekologii i położnictwa, położne i - co było nowe - dwie reprezentantki fundacji Rodzić po Ludzku.
Na początku prace nad projektem szły niemrawo, co krytykowaliśmy w "Gazecie". Min. Ewie Kopacz udało się je wreszcie przyspieszyć.
W połowie października powstał zbiór wskazówek dla personelu medycznego, jak ma postępować z porodami zdrowych kobiet i zdrowych dzieci. Ustalono, że należy • ograniczyć nadmierne interwencje medyczne, • przestrzegać praw pacjenta, • zwiększyć satysfakcję pacjentek i • zapewnić na to środki.
Formalnie standardu na razie nie ma. Rangę rozporządzenia uzyska dopiero po konsultacjach społecznych. Te jeszcze się nie zaczęły, bo tekstu wciąż nie ma na stronach Ministerstwa Zdrowia. Za to już toczy się spór o to, czy znieczulenie na życzenie pacjentki ma być w nowym standardzie, czy nie.
Rozmowa z Anną Otffinowską, prezeską fundacji Rodzić po Ludzku Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska: Kobiety chcą rodzić bez bólu i mieć dostęp do znieczulenia zewnątrzoponowego. Dlaczego nie uwzględniono tego w standardzie porodu? Anna Otffinowska: Bo to jest standard porodu fizjologicznego. A po znieczuleniu poród przestaje być naturalny.
Mam jednak nadzieję, że na tym zespół nie poprzestanie, bo zasady podawania znieczulenia i innych ingerencji medycznych muszą być bardziej precyzyjne. Bez tego w szpitalach nadal będzie wolnoamerykanka.
Teraz za znieczulenie kobieta musi zapłacić - zwykle 500 zł - i mieć szczęście, że anestezjolog akurat będzie wolny. No i trafić na lekarza, który znieczuleniu nie jest z zasady przeciwny. W piątek napisaliśmy o rodzicach z Bydgoszczy, którym lekarz odmówił znieczulenia, tłumacząc w "Gazecie": "Poród bolał i w średniowieczu, i teraz, i trzeba się z tym pogodzić". - Tak nie powinno być. Kobieta nie tylko płaci za znieczulenie, ale często wijąc się z bólu, musi jeszcze o nie prosić. Dlatego konieczne są standardy. Tak samo trzeba ustalić, kiedy może być podawana oksytocyna, która przyspiesza poród, ale także zwiększa ból. Niestety, na porodówkach jest podawana rutynowo.
Nie rozumiem. Czy fundacja jest za tym, by każda kobieta miała prawo wyboru porodu ze znieczuleniem? - Nie każda, ale wskazania do bezpłatnego znieczulenia trzeba rozszerzyć. Dziś są niejasne.
Ból odczuwamy subiektywnie. Jest wiele kobiet, które są przerażone porodem i powinny mieć podane znieczulenie. Jednocześnie częściej powinno się stosować pozafarmakologiczne środki uśmierzania bólu. Gdy boli nas brzuch, najpierw pijemy miętę, bierzemy krople, operacja to ostateczność. Zanim kobieta zdecyduje się na znieczulenie, powinna móc wziąć kąpiel w ciepłej wodzie, mieć masaż lub wybrać najlepszą dla siebie pozycję.
Niestety, na wielu oddziałach to fikcja. Kobieta ma podawaną oksytocynę. Rodzi na leżąco, czyli w pozycji niefizjologicznej. Zamiast uśmierzyć ból, jeszcze się go wzmaga, a wtedy żadne środki oprócz znieczulenia już nie działają.
Czy zespół zajmie się opracowaniem standardów związanych z podawaniem znieczulenia? - Zespół powołało ministerstwo. Mieliśmy stworzyć standard porodu fizjologicznego i to zrobiliśmy. Ale to za mało. Trzeba doprecyzować wiele kwestii, by kobietom było łatwiej wyegzekwować swoje prawa i nie musiały płacić za coś, co im się należy.
W Polsce ponad 30 proc. porodów kończy się cesarskim cięciem. Według wielu lekarzy, gdyby znieczulenie było w standardzie, cesarek byłoby mniej. Bo niektóre kobiety wybierają zabieg ze strachu przed bólem. - Czy gdzieś na świecie wprowadzenie bezpłatnego znieczulenia przełożyło się na spadek cesarskich cięć? Nie znam takich danych.
Rozmowa z prof. Romualdem Dębskim, szefem Kliniki Ginekologii i Położnictwa Szpitala Bielańskiego w Warszawie