Katarzyna Wiśniewska: O in vitro dyskutują etycy, teologowie. Jak na kwestię in vitro patrzy przedstawiciel środowiska demografów?
Dr Paweł Kaczmarczyk: Metoda in vitro stała się przedmiotem sporu światopoglądowego i politycznego, w którym nie chciałbym uczestniczyć. Wolę mówić o faktach, które przedstawiliśmy w raporcie „Polska 2030”. Nasze społeczeństwo jest dziś relatywnie młode, przynajmniej na tle Europy. Ale to zaczyna się zmieniać, a w ciągu następnych dziesięcioleci będzie się zmieniało coraz szybciej. Jest więc celowe, aby w dyskusji o metodzie in vitro pojawiły się argumenty demograficzne.
W raporcie czytamy, że w 2003 r. poziom dzietności w Polsce był tak niski, że osiągnął pułap - którego nigdy nie było w Europie Zachodniej - 1,2.
- Wartość wskaźnika dzietności ogólnej - bo o tym mowa - osiągnął rzeczywiście jeden z najniższych poziomów, jakie odnotowano w tej części świata. Poziom dzietności, który w latach 90. drastycznie spadł, teraz jest w fazie wznoszącej, ale ciągle zbyt niski, żeby zapewnić bezpieczną przyszłość demograficzną Polski.
Skąd ten obecny wzrost dzietności?
- To w dużej mierze skutek odroczonych decyzji o macierzyństwie kobiet nieco starszych, po 25. roku życia, dziś realizujących plany prokreacyjne.
Jakie trendy widać teraz w naszej sytuacji demograficznej?
- Od pewnego czasu obserwujemy odsuwanie w czasie decyzji o wchodzeniu w stałe związki, w tym małżeńskie, oraz decyzji o posiadaniu pierwszego dziecka. Dotyczy to przede wszystkim kobiet dobrze wykształconych, które weszły na rynek pracy, a dopiero potem zaczęły myśleć o dziecku. Są przesłanki, aby przyjąć, że w obliczu faktu, że kobiety rodzące swoje pierwsze dziecko są coraz starsze, rosnąć będzie liczba par mających problemy z poczęciem dziecka.
Czy finansowanie in vitro z budżetu państwa można by potraktować jako część polityki społecznej?
- Jest to kwestia, której nie przesądzałbym na tym etapie dyskusji.
Z raportu Polska 2030 wynika, że coraz więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich.
- Polska nie jest w tej mierze wyjątkiem, podobnie dzieje się w większości krajów europejskich, w tym postkomunistycznych. Za zmianami systemowymi idą silne zmiany kulturowego i ekonomicznego modelu rodziny. W Polsce rodzi się coraz więcej dzieci w związkach pozamałżeńskich, ale warto podkreślić, że udział tego typu urodzeń jest dużo niższy niż w krajach zachodnich. Na Zachodzie urodzenia pozamałżeńskie w pewnym sensie kompensują spadek liczby małżeństw. W Polsce ta "kompensacja" jeszcze nie nastąpiła, odsetek urodzeń w związkach pozamałżeńskich jest ciągle stosunkowo niski.
Państwo powinno uwzględniać te zmiany? Jeden z projektów złożonych w Sejmie zakłada, że in vitro byłoby dostępne tylko dla małżeństw.
- Nie jest dobrym pomysłem, żeby państwo tworzyło wizję świata niezgodną z rzeczywistością. Jeśli widzimy, że coraz więcej ludzi decyduje się na związki pozamałżeńskie, to nie można tego negować i udawać, że jest inaczej. Trzeba dostosowywać instrumenty polityki demograficznej czy społecznej do zmieniających się trendów.
Z badań wynika, że wydłuża się średnia życia. To też sprawia, że decyzja o dzieciach będzie odsuwana w czasie.
- Problem jest bardziej złożony. Wydłużanie okresu aktywności zawodowej zaburza sferę opieki rodzinnej nad dziećmi. Dziś kobiety często wychodzą z rynku pracy, żeby zajmować się dziećmi swoich dzieci. Jeśli to się zmieni, trzeba zapewnić opiekę dzieciom, która na razie w dużej mierze pozostaje w gestii rodziny, rozwinąć infrastrukturę żłobków i przedszkoli. Z drugiej strony, rozwój tego zaplecza może ułatwić aktywizację osób po 50. roku życia. Jest to kwestia o tyle istotna, że tych osób będzie w przyszłości przybywało.
Czy wskaźnik dzietności może wzrosnąć dzięki imigrantom?
- Nie ma przesłanek, by sądzić, że imigranci w Polsce przysporzą korzyści demograficznych. Ciągle pokutuje wizja obcokrajowców, którzy niecierpliwie oczekują na otwarcie polskich granic. Tymczasem Polska nie jest dla nich krajem atrakcyjnym - jeśli już, to raczej dla imigrantów zarobkowych, głównie czasowych. Nawet poszukiwacze azylu, którzy u nas uzyskują status uchodźcy, zwykle potem przemieszczają się, dalej szukając lepszego życia. Poza tym imigranci często zmieniają swoje zachowania prokreacyjne. W Afryce Subsaharyjskiej wskaźnik dzietności wynosi 5 albo 6, ale to nie znaczy, że imigranci z Afryki mieszkający w Polsce będą mieli po kilkoro dzieci.
Mamy problem emigracji.
- Wciąż nie ma jasności, czy ta emigracja ma charakter czasowy, czy długoterminowy. Jeśli długoterminowy, bez wątpienia będzie miała negatywny wpływ na wskaźniki dzietności w Polsce. Jeśli większość Polaków przebywających obecnie za granicą zdecyduje się wrócić do kraju, skutki demograficzne będą o wiele mniejsze.
Grozi nam zapaść demograficzna?
- Starzejąca się populacja z pewnością stwarza presję na system zabezpieczenia emerytalnego. Mówienie o zapaści z jednej strony ma wymiar pozytywny, bo skłania do działania, ale nie można popadać w przesadę. Lepiej patrzeć na szanse, jakie te zmiany ze sobą niosą, i dopasowywać narzędzia do sytuacji. I działać. Również dlatego dyskusja o kwestiach demograficznych, w tym metodzie in vitro, jest potrzebna, warto jak najszybciej dojść do konkretnych konkluzji.
Czy zespół doradców zasugerował premierowi konkretne rozwiązania?
- Cały czas jesteśmy do dyspozycji premiera. W najbliższym czasie, w ramach działań związanych z dyskusją nad raportem "Polska 2030" planujemy cykl warsztatów pt. "Solidarność pokoleń". Jednym z tematów będzie właśnie polityka rodzinna, a rozmawiać będziemy nie tyle o diagnozie, co o konkretnych propozycjach i narzędziach.
Źródło: Gazeta Wyborcza