- Obama porzuca sojuszników z Europy Wschodniej, którzy tak mocno stali przy Ameryce - mówił Mitt Romney, jeden z kandydatów do walki o Biały Dom za trzy lata. Jon Kyl, inny ważny republikanin w Senacie, powiedział, że to ostrzeżenie dla narodów Europy Wschodniej i powrót do czasów zimnej wojny, gdy ta część Europy była strefą wpływów Moskwy.
Republikanie oskarżają też rząd Obamy o narażanie na szwank bezpieczeństwa kraju, bo zagrożenie ze strony Iranu wzrasta, a nie maleje. Prezydent odpowiadał na to, że nowy plan oznacza wcześniejsze i bardziej sprawdzone systemy obrony przed zagrożeniem niż plan Busha z2007r.
Część komentatorów nie wierzy jednak, że przyczyną decyzji były dane wywiadu, iż największym zagrożeniem ze strony Iranu są dziś rakiety krótkiego zasięgu wymierzone w Europę, a nie dalekiego w
USA. Budowę zabezpieczeń przed rakietami krótkiego zasięgu przewidywały bowiem plany Busha. O ich wcielenie w życie starał się jeszcze rok temu sekretarz obrony Robert Gates, który był też ministrem u Busha. I wreszcie, jak mówi Eric Edelman, były zastępca Gatesa, raporty wywiadu były raczej coraz bardziej alarmujące, a nie mniej: -Chyba że coś się drastycznie zmieniło od stycznia, gdy odszedłem ze stanowiska, ale nie sądzę.
Obawy opozycji mogą potwierdzać wypowiedzi niektórych Demokratów. Ich szefowa w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi powiedziała, że stosunki z Rosją są dla USA bardzo, bardzo ważne. Sam Obama podczas lipcowej wizyty w Moskwie deklarował, że jednym z jego głównych celów tej prezydentury jest podpisanie w grudniu nowego układu START redukującego głowice nuklearne po obu stronach do poziomu 1,5 tys. sztuk. Rosyjski prezydent
Dmitrij Miedwiediew mówił, że jest za, ale układ musi też obejmować tarczę.
O decyzji USA zapewne wiedział wcześniej szef NATO Anders Fogh Rasmussen, który dziś ma wygłosić przemówienie o nowym otwarciu w stosunkach Sojuszu z Rosją. -Trudno wyobrazić sobie bardziej wyrazisty sposób zakomunikowania Rosjanom, że "porzucenie tarczy to prezent dla was" - skomentował jeden ze środkowoeuropejskich dyplomatów w Brukseli.
- Jestem przekonana, że dzisiejsza decyzja jest znakiem nadziei na przezwyciężenie trudności z Rosją - stwierdziła kanclerz Angela Merkel. Brytyjski premier Gordon Brown zadeklarował, że mocno popiera decyzję USA.
W trakcie kampanii wyborczej Obama nie miał zdecydowanego stanowiska w sprawie tarczy. W kwietniu mówił w Pradze, że Iran stanowi realne zagrożenie, oraz dziękował Czechom i Polakom za zgodę na goszczenie tarczy.
Ale prezydent zarządził też przegląd strategii obrony przeciwrakietowej, która budziła sprzeciw wśród wielu wyborców Demokratów. Pod koniec sierpnia "Gazeta" pierwsza podała, że w wyniku tego przeglądu opcja polsko-czeska została skreślona. Dwa dni później to samo napisał "New York Times".
Ostatnio Waszyngton obiegły plotki, że Obama chce ogłosić porzucenie planów Busha podczas spotkania z Miedwiediewem w przyszłym tygodniu. Źródła w administracji zaprzeczały, mówiąc, że prezydent chce uniknąć wrażenia, iż zmienia decyzję z powodu Rosji. Jak dowiedziała się "Gazeta", o wyłożeniu kart na stół zdecydowano pod koniec zeszłego tygodnia.
Wczoraj rano do polskiego
MSZ przyjechała delegacja USA na czele z wiceszefami dyplomacji i obrony i przedstawiła stanowisko w sprawie tarczy. Rozmowy z udziałem przedstawicieli Kancelarii Prezydenta trwały godzinę. Szef naszej dyplomacji Radosław Sikorski rozmawiał też telefonicznie z sekretarz stanu
Hillary Clinton, a z prezydentem Obamą - premier Donald Tusk. - Jest to autonomiczna decyzja rządu USA i szanujemy ten fakt - powiedział Tusk. Jego zdaniem "alternatywne projekty są dla nas bardziej atrakcyjne", a w przyszłości jest szansa na wzmocnienie współpracy z Ameryką. Pod koniec miesiąca za ocean poleci delegacja, by negocjować szczegóły stacjonowania u nas rakiet Patriot.
Lider
SLD Grzegorz Napieralski mówił wczoraj o fiasku rządu Tuska, który przekonywał, że Amerykanie "wykonają zobowiązania w sprawie tarczy". Przypomniał, że SLD był przeciwny tarczy w Polsce. Poseł PiS Karol Karski stwierdził, że gdyby rząd miał honor, to podałby się do dymisji.