Magda Żakowska: To będzie szok
Paweł Moskalewicz: Wara od niedzieli!
Społeczny projekt ustawy w sprawie zakazu handlu związkowcy chcą przygotować jeszcze w tym roku. Mają poparcie części posłów
PiS,
PSL, a nawet PO. Gdy wczoraj "Gazeta" ujawniła ich żądania, na naszym forum internetowym zawrzało. Emocji nie ukrywają też politycy.
- Posłowie, którzy chcą zakazać handlu, są leniami! Nie chce im się robić i próbują to usprawiedliwić, zmuszając innych do nicnierobienia! Ich lenistwo i głupota muszą być publicznie napiętnowane. A propozycje wyśmiane - mówi
Janusz Palikot, który w tym sporze prezentuje stanowisko mieszkańców dużych miast, dla których wycieczka do sklepu w niedzielę stała się... No właśnie - czym? Stylem życia? Rozrywką? Niezbędną potrzebą, bo w tygodniu nie ma czasu na zakupy? Wszystkim po trochu.
- W latach 80. "Solidarność" walczyła o wolne soboty. Teraz musimy walczyć o wolne niedziele - ripostuje senator Jan Rulewski, broniąc 300 tys. pracowników handlu, którzy w niedziele muszą się pojawić za ladą i w kasie.
Zdaniem Rulewskiego przeciwnicy zakazu posługują się argumentami komunistów. - Oni też chcieli, abyśmy pracowali w weekendy, bo rozwój socjalistycznej ojczyzny był ważniejszy od rodziny. Wprowadzimy ograniczenia, a później całkowity zakaz handlu w niedzielę - zapowiada twardo Rulewski.
Co na to minister pracy
Jolanta Fedak, która decyduje o zmianach w kodeksie pracy? - Sprawa jest dyskusyjna - mówi. Sama nie ma zdania.
Patrząc na sprawę bez emocji, odrzucając też argumenty religijne, zamykanie sklepów w niedzielę po prostu nam się nie opłaca. Tym bardziej w kryzysie, gdy jednym z podstawowych dopalaczy naszej gospodarki jest konsumpcja, a jednym z największych zmartwień ekonomistów to, że rodacy mogą jeszcze bardziej zacisnąć pasa.
A ograniczenie handlu w niedzielę konsumpcję ograniczy. Owszem, jedzenie na weekend da się kupić w piątek po pracy lub w sobotę. Ale niedzielne zakupy to często rozrywka. Wydawanie pieniędzy, których wydać nie musimy.
Temat zakazu handlu w niedzielę powraca od kilku lat jak bumerang. PiS teraz jest za, ale jak sam rządził, jakoś niedzielnego handlu nie ograniczył.
Joanna Kluzik-Rostkowska, minister pracy za rządów PiS, tłumaczy, że zadecydowały wyliczenia. Całkowity zakaz handlu w niedzielę to wpływy do budżetu mniejsze o 1,5 mld zł. Pracę straciłoby ok. 70 tys. osób. Otwarcie przyznają to sieci handlowe.
Chodzi głównie o kobiety po czterdziestce, o niskich kwalifikacjach. Nie znają języków, nie obsługują komputera. Gdy markety ograniczą zatrudnienie, wylądują na bezrobociu.
- Wyszło nam też, że zamarłby handel nadgraniczny z Niemcami. U nich w niedzielę sklepy są zamknięte, więc masowo przyjeżdżają na zakupy do nas. Nie stać nas na stratę tych pieniędzy! - przekonuje Kluzik-Rostkowska.
Zamiast zakazu handlu w niedzielę PiS wprowadził kompromis - zakaz handlu w dwanaście świąt w roku.
- Życie nie sprowadza się tylko do pieniędzy - ripostują związkowcy. - Są wartości, o które należy dbać nawet wbrew rachunkowi ekonomicznemu. Taką wartością jest dobro rodziny.
A zdaniem Kościoła i związków zawodowych praca w niedzielę szkodzi życiu osobistemu i wychowywaniu dzieci.
Nasi sąsiedzi z Unii o tym wiedzą - mówią związkowcy. Mniejsze i większe ograniczenia handlu w niedziele obowiązują w 19 na 25 krajów Unii (m.in. w Austrii, Niemczech i częściowo we Francji).
Tak naprawdę jednak pytanie: "Pozwolić na handel w niedzielę czy nie?" jest w istocie pytaniem o funkcję państwa. Czy ma wychowywać obywateli, jak chciałyby związki zawodowe?