- Warszawo, pomóż nam! - rozpaczliwe krzyki kupców wychylających się z okien pomieszczeń biurowych hali były sygnałem, że komornik dopiął swego. Ale dopiero po sześciu godzinach walki ochroniarzy i policjantów z kupcami wewnątrz i rozwścieczonym tłumem na zewnątrz blaszaka. Przypominały się mroczne lata stanu wojennego - skandowanie: "Solidarność", wyzywanie policjantów: "ZOMO! Gestapo!" i zupełnie współczesne "HWDP!" wykrzykiwane przez kibicującą kupcom młodzież w sportowych ubraniach.
Do boju KDT Zaczęło się po godz. 8 rano. Pod zabarykadowanymi od środka drzwiami hali stanął potrójny kordon kobiet odzianych w żółte kamizelki Kupieckich Domów Towarowych. Trzymały się za ręce, śpiewały na melodię Marsylianki: "Do boju KDT, nie damy Hance się" albo na melodię Roty, zamiast "królewski szczep piastowy" wstawiając "kupiecki dom towarowy". Gdy pod halę nadciągnęli ubrani na czarno ochroniarze wynajęci przez komornika, doszło do pierwszego zwarcia.
Prawdziwa bijatyka rozpoczęła się, gdy ochroniarze usiłowali sforsować zabarykadowane drzwi hali przy wejściu od strony Pałacu Kultury i Nauki i ul. Świętokrzyskiej. Rozbijali młotami pancerne szyby, kupcy ze środka hali lali na nich wodę hydrantem. Ktoś rozpylił gaz. Kto pierwszy? - Ochrona! - oświadcza wzburzony Damian Grabiński, rzecznik spółki KDT. - To kupcy. Ochrona nie użyła gazu, skoro nie miała masek gazowych - oświadcza dziennikarzom Marcin Ochmański z biura prasowego ratusza. Co chwila dochodzi do starcia ochroniarzy z kupcami w hali i tłumem pod halą. Gruchnęła wieść o zatrutym gazem półtorarocznym dziecku, które jeden z broniących się kupców zabrał do hali. - Skrajna nieodpowiedzialność, haniebne ukrywanie się za dziećmi - ocenia Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent Warszawy.
Hala padła Przybyli na miejsce radni Warszawyz PiS zapowiadają wniosek do prokuraturyo ściganie rozpylających gaz.Wzburzona posłanka Anna Sikora (PiS,za rządów tej partii w Warszawie w zarządziespółki KDT) krzyczy do ochrony:- Nie jesteście Polakami, pojedzieciena szparagi do Niemczech!
Pracownicy wodociągów odcinają wodę. Kolejny szturm, tłum rzuca butelki i kamienie w kordon straży miejskiej i ochronę zdobywającą halę.
Po godz. 10 w końcu wkracza policja. Odcina boczne wejścia do hali od strony PKiN, w południe rozpoczyna się ostateczny szturm. Strzelają tumany niebieskawego dymu - to kupcy odpalają kolejne gaśnice.
Tłum rzuca w mundurowych kostkami brukowymi. Ochroniarze rozbijają drzwi, demontują barykady. Wkraczają do środka. - W hali dzieją się dantejskie sceny. Chmury gazu, wymiotujący kupcy, bijatyka z ochroniarzami w ciasnych alejkach - opowiada nam pani Małgorzata, jedna z kobiet, które uciekły ze środka.
Zdobywanie hali trwało ok. 1,5 godziny. Koło południa kupcy wylegli na plac przed halę.
Zablokowane centrum Przenoszą się na ulicę Marszałkowską, razem z tłumem blokują ulicę. Stają tramwaje i samochody. Dołączają do nich zgraje łobuzów szukających zadymy. Ulica jest zablokowana dobre 20 minut. Nadciągają ciężkozbrojne oddziały policji z tarczami i psami, policja konna, polewaczka. Policja spycha awanturników z jezdni, wyłapuje kilka osób.
Jest już jasne - hala padła. Na dachu zostało kilka osób, krzyczą przez megafon do tłumu. Po godz. 16. jest już spokojniej.

Bilans zamieszek: do wieczora 37 osób w szpitalach. Wśród nich policjanci, ochroniarze kupcy i strażnicy miejscy, w tym młoda strażniczka ciężko ranna w głowę szklaną butelką. Ponad setka osób wymagała pomocy lekarzy pogotowia, policja i straż miejska zatrzymała 15 osób.
Nie było tajemnicą, że kupcy łatwo nie oddadzą komornikowi hali przy pl. Defilad. W tym miejscu handel trwa już 20 lat - zaczęło się od polowych łóżek, później oceanu blaszanych szczęk, a skończyło na tymczasowej hali wybudowanej w 2001 r. na trzy lata. Kupcy liczyli, że wybudują dom towarowy w sąsiedztwie PKiN, później na Woli. Teraz czekają na przetarg na zagospodarowanie tam działki. Awantura z policją oddala możliwość rozmów z miastem. - Straciłam zaufanie do kupców - oświadczyła wczoraj prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. I zapowiedziała, że koszty egzekucji komorniczej, rachunki policji i agencji ochrony poniosą kupcy.
Prezydent zaniepokojony Starcia pod halą KDT uaktywniły polityków. - To bandycka, bojówkarska akcja - alarmowali działacze PiS. Donieśli na komornika do ministra sprawiedliwości. Żądali, by prezydent Warszawy zaczęła z kupcami ponownie negocjować.
Radny PiS Maciej Maciejowski opowiadał o kobietach i dzieciach w chmurze gazu łzawiącego, o ofiarach z "siniakami na plecach" pozostawionych bez pomocy lekarskiej. - Gdzie jest pani prezydent? - pytali politycy PiS. - Wykonuje swoje zadania, trwa zarząd miasta - odpowiedział im rzecznik ratusza.
Po kilku godzinach Gronkiewicz-Waltz wypowiedziała się: - Czas na rozmowy był przez 2,5 roku, teraz się skończył. Przypomniała, że od początku roku kupcy działali na pl. Defilad bez umowy i odrzucali kolejne propozycje przeprowadzek. Podkreśliła, że to rządzący Warszawą PiS rozbudził apetyty kupców. Przed wyborami samorządowymi w 2006 r. zobowiązał się, że miasto wydzierżawi im działkę na pl. Defilad i pozwoli na budowę kupieckiego domu towarowego. Na obietnicach się skończyło.
Prezydent dodała, że miasto nadal ma ofertę dla kupców, którzy pogodzili się z eksmisją. To ponad 200 lokali użytkowych. Mogą je wynająć bez konkursu. Przypomniała też, że rozbiórka hali była konieczna, bo w jej miejsce miasto zbuduje łącznik między pierwszą i drugą linią metra. Miasto wystarało się o unijną dotację na ten cel. Jeśli budowa drugiej linii metra nie dojdzie do skutku, brukselskie pieniądze przepadną.
Wieczorem komunikat wydała Kancelaria Prezydenta. Lech Kaczyński apeluje do władz miasta o podjęcie rozmów z kupcami. "Nie mogę się zgodzić, że użycie siły wobec osób broniących swych miejsc pracy, było konieczne" - napisał m.in. prezydent.