Dr Olga Loeber: Ustawa legalizująca aborcję została przyjęta w 1981 r. większością jednego głosu. Jednak wcześniej przerywanie ciąży było jawnie praktykowane w wyznaczonych klinikach. Lekarze zauważyli, że niechciane ciąże są dużym problemem. Przez co najmniej 10 lat przed powstaniem ustawy wszyscy wiedzieli o aborcjach. Wykonywali je lekarze i były hmm tolerowane.
Piotr Kossobudzki: To trochę jak w Polsce...
- Nie, nie wiem. Większość kobiet w Holandii stosuje skuteczną antykoncepcję i bardzo stara się unikać wpadek. Panuje przekonanie, że dobrze jest mieć dostęp do aborcji, ale przede wszystkim należy unikać niechcianych ciąż. Dlatego mamy bardzo mało takich pacjentek. Lekarz ogólny rocznie spotka się może z dwoma przypadkami niechcianej ciąży.
A jak wygląda procedura, gdy trafi się ciąża niechciana?
- Kobieta może pójść do dowolnego lekarza i powiedzieć: "Jestem w trudnej sytuacji, bo jestem w ciąży, a nie chcę być". Jeśli trafi na przeciwnika aborcji, musi on skierować pacjentkę do innego lekarza, który nie ma takich obiekcji. Lekarz rozmawia z pacjentką i jeśli kobieta po rozmowie podtrzymuje decyzję, a lekarz nie widzi przeciwwskazań do usunięcia ciąży, wypisuje jej skierowanie do kliniki aborcyjnej.
• Ustawa nakazuje, by lekarz upewnił się, czy kobieta rzeczywiście jest w trudnej sytuacji, czy podjęła dojrzałą i samodzielną decyzję i czy nie jest np. przymuszana do aborcji.
• Kolejnym warunkiem czas na przemyślenie tej decyzji: pięć dni od chwili zgłoszenia się do lekarza. W tym czasie kobieta musi rozważyć, czy przerwanie ciąży jest dla niej rzeczywiście dobrym rozwiązaniem. To właśnie efekt kompromisu z holenderskimi przeciwnikami aborcji, głównie przedstawicielami ugrupowań religijnych.
• Zabieg można wykonać do końca drugiego trymestru ciąży - aż do 22. tygodnia.
• Skierowanie do kliniki aborcyjnej może być wystawione przez lekarza ogólnego, ginekologa lub dowolnego innego lekarza.
• Kliniki, w których dokonuje się aborcji, muszą mieć zezwolenie od rządu. W Holandii (16 milionów mieszkańców) mamy 17 takich klinik. Jedynie 5 proc. aborcji przeprowadza się w szpitalach ogólnych. Tam dokonuje się aborcji głównie z powodów medycznych - np. wad płodu odkrytych podczas badań prenatalnych.
Prawo nakazuje klinikom aborcyjnym składanie ministerstwu zdrowia szczegółowych raportów cztery razy do roku.
W takich warunkach dokonuje się chyba wielu aborcji?
- tak myśleli przeciwnicy ustawy. Ostrzegali, że liczba zabiegów znacznie wzrośnie. Ale tak się nie stało. Ich liczba utrzymuje się na poziomie 8,6 na 1000 kobiet w wieku reprodukcyjnym. To bardzo mało. Na dodatek gdy kobieta już trafia do kliniki, zostaje otoczona dobrą opieką i może korzystać z fachowych porad, także w zakresie antykoncepcji. Możemy więc zapobiegać kolejnym niechcianym ciążom.
Ustawa legalizująca aborcję wprowadziła też edukację seksualną?
- Nie, to stało się znacznie wcześniej. Kiedy w latach 60. w Holandii wprowadzono pigułkę antykoncepcyjną, zaczęło narastać przekonanie, że konieczna jest edukacja seksualna.
Myśleliśmy przede wszystkim o nastolatkach. Ich seksualność jest faktem. Może za bardzo nam się to nie podoba, może oni są inni niż my w czasach młodości. Ale skoro już uprawiają seks, niech to będzie bezpieczny seks.
Dlatego wychowanie seksualne od wielu lat jest obowiązkowym przedmiotem w szkołach średnich. Zaczynaliśmy od informowania o biologii rozmnażania i faktach dotyczących zapobiegania ciąży, ale szybko stało się jasne, że to nie wystarcza.
Oprócz mówienia o fizjologii i antykoncepcji konieczne było wsparcie nastolatków w samodzielnym, odpowiedzialnym podejmowaniu decyzji. • Uczenie ich negocjacji, pokazanie, że każdy ma jakieś zasady i wytyczone granice. • Że nie należy robić czegoś, na co się nie ma ochoty, czego się po prostu nie chce. • I że każdy ma prawo wyrażać swoje przekonania.
Źródło: Gazeta Wyborcza