Najpierw wiosną 1977 r. był "Zapis" - nieregularny bezdebitowy kwartalnik literacki, którego nakład wynosił z początku do ośmiu egzemplarzy (tyle arkusików przebitkowego papieru dało się naraz wkręcić w maszynę). Pierwszym naczelnym był Wiktor Woroszylski, tytuł wymyślił Jerzy Andrzejewski.
I właśnie wokół "Zapisu" powstała idea NOW-ej. - Szefem był Mirek Chojecki, pracowali z nim Grzegorz Boguta i Konrad Bieliński, a ja bardzo chciałem w tym uczestniczyć - mówi Adam Michnik. Na razie jednak i Michnik, i Chojecki siedzieli jeszcze w więzieniu. Wyszli 22 lipca 1977 r. na mocy amnestii, podobnie jak ostatni odsiadujący wyroki robotnicy z Ursusa i Radomia.
Jacek Bocheński wspomina: - Jest ciepły letni dzień. Mirek Chojecki opowiada mi, że lubelscy studenci (związani ze środowiskiem katolickim, które wydało "Spotkania", jedno z pierwszych pism w podziemiu) odbili właśnie na powielaczu 300 egzemplarzy pierwszego numeru "Zapisu". Mnie kręci się w głowie. Czy śnię? Dotychczas wypuszczaliśmy ich kilka pisanych przez kalkę na maszynie.
Taki sam oszałamiający nakład - 300 egzemplarzy - miał pierwszy tytuł NOW-ej - "Pochodzenie systemu" Marka Tarniewskiego (Jakuba Karpińskiego).
W parę lat później zarówno te 300 egzemplarzy nakładu, jak i pierwsze powielacze wspominano z rozrzewnieniem. "Mała apokalipsa" Tadeusza Konwickiego wyszła w NOW-ej w 1979 r. w nakładzie 15 tys. egzemplarzy! Ale to już po następnej rewolucji - offsetowej.
List żelazny NOW-ej
Wyznawali filozofię zapełniania białych plam i przełamywania tabu. Najpierw historia, okrutnie skłamana. To oni wydali dokumenty dotyczące paktu Ribbentrop-Mołotow, tłumaczenie z wydania amerykańskiego niemieckich dokumentów przejętych przez zachodnich aliantów po upadku III Rzeszy - stenogramy, sprawozdania z rozmów dyplomatycznych.
Mirosław Chojecki wymyślił przedruk "Kuriera z Warszawy" Nowaka--Jeziorańskiego z londyńskiej Odnowy. Rzecz o rewolucji węgierskiej "Trzynaście dni nadziei" Sandora Kopácsiego - to był przedruk za tygodnikiem "Der Spiegel".
Teksty polityczne, czasem bieżące agitki albo wykłady Towarzystwa Kursów Naukowych stale jednak walczyły o miejsce z literaturą piękną. Pojawiały się pretensje o wybór pozycji.
- Ale my po prostu musieliśmy mieć swoją górną półkę. Książki nagradzane na całym świecie to jak list żelazny. Wewnętrzny spór o program wydawniczy można by nazwać "sporem o poetów" - mówi Adam Michnik. - Wychodziłem z założenia, że NOW-a ma się stać wydawnictwem, bez którego szanujący się polski inteligent nie będzie się mógł obejść. Miłosz, choć przed Noblem i objęty zakazem druku, był już w świadomości zainteresowanych nie tylko poetą, ale i autorem z najwyższej półki. Sam Miłosz oczywiście był szczęśliwy, ale bardziej ci wszyscy ludzie, którzy dotąd nie mieli do jego wierszy dostępu.
- W dodatku odchodziliśmy w ten sposób od zarzutu, że jesteśmy wąsko- i płytkopolityczni. Jeżeli oferujemy Miłosza, to trzeba z nami rozmawiać o tym, czy on ma być znany w swojej ojczyźnie, czy nie. A w tej sprawie będzie z nami cała polska inteligencja. I nawet ludzie z KC będą mieli problem, by udowodnić, że jego wiersze winny być objęte integralnym zakazem druku. Tak szybko się to sprawdziło - już w 1980 r. Nobel dla Miłosza i satysfakcja, że mieliśmy rację! I poczucie, że tworzymy główny nurt, choć zarazem przecież byliśmy mikroskopijną mniejszością. Grzmieli, że jesteśmy fanatykami. Dobrze, jesteśmy. Ale na czyje wyszło? - pyta Michnik.
Michnik uważał, że opozycja ma sens wówczas, gdy staje się kulturą. A jest nią wtedy, gdy drukuje Kazimierza Brandysa czy Gombrowicza. Dla całego tego środowiska kolosalną rolę odegrały polskie książki emigracyjne: Czapski, Herling-Grudziński, teksty o Katyniu, a z pisarzy zagranicznych Orwell. Taką funkcję spełniała później bibuła. Miała nieraz większe nakłady niż rzeczy porównywalne mają dziś.
Początek dał Konwicki
Pierwszym autorem, który napisał powieść specjalnie z myślą o NOW-ej, oficynie bezdebitowej, był Tadeusz Konwicki. "Kompleks polski" chcieli mu ciąć cenzorzy na Mysiej, więc zaniósł go do Woroszylskiego (ten zrobił z niej trzeci numer "Zapisu"). Z "Małą apokalipsą" wiedział, że w oficjalnym wydawnictwie nie ma czego szukać, więc nawet nie próbował. To było jak przekroczenie Rubikonu. Pierwszy bestseller samizdatu (osiem wydań do 1989 r.) i książka roku według Radia Wolna Europa. Potem takich przypadków było coraz więcej. Orłoś, Madej, Stryjkowski, Wierzbicki, Ficowski, Barańczak, Nowakowski, Rymkiewicz.
No i książki autorów zagranicznych. "Moskwę - Pietuszki" Jerofiejewa przedrukowali z wydania londyńskiej Kontry. Wiersze Brechta przyniósł Krynicki, który je przełożył. "Blaszany bębenek" Grassa już, już miał się ukazać w PIW-ie. Bratny nawet chyba napisał wstęp, ale jednak się nie dało. - Podobno poszło o opisy krasnoarmiejców - wspomina Michnik - ale pewnie zdecydowały fragmenty o wysiedleniach Niemców. To był szok, dla mnie też. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, jak owe wysiedlenia wyglądały. A syn autora okładki dla PIW-u, który miał dostęp do gotowego przekładu Sławomira Błauta, był kolegą Mirka Chojeckiego. I tak wydaliśmy Grassa.
Grass wiedział, że jego powieść krąży w Polsce w drugim obiegu. Brodski z kolei nie wierzył, że jego wiersze opublikowano aż w kilkutysięcznym nakładzie. Każdy autor generalnie jest zachwycony, że go wydają. A jeszcze w podziemiu? To podwójne szczęście - mówili. Była jedna tylko awantura o pieniądze, z wdową po Jasienicy. Później zresztą się okazało, że to była agentka bezpieki. Tekst dał Bartoszewski - "Rozważania o wojnie domowej" w Wandei. W WL-u wyszły dopiero w końcu lat 80.
Władza prowadziła swoje gry z twórcami poprzez szefów dwóch wielkich wydawnictw - Stanisława Bębenka z Czytelnika i Andrzeja Wasilewskiego z PIW-u. Negocjowano cenzurowane fragmenty, na przemian wycofując się z obietnicy wydania i ponownie ją składając. Tak było z "Miazgą" Andrzejewskiego, którą ostatecznie wydała NOW-a, później emigracyjny Puls, a w stanie wojennym w wersji okrojonej również PIW - reżim chciał pokazać twórcom ludzką twarz.
Po tym, jak powstała NOW-a, a część pisarzy, nie zważając na lichy nakład i ewentualne szykany, postawiła na drugi obieg, wydawnictwa oficjalne już znacznie ostrożniej odrzucały książki.
Konwicki w NOW-ej wydał cztery książki, ale kolejną, "Nowy Świat i okolice", dał Czytelnikowi.
- To był człowiek odważny i samodzielny. Nigdy nie chciał do niczego przynależeć, nigdy się nie bał. Zresztą pisarze, jeśli się czegoś bali, to całkowitego wypadnięcia z pierwszego obiegu - mówi Michnik. - Teraz takie sytuacje, w których trzeba było podjąć decyzję, wydają się klarowne, ale wtedy czas był szary. Trzeba pamiętać, że cała opozycja była wtedy traktowana trochę jak gówniarze, margines, w gruncie rzeczy irytujący. Niepoprawni marzyciele, ale i burzyciele, którzy wciągają i prowokują. Wielu wspaniałych autorów było nam z początku niechętnych. Nie z powodu wartości, któreśmy prezentowali, tylko dlatego, że łamiemy reguły życia w pewnej symbiozie z władzą. Ale jak wydaliśmy Konwickiego - tego już nie można było zlekceważyć.
Ci, którzy decydowali się na publikację w samizdacie, mogli zachować kontakt z żywą publicznością dzięki spotkaniom w prywatnych mieszkaniach. Takim miejscem był m.in. słynny "salon u Walendowskich", Anny i Tadeusza, na Puławskiej w Warszawie. Na podobnych spotkaniach decydowano o polityce wydawniczej NOW-ej, każdy przychodził z pomysłami. Wybierali, spierali się. Byli, a na pewno Michnik, uformowani przez paryską "Kulturę". Giedroyc wprawdzie nie sugerował im tytułów, ale już sposób myślenia o świecie - tak.
W deklaracji NOW-ej napisali: "Dążymy do tego, aby wolne słowo nie stawało przed barierą państwowego monopolu wydawniczo-informacyjnego"; i dalej: "Wydawnictwo nie reprezentuje żadnego kierunku politycznego, chce służyć różnorodnym inicjatywom twórczym".
Ale samo złamanie cenzury to już był cel polityczny. Sens tej deklaracji był taki, że NOW-a nie identyfikuje się z żadnym kierunkiem politycznym i ideologią - socjaldemokratyczną, liberalną, chadecką, konserwatywną. Chcieli publikować wszystko, co wartościowe. Mało brakowało, a wydaliby Józefa Mackiewicza, ostatecznie jednak to on się nie zgodził.
Bestsellery NOW-ej
Wielkim osiągnięciem NOW-ej był "Zniewolony umysł" - pierwszy raz w Polsce, wtedy prawdziwy biały kruk - i poezje Miłosza. "Blaszany bębenek" Grassa i "Zbyt głośna samotność" Hrabala. Bo to byli pisarze w Polsce niezwykle popularni. Więc nagle NOW-a weszła w to, co ludzie chcą czytać. Oczywiście nakłady były kroplą w morzu, ale były.
Do 1989 r. w konspiracyjnych warunkach NOW-a opublikowała w sumie blisko pół tysiąca książek, 40 kaset magnetofonowych, 20 kaset wideo z zakazanymi przez cenzurę filmami. Chojecki w 1981 r. wyjechał do Paryża, ale przesyłał do kraju sprzęt drukarski. NOW-a przetrwała stan wojenny i resztę lat 80. pod kierownictwem Boguty.
Adam Michnik: - I znacznie łatwiej kogoś przekonać, że robisz coś sensownego, jeżeli dajesz mu wybitną książkę, niż gdy proponujesz mu pójście na podpałki czy na komisariat. NOW-a to była fantastyczna, godna pozazdroszczenia przygoda. I głębokie poczucie, że robi się coś w sposób oczywisty pożytecznego - propaguje klarowne wartości kultury narodowej. Pamiętam taką audycję w RWE, kiedy Nowak-Jeziorański dziękował nam za wydanie w podziemiu "Kuriera". Niesamowite - usłyszeć coś takiego.
Korzystałem z fragmentów przygotowywanej do druku książki Anny Bikont i Joanny Szczęsnej "Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu"