http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kraj >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj Gazeta Wyborcza - Kraj RSS

Nigdy nie wyjechałem ze Śląska

Rozmawiał Bartosz T. Wieliński
2005-06-17, ostatnia aktualizacja 2005-06-17 00:00

Gdy byłem dzieckiem, ciągnęło mnie nad granicę, do Niemandsland - ziemi niczyjej. To była magiczna kraina, w której chciałem się osiedlić. Wyobrażałem sobie, że tam będzie mi wszystko wolno - opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w niemieckim Zabrzu Janosch, słynny autor książek dla dzieci i młodzieży

Dzieci z Przedszkola nr 29 w Zabrzu przyszły pod hotel, w którym mieszkał Janosch podczas swojego ostatniego pobytu na Śląsku. Przebrane za postaci z bajek pisarza zaśpiewały ?Kochamy Cię, witamy w domu?. Już niedługo przedszkole będzie nosiło imię Janoscha
Fot. Grzegorz Celejewski / AG
Dzieci z Przedszkola nr 29 w Zabrzu przyszły pod hotel, w którym mieszkał...
Bartosz T. Wieliński: Urodził się Pan w 1931 roku w Zabrzu, wówczas niemieckim Hindenburgu, kilkaset metrów od granicy z Polską. Horst Eckert - jak się Pan wówczas nazywał - był Polakiem czy Niemcem?

Janosch: Nie wiem. Chyba Ślązakiem.

Pamięta Pan swoich dziadków?

- Oczywiście. To byli bardzo dobrzy ludzie. Dziadek, ojciec mojej matki Jadwigi, nazywał się Paweł Głodny. Zamiatał ulice. Babcia Maria Głodny pracowała na targu. Zabijała kury, kaczki i gęsi, sprzedawała warzywa. Cała moja rodzina żyła w strasznej biedzie. Ojciec Jan swego czasu, by zarobić, łapał bezpańskie psy, malował je i sprzedawał jako rasowe. Dziadka uwielbiałem. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Dużo opowiadał, dawał zapalić.

Fajkę?

- Tak, tyle że nabitą podłą machorką, bo dziadka nie było stać na tytoń. Przepijał każdego feniga. Pamiętam jak dziś, gdy zapaliłem po raz pierwszy. Nie miałem wtedy nawet 10 lat. Wypaliłem i wydawało mi się, że potrafię latać. Że nie muszę schodzić po schodach naszego familoka, że mogę nad nimi przelecieć.

Pił Pan też z dziadkiem?

- Nie. Tylko z ojcem, i to dopiero gdy skończyłem 13 lat. Wódkę - rzadko. W knajpie u Kapicy sznaps kosztował 10 fenigów. Na świetne piwo Schultheiss z zabrskiego browaru raczej nie mogliśmy sobie pozwolić. Zwykle piliśmy bimber domowej roboty, tak jak ludzie z całej okolicy. Robiono go z żyta i kukurydzy. Miał cudowny smak.

W tradycyjnych śląskich rodzinach dom twardą ręką trzymały kobiety. U Pana też rządziła mama i babcia?

- Oczywiście. Kobiety na Śląsku były rozsądne i stateczne. To one trzymały wszystko w garści. Zaraz po wypłacie zabierały mężczyznom pieniądze, by ci wszystkiego nie przepili. Były też bardzo surowe i ortodoksyjnie katolickie.

Mieszkaliście w biednym familoku - jednym z wielu takich samych domów, które budowano na Śląsku dla robotników.

- Pamiętam każdy jego szczegół. Ściany wybudowano z cegieł, podłogi, schody i całą resztę z drewna. Stalowy był tylko zamek w drzwiach. Mieszkaliśmy na piętrze w dwóch malutkich pokojach. Nasze mieszkanie było dwukolorowe - podłoga czerwonawa, a ściany żółte od machorki. Gdy byłem małym dzieckiem, mieszkałem tylko z dziadkami. Ojciec i matka siedzieli w więzieniu. Chyba wpadli podczas szmuglu przez rzeczkę Czerniawkę. To było w Zabrzu bardzo popularne zajęcie. Np. mój dziadek i ojciec szmuglowali kamienie do zapalniczek. Za jeden można było po polskiej stronie dostać dziesięć jajek.

Ciągnęło Pana na granicę? Do Polski?

- Bardzo. Wzdłuż Czerniawki rozciągał się Niemandsland, czyli pas ziemi niczyjej. To była magiczna kraina, w której chciałem się osiedlić. Wyobrażałem sobie, że tam będzie mi wszystko wolno.

Tyle że ta ziemia to nie było bezpieczne miejsce. Celnicy strzelali tam do ludzi bez ostrzeżenia. Każdego brali za przemytnika. Jednego mężczyznę polscy celnicy zastrzelili na moich oczach. Ranny doczołgał się do Czerniawki. Skonał w rzece. Mimo to granica mnie nieustannie fascynowała.

Miał Pan polskich kolegów?

- Nie. Rodzice izolowali mnie od Polaków. Chodziło o bezpieczeństwo rodziny. Gdybym, nie daj Boże, nauczył się mówić po polsku i ktoś doniósłby o tym na gestapo, wtedy jako Polaków wysłano by nas do obozu koncentracyjnego.

Ślązacy w latach 30. popierali nazistów?

- Niestety. Bardzo wielu gorliwie popierało Hitlera i nowe porządki. Jeden z moich nauczycieli powiedział na przykład podczas wojny, że zostanę zagazowany, bo jestem zbyt cherlawy. Inni chowali głowę w piasek, usiłowali jakoś przeczekać, przeżyć. Oporu nie było. Ślązacy zresztą nigdy nie protestowali przeciwko władzy. Nawet mój ojciec usiłował się wkręcić do nazistów. Został nawet członkiem SA. Dostał mundur, pałkę, ale po tygodniu został biedak wyrzucony z organizacji. Nie mam pojęcia za co. W domu to był temat tabu. Pewno jak zwykle ojciec przesadził z piciem.

Pamięta Pan, gdy zimą 1945 roku Rosjanie wchodzili na Śląsk?

- Tak. Zobaczyłem dwóch rannych krasnoarmiejców, którzy na froncie stracili wzrok. Był straszny mróz, a oni szli boso wzdłuż torów tramwajowych i płakali, że chcą do domu. Pomyślałem sobie wtedy: - Cóż to za zwycięska armia, która nie potrafi zaopiekować się swoimi rannymi?

Rosjanie chcieli mnie dwa razy zastrzelić. Raz, jeszcze w styczniu 1945 roku, gdy zajmowali miasto. Do piwnicy, w której się ukryliśmy, wszedł komisarz w skórzanej kurtce i z rewolwerem w ręku. Groził, że nas powystrzela. Ale babcia go zagadała. Spytała, czy ma żonę i dzieci. On na to odłożył pistolet i wyciągnął z torby zdjęcia. Tak się rozgadał, że gdy wychodził, zapomniał rewolweru. Musiałem mu go zanosić.

Innym razem mnie, dziadka i jeszcze innego mężczyznę dorwał jakiś Kałmuk. Kazał stanąć pod ścianą, zarepetował pepeszę i przymierzył się do strzału. Wtedy podeszła do niego od tyłu moja babcia. Klepnęła go w ramie, sołdat się odwrócił, a my uciekliśmy Pamiętam, że dziadek trząsł się ze strachu, a ja byłem dziwnie spokojny i wiedziałem, że ten żołnierz nic nam nie zrobi.

Wyjechał Pan z Zabrza w 1945 roku, tuż po wojnie, jako 14-letni chłopak. Nie ma Pan do Polaków żalu, że wysiedlili Pana rodzinę z Zabrza?

- Nie. Mam w sobie wiele z Polaka. Większa część rodziny nosiła polskie nazwiska: Głodny, Piecha, Morawiec. A wyjechaliśmy z Zabrza z własnej woli. Majster, u którego pracowałem przekonał mnie, że powinienem ubiegać się o polskie obywatelstwo. Byłem w pierwszej setce osób, które wypełniły odpowiednie dokumenty. Wystarczyło jeszcze dać łapówkę urzędnikowi i sprawa byłaby załatwiona - Eckertowie zostaliby Polakami. Jednak doszliśmy do wniosku, że trzeba się ze Śląska wynosić. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Nasze mieszkanie splądrowali i spalili Rosjanie. Nie było co jeść. A w Niemczech było wówczas wszystko. 1 czerwca 1945 roku wyjechaliśmy z Zabrza bydlęcym wagonem. Warunki były okropne. W czasie podróży zachorowałem na tyfus, potem do tego przyplątała się żółtaczka.

Czy Śląsk, który opisał Pan w powieści "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny", to kraina z Pana wspomnień, czy wymyślona?

- Nie, to Śląsk, który zapamiętałem. Wymyśliłem tylko jeden epizod. Nie było w Zabrzu pijaka, który zakładał się, że podłoży pod tramwaj zdrową nogę, a podkładał drewnianą protezę. Reszta jest prawdziwa. Pisałem o tym, co sam przeżyłem i widziałem. Główna bohaterka Świątkowa to po prostu moja babcia: zabobonna, zaradna kobieta, wiecznie niezadowolona ze swojego zięcia.

Ciągle powtarzała "z niczego nie ma nic", choć ja uważam, że nie miała racji. Cały świat zrodził się z nicości.

W "Cholonku" jest Pan dla Ślązaków bezlitosny. Opisał ich Pan jako hipokrytów, nałogowych alkoholików.

- Bo tacy właśnie byli. Zalewali się bimbrem, płodzili nieślubne dzieci, a potem szli do kościoła i wszystko było w porządku. Mój przyjaciel pisarz Horst Bienek opisywał Śląsk z zupełnie innej perspektywy - z punktu widzenia małego mieszczanina, który wychowywał się w cywilizowanej rodzinie. On, gdy dorósł, zrozumiał to, co dla mnie było jasne, gdy byłem małym chłopcem: że Śląsk był nikczemny, ale przez to barwny i piękny.

Jak zareagowali na "Cholonka" wysiedleni ze Śląska Niemcy?

- Byli wściekli. Za książkę zmieszali mnie z błotem. Twierdzili, że wszystko było na odwrót, że Śląsk był rajem na ziemi - i byłby, gdyby im go nie odebrano. Nie przejmowałem się tym.

Zrobił Pan karierę w Niemczech, pisząc bajki dla dzieci. Dlaczego właśnie bajki?

- Musiałem zarobić na jedzenie. To było w latach 60. Mieszkałem w Bawarii, malowałem różne historyjki. Mój przyjaciel Georg Lentz namówił mnie, bym z rysunków zrobił książeczkę dla dzieci i w ten sposób zarobił trochę grosza. Za pierwszą bajkę, "Historię konia Wałka", dostałem obiad i pół butelki wódki. Za drugą nic. Za cztery następne w sumie 70 marek.

Szybko uznano Pana za pisarza niezwykłego, obdarzonego umiejętnością tworzenia prostych, ale uniwersalnych historii. Odnajdują się w nich dzieci i dorośli. Jaka jest recepta na taką literaturę?

- Książki dla dzieci pisałem po to, by udowodnić, że istnieje świat, w którym dzieci mogą czuć się swobodnie, a dorośli mogą odkryć w sobie dziecko. W którym nikt ich nie wychowuje, nie programuje, nie wpaja strachu, nie wymusza posłuszeństwa. Na Śląsku katolicy wpajali dzieciom strach przed Bogiem. Pamiętam, jak na lekcji religii podczas wojny jezuita pokazał na idącą przez Zabrze kolumną obdartych więźniów i rzekł do nas: "Zobaczcie, jeśli Bóg zechce, spotka was ten sam los". To moim zdaniem najstraszliwsza rzecz, jaką można uczynić młodemu człowiekowi: zastraszyć go i zmusić, by resztę życia przeżył na kolanach. Dlatego ja takie praktyki piętnuję. Sam Boga się nie boję, żyję z nim w przyjaźni.

Od lat mieszka Pan na Teneryfie, nie chce Pan wracać do Niemiec. Może czas na powrót na Śląsk?

- Wróciłbym bez wahania. Czuję się Ślązakiem, to moja narodowość, to moja religia. Po tym, jak wyjechałem z Zabrza, stałem się tułaczem: mieszkałem w różnych częściach Niemiec, wędrowałem po Francji, w końcu znalazłem się na Teneryfie. Nigdzie nie jestem zameldowany na stałe. Nawet nie mogę zachorować, bo nie należę do żadnej kasy chorych. Życie na Teneryfie stało się potwornie drogie.

Coraz bardziej czuję, że nigdy nie wyjechałem z Zabrza, że ciągle do tego miasta należę. Zabrze mojego dzieciństwa mam nieustannie przed oczami. Pamiętam cmentarz żydowski i jego mistyczną atmosferę, indiańskie namioty, które rozbijaliśmy pod szkołą, nasypy kolejowe, po których wędrowałem, nawet miejsca, w których sikałem, wracając do domu.

Powinniście dać mi złoty polski paszport i załatwić mieszkanie. W Zabrzu chciałbym spędzić starość, a potem tu umrzeć: spokojnie i wesoło.

Kim jest Janosch?

Janosch to jeden z najsłynniejszych autorów książek dla dzieci i młodzieży XX wieku. Urodził się w 1931 roku na niemieckim wówczas Śląsku. Terminował jako ślusarz i kowal. Do Niemiec wyjechał w czerwcu 1945 roku. Tam pracował w fabrykach, był też wolnym słuchaczem na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. W 1980 roku wyjechał z Niemiec na Teneryfę, gdzie mieszka do dziś.

Sławę zdobył, wydając w 1978 roku własnoręcznie ilustrowaną książkę "Ach, jaka piękna jest Panama". Jej bohaterowie to Miś i Tygrysek, którzy w poszukiwaniu szczęścia opuszczają rodzinny dom i wędrują do mitycznej Panamy. Odnajdują ją ... po powrocie do domu. Napisał ponad 300 książek, z których kilkanaście weszło do kanonu lektur dla dzieci, oraz powieści dla dorosłych, m.in. autobiograficznego "Cholonka, czyli dobrego Pana Boga z gliny", w którym opisał Śląsk swojego dzieciństwa.

Janosch w latach osiemdziesiątych stał się w Niemczech ojcem "pokolenia J", generacji wychowanej na jego opowiastkach. W Polsce zdobywa coraz większą popularność za sprawą Znaku, który wydaje jego bajki. Podczas ostatniej wizyty w Polsce na początku czerwca pisarzowi towarzyszyły tłumy młodych czytelników.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne