- Tusk źle zaczął, ale może dobrze skończyć - powtarza Andrzej Olechowski, niegdyś wśród liderów PO. To dobre podsumowanie pierwszych trzech miesięcy nowego rządu, które mijają w niedzielę. Tusk zaczął mocnym wystąpieniem w Sejmie. Ambitny plan reform, który nakreślił w listopadowym exposé, był zaprzeczeniem polityki ciepłej wody w kranie, krytykowanej w poprzedniej kadencji.
W kryzysie, gdy kolejnym europejskim krajom grozi bankructwo, inne muszą naprawiać swoje finanse. Dlatego wystąpienie polskiego premiera dobrze przyjęły rynki finansowe i
agencje ratingowe, co ochroniło nasze obligacje przed spadkiem wartości.
Ale po sejmowym exposé coś się zacięło. Choć Tuskowi udało się zablokować podział UE na dwa kluby, to w sprawach krajowych sukcesów na razie brak. Z Sejmu wyszły dotąd dwie zapowiedziane ustawy - podwyżka składki rentowej po stronie przedsiębiorców i ustawa wprowadzająca składkę zdrowotną dla rolników.
Okazało się, że miny poukrywane są nie tam, gdzie się spodziewano. A protesty, których oczekiwano wiosną, gdy będą wprowadzane kluczowe reformy - np. podniesienie wieku emerytalnego - wybuchły zanim zmiany się zaczęły.
Notowania rządu, Platformy i samego premiera, który do tej pory był głównym atutem partii, poleciały w dół. I to wcale nie - jak twierdzi PO - przez zapowiedziane reformy. W lutowym sondażu CBOS jako najważniejsze minusy ostatnich trzech miesięcy Polacy wskazali zamieszanie w służbie zdrowia (33 proc.), wzrost cen (17 proc.) i awanturę o ACTA (15 proc.). Zmiany w emeryturach wskazało zaledwie 8 proc. badanych, co może oznaczać, że planowane zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn i podniesienie go do 67 lat jeszcze nie przebiło się do Polaków.
Zamieszanie z lekami i ACTA zaskoczyły ekipę Tuska. A wszystko przez brak rzeczywistych konsultacji. Tusk, który dotąd świetnie wyczuwał społeczne nastroje, na starcie drugiej kadencji zamknął się w swojej kancelarii. Może odpoczywał po kampanii, może pracował nad projektami reform, bo okazało się, że mimo czteroletnich rządów szuflady wcale nie są pełne. Jednak powstało wrażenie, że premier unika dialogu z obywatelami.
Podnoszenie wieku emerytalnego w wielu krajach wywołało protesty. U nas również ludzie boją się dłuższej
pracy; że nie będą mieli gdzie pracować, bo
rynek pracy nie jest przystosowany do zatrudniania osób po sześćdziesiątce. Poza tym, kto zajmie się dziećmi, gdy mamy i babcie będą pracować, skoro w Polsce ciągle brakuje żłobków i przedszkoli? Rząd powinien odpowiedzieć na te pytania. Te lęki już próbują zagospodarować opozycja i ''Solidarność'', zapowiadając na wiosnę falę antyrządowych manifestacji.
Demografia jest nieubłagana. Musimy dłużej pracować, bo dłużej żyjemy. W 2010 r. na jednego emeryta przypadały cztery osoby w wieku produkcyjnym, w 2020 r. będą już tylko trzy, a w 2035 r. - zaledwie dwie. Za dwadzieścia lat rosnącej rzeszy emerytów nie będzie miał kto utrzymać. I system emerytalny się zawali. I do tego rząd musi przekonać przestraszonych ludzi.
W poprzedniej kadencji łącznikiem między Donaldem Tuskiem a społeczeństwem był Michał Boni, szef zespołu doradców premiera. To on negocjował w Komisji Trójstronnej reformę pomostówek, która do dziś jest uznawana za główny sukces Tuska, choć pozbawiła wcześniejszych emerytur ponad 700 tys. osób. Boni był wymieniany wśród kandydatów na ministra pracy. Dziś widać, jak bardzo przydałby się na tym stanowisku. Ale w autorskim rządzie Tuska został skierowany do nowego Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. A twarzą reformy emerytalnej został premier, bo koalicyjny
PSL, któremu przypadł resort pracy, od reformy na razie się dystansuje. Poza tym minister pracy, 30-letni lekarz Władysław Kosiniak- Kamysz, dopiero uczy się tej dziedziny.
Ustawianie się premiera w roli superministra, eliminowanie z rządu silniejszych osobowości i otaczanie się słabymi ministrami sprawiło, że Tusk jest twarzą tego rządu, ale i jego ludzie winią za porażki. W ostatnim tygodniu premier przeszedł do ofensywy i próbuje odrabiać straty. Spotyka się z klubami parlamentarnymi, z kobietami i przekonuje, że musimy dłużej pracować. Wie, że od powodzenia tej reformy może zależeć jego polityczna kariera. - Dalej niż na Sybir nie wywiozą, jak mawiała moja mama - mówił Tusk, pytany o ewentualną porażkę reformy. Jednak jeśli uda mu się zreformować system emerytalny, to politycznie może na tym wygrać. Wyborcy PO od lat domagali się odebrania przywilejów emerytalnych mundurowym i górnikom, a także reformy
KRUS.
Reforma emerytur to dla rządu i PO najtrudniejszy egzamin. Bo łatwiej to już było.
Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>