- Zaczynaliśmy zabieg, kiedy pielęgniarka szepnęła: "Uważajcie, szef nas filmuje!" - opowiada lekarz prywatnego szpitala HCP w
Poznaniu. - Ze zdenerwowania zadrżała mi ręka.
Szpital HCP - dawniej zakładowa lecznica zakładów Cegielskiego - jest znany w mieście, leczy w ramach kontraktu z
NFZ między innymi chorych na raka i serce. Kamery na bloku operacyjnym zamontował trzy tygodnie temu prezes szpitala dr Lesław Lenartowicz. Cel: poprawa efektywności
pracy.
Kamery mają dyscyplinować załogę, by planowo zaczynała zabiegi. A poślizgi były nawet godzinne.
- Bywało, że uśpiony pacjent zdążył się wybudzić, zanim zespół zebrał się w komplecie - przyznaje personel. Spóźniali się nie tylko lekarze (bo np. utknęli w korku), ale też pielęgniarki, a czasem nawet pacjenci!
Sypał się cały grafik. - W ciągu tygodnia część operacji wypadała, chorzy musieli zostawać dłużej w szpitalu. Traciliśmy czas i pieniądze - opowiada "Gazecie" dr Lenartowicz. Przejrzenie monitoringu, który rejestruje każde wycięcie wyrostka robaczkowego, usunięcie guza czy nadżerki (zapis jest archiwizowany przez siedem dni) zajmuje mu dziennie 15-20 minut. - Na podsumowanie jeszcze za wcześnie. Ale z pierwszych efektów już jestem zadowolony: byłem zaskoczony, kiedy mimo złych warunków atmosferycznych udało się wszystkim dotrzeć na czas - mówi.
System jest skuteczny, ale czy zgodny z prawem? Lekarze mają wątpliwości: - Kontrola przekroczyła granice absurdu. Przecież kamery wiszą też na korytarzu przed wejściem na blok. To nie wystarczy?
Chirurdzy twierdzą, że monitoring zamontowano bez zapowiedzi (o kamerach wiedzieli tylko ordynatorzy i oddziałowa). Filmuje się nie tylko pracowników szpitala, ale także pacjentów, często obnażonych, w różnych sytuacjach. To zdaniem lekarzy narusza prawa pacjenta do godności i intymności. Uważają, że szpital powinien zapytać wcześniej chorych, czy wyrażają zgodę na filmowy zapis zabiegu.
Podobnego zdania jest dr Dorota Karkowska z Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej: - Taka kontrola to balansowanie na granicy prawa. Jeśli szpital chce coś nagrywać, to musi mieć zgodę osób, których prywatność narusza. Dotyczy to zarówno pacjentów, jak i personelu. Informacje o tym, że korzystaliśmy z leczenia - zgodnie z ustawą o prawach pacjenta - są objęte tajemnicą. Szpital musi się liczyć z tym, że osoba nagrywana może zażądać w sądzie zadośćuczynienia. Zapytaliśmy chorych ze szpitala, czy wyraziliby zgodę na filmowanie zabiegu? Nikt nie wiedział o monitoringu. Byli zaskoczeni, nie wiedzieli, co odpowiedzieć.
To prawdopodobnie pierwszy w kraju przypadek, że monitoring służy kontroli pracy lekarzy, choć sam wideomonitoring staje się coraz bardziej powszechny. Monitorowane są szkoły, banki, muzea, centra handlowe, windy, całe osiedla! Kamery wiszą też w szpitalach - w
Warszawie powiesił je szpitalny oddział ratunkowy przy Kasprzaka.
Na ile wkraczanie w prywatność jest legalne, nie wiadomo, bo wciąż brakuje w Polsce stosownych regulacji prawnych.
- Brak przepisów powoduje, że zostają naruszone podstawowe prawa do wolności i prywatności osób, które są nim objęte - alarmował w ubiegłym roku główny inspektor ochrony danych osobowych Wojciech Wiewiórowski i zwrócił się z prośbą do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o zainicjowanie prac legislacyjnych. Resort obiecuje, że Sejm w tym roku się tym zajmie.
Dopóki nie ma ustawy, jedynym sposobem na ocenianie tego, czy monitoring powinien być wprowadzony, jest zasada adekwatności. Chodzi o to - jak tłumaczy GIODO - żeby ingerencja w prywatność pacjenta była odpowiednia do celu, który ma zostać osiągnięty.
Jak jest w tym przypadku? Główny inspektor ochrony danych osobowych uważa, że w niektórych sytuacjach użycie wideomonitoringu w szpitalu jest nie tylko uzasadnione, ale i wskazane (np. na OIOM-ie), bo służy interesowi pacjentów. Tak może być też na bloku operacyjnym, o ile pacjent będzie miał dostęp do zapisów, a jego dane będą chronione.
Szpital twierdzi, że nie łamie prawa. Powołuje się m.in. na
kodeks pracy, który pozwala na monitorowanie miejsca pracy, i wewnątrzszpitalne regulacje.
- Kamery nie naruszają niczyjej prywatności ani godności. Zapisu oprócz mnie nikt nie ogląda. A to, że widzę czasem też obnażonych pacjentów? Chory, godząc się na zabieg, godzi się na to, że jest oglądany przez lekarzy. A ja jestem lekarzem, sam operuję. Nikt do tej pory się na to nie skarżył - mówi dr Lenartowicz.