http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Podpalacz na wolności bulwersuje

Piotr Machajski
2012-02-24, ostatnia aktualizacja 2012-02-23 19:58

Spalone samochody na ulicy Oleandrów
Spalone samochody na ulicy Oleandrów
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Warszawska policja przegląda akta umorzonych spraw o podpalenia. Bada, czy Jacek T. zatrzymany za podłożenie ognia pod samochody nie miał z nimi czegoś wspólnego

Ulica Olendrów
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Ulica Olendrów
Tą sprawą mieszkańcy Warszawy żyją od weekendu. W sobotę późnym wieczorem w centrum miasta spłonęło siedem samochodów. Pięć z nich spaliło się na wąskiej i krótkiej ul. Oleandrów. Policja i straż pożarna nie miały wątpliwości, że to umyślne podpalenia. Nie mogło być mowy o przypadku, jeśli na tej samej ulicy niestojące obok siebie auta, płoną trzykrotnie w ciągu siedmiu miesięcy. Przez całą niedzielę funkcjonariusze przesłuchiwali więc świadków i oglądali zapisy z kamer monitoringu.

Tego samego dnia zatrzymali 23-letniego Jacka T. To kibic Legii. W kwietniu ub.r., gdy ochrona nie wpuściła go na mecz (był pijany), policja zatrzymała go pod zarzutem podpalenia trzech aut w pobliżu stadionu i sześciu kolejnych na odległym osiedlu Gołąbki w dzielnicy Ursus (akt oskarżenia czeka w sądzie). Był też zatrzymany po lipcowych podpaleniach na ul. Oleandrów, ale policji zabrakło dowodów, by postawić mu zarzuty.

Tym razem policja ma m.in. zeznania świadka, który rozpoznał w Jacku T. podpalacza. We wtorek prokurator postawił mu zarzuty. Sąd uznał jednak, że choć jest wysoce prawdopodobne, że T. dopuścił się przestępstwa, to jednak nie ma obawy, że będzie utrudniał śledztwo. I zdecydował, że nie będzie aresztowany, wystarczy, że trzy razy w tygodniu zamelduje się w komisariacie.

- Kiedy zobaczyłam swój samochód w płomieniach, byłam w szoku. Ale jakoś psychicznie się trzymałam. Sąd swoją decyzją rozłożył mnie na łopatki - mówi pani Agata, która straciła auto w sobotę.

Decyzję sądu ostro skrytykował prof. Piotr Kruszyński, znany adwokat i karnista: - To jest decyzja niewyobrażalna, bulwersująca i skandaliczna. Nie mieści mi się to w głowie. Areszt w tej sytuacji powinien być bezwzględnie stosowany. Istnieje realne zagrożenie, że ten człowiek będzie dalej popełniał przestępstwa. Przecież to nie są jego pierwsze zarzuty za podobne przestępstwo. Ten człowiek powinien być izolowany od społeczeństwa. Czy musi dojść do tragedii, żeby przekonać sąd, że on jest niebezpieczny?

Jacek T. jest synem znanego adwokata i działacza piłkarskiego. Ojciec jest obrońcą syna w sprawie sobotnich podpaleń.

Prokuratura szykuje zażalenie na decyzję sądu o odmowie aresztowania. Na jego złożenie ma czas do wtorku. A stołeczna policja przegląda akta wszystkich umorzonych spraw o podpalenia z ostatnich miesięcy. Chce sprawdzić, czy Jacek T. nie miał z nimi czegoś wspólnego.

Radio RMF FM poinformowało wczoraj, że sędzia Iwona Konopka, która rozpatrywała wniosek o areszt, zdradziła podejrzanemu nazwisko świadka, który go rozpoznał.

- Jestem zdziwiony zamieszaniem wokół tej sprawy. Nie mówimy przecież o osobie, która ma status świadka incognito - mówi sędzia Wojciech Małek, rzecznik Sądu Okręgowego w Warszawie. - Co do zasady dane osobowe świadka są jawne dla stron. Świadek ma prawo zastrzec swój adres zamieszkania, ale nie imię i nazwisko.

Nazwisko świadka znalazło się w treści postanowienia sądu, w którym decydował on o odmowie aresztu dla T. Nie było go jednak we wniosku o aresztowanie, który prokurator złożył wcześniej w sądzie. - W tym wniosku prokurator powołał się jedynie ogólnie na zeznania świadków - mówi prok. Dariusz Ślepokura, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Według sędziego Małka sędzia, stosując wobec Jacka T. dozór policyjny, musiała wykazać, dlaczego zachodzi wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez niego przestępstwa. Żeby to zrobić, powołała się na zeznania konkretnego świadka.

Śledczy, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że jeśli we wniosku o areszt prokurator nie wymienia świadków z nazwiska, to nie powinno się ich używać również w postanowieniu. Sędzia Małek widzi tę kwestię inaczej. - Zdarza się, że prokuratorzy nie chcą, by podejrzany poznał dane jakiegoś świadka, bo np. nie chcą, by już na początku śledztwa dowiedział się, kto go obciąża. Tak zdarza się w przypadku przestępczości zorganizowanej. Ale we wniosku prokuratury w tej konkretnej sprawie nie było takiego zastrzeżenia. Przecież podejrzany prędzej czy później i tak poznałby imię i nazwisko świadka, który zresztą został już przesłuchany - mówi Małek.

Zamieszanie jest o tyle nieuzasadnione, że strona przeciwna poznała nazwisko świadka już dzień przed posiedzeniem sądu, bo przy rozpoznawaniu Jacka T. przez tzw. lustro fenickie obecny był jego adwokat - prywatnie ojciec. Co

- Adwokat był podczas okazania i podpisywał sporządzony po tej czynności protokół - mówi prok. Dariusz Ślepokura.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':