W Trybunale Arbitrażowym w Sztokholmie PGNiG złożyło w poniedziałek pozew przeciw Gazpromowi i jego spółce
Gazprom Eksport, domagając się zmiany zasad ustalania cen gazu importowanego na podstawie tzw. kontraktu jamalskiego z 1996 r. - ogłosił wczoraj polski koncern.
Informacja obiegła cały świat - po raz pierwszy firma z Europy Środkowej pozywa Gazprom do międzynarodowego arbitrażu, a na dodatek chodzi o duże pieniądze.
Według nieoficjalnych informacji PGNiG żąda od Gazpromu obniżki cen o ponad 10 proc., czyli setki milionów dolarów rocznie. A kontrakt obowiązuje do 2022 r.
- To dobra decyzja. Jeśli nie udało się wynegocjować porozumienia, potrzebny jest arbitraż - powiedział nam Janusz Steinhoff, były wicepremier w rządzie Jerzego Buzka.
To, że mamy drogi gaz, stało się normą - dwa lata temu płaciliśmy Gazpromowi za 1 tys. m sześc. gazu o 65 dol. więcej niż np.
Niemcy. Teraz te dysproporcje jeszcze się pogłębiły, choć
Polska - po Niemczech i Włoszech - jest trzecim co do wielkości importerem gazu z Rosji w UE. Sprowadzamy ponad 10 mld m sześc. gazu rocznie, a za 1 tys. m sześc. płacimy już ponad 500 dol. (o blisko 100 dol. więcej niż szacowana na br. średnia cena rosyjskiego gazu dla Europy). Oznacza to, że w tym roku na rosyjski gaz wydamy ponad 5 mld dol.
Od kwietnia zeszłego roku PGNiG negocjowało z Gazpromem obniżkę, ale bez efektu. - Nie prowadzimy rozmów na temat obniżki ceny dla Polski w kontrakcie jamalskim, więc nie ma też sporu, który moglibyśmy rozwiązać przed trybunałem arbitrażowym - mówił jesienią wiceprezes Gazpromu Aleksander Miedwiediew. PGNiG nie miało wyboru i pod koniec zeszłego roku rozpoczęło procedury arbitrażowe w Sztokholmie.
- Trudno mówić o dialogu, jeśli wysyłamy pismo, w którym na 18 stronach tłumaczymy nasze stanowisko, a dostajemy odpowiedź na pół strony, które nie odnosi się merytorycznie do naszych argumentów - mówił dziennikowi "Wiedomosti" o negocjacjach z Gazpromem b. szef PGNiG Michał Szubski. - Koronnym argumentem naszych kolegów z Gazpromu było to, że prawie cały gaz bierzemy tylko ze Wschodu. Ale to nie argument, raczej forma szantażu.
Pozwu można by było uniknąć, gdyby Gazprom traktował PGNiG jak klientów z Zachodu.
W zeszłym tygodniu Aleksander Miedwiediew powiedział w "The Financial Times", że Gazprom od tego roku obniżył "średnio o 10 proc." ceny gazu m.in. francuskiemu koncernowi GDF Suez, niemieckiemu Wingas i słowackiemu SPP, bo "nasi partnerzy poprosili nas o rewizję cen". Dlaczego nie spełnił prośby PGNiG? Tego nie zdradził. Gazprom nie chce też obniżyć wyjątkowo wysokich cen gazu dla Ukrainy, uzależniając takie obniżki od przejęcia ukraińskich gazociągów. A koncerny z Francji i Niemiec, którym Gazprom obniżył ceny, to główni partnerzy rosyjskiego koncernu przy budowie gazociągów omijających Europę Środkową.
- W przeciwieństwie do Gazpromu PGNiG nie ma nic do stracenia. Jednak Gazprom może być skłonny do ustępstw dopiero wtedy, gdy w arbitrażu szala zacznie się przechylać na stronę PGNiG - uważa Kamil Kliszcz, analityk Domu Inwestycyjnego
BRE Banku, i podkreśla, że spory w arbitrażu są skomplikowane i trwają długo.
O tym, że warto walczyć, przekonał się algierski koncern gazowy Sonatrach, który po trwającym trzy lata arbitrażu wywalczył w 2010 r. prawie 2 mld dol. dopłaty od hiszpańskiej firmy Gas Natural.
W razie wygranej PGNiG też otrzymałoby setki lub nawet miliardy dolarów, bo Gazprom musiałby obniżyć ceny wstecz od kwietnia 2011 r. To umożliwiłoby polskiej firmie znaczące inwestycje, czyli bardziej intensywny rozwój naszej gospodarki, i zmniejszyłoby deficyt w naszym handlu z Rosją, który w zeszłym roku z powodu wysokich cen ropy i gazu przekroczył astronomiczną kwotę 50 mld zł.