"Jesteśmy grupą nieformalną, warszawiakami o różnym wykształceniu, entuzjastami miasta. Nie jest nam obojętne, jak wygląda i czym żyje Warszawa" - piszą o sobie. Teraz Grupa M20 (m20.waw.pl) zagrzewa do walki hasłem: "Dość koszmarnych bud w
Warszawie!".
Fotogaleria na ich stronie "Stołeczny buda-peszt" poraża brzydotą, to już ostatnie kręgi estetycznego piekła.
Bojową odezwę antybudową grupy wydrukowaliśmy w środowej "Stołecznej". Mają rację esteci? Nie do końca.
Nie wszystko przez Stalina Witold Weszczak i Marcin Wojciechowski z Grupy zwalają winę na polityków - komunistycznych i obecnych. Warszawę nazywają pomnikiem stalinowskiej czystki w przestrzeni. W czasie tzw. wojny o handel "władza ludowa zamurowała witryny, a w środku urządziła:
mieszkania, ZUS, prokuraturę itd.". Z kolei tzw. rewitalizacje, z których tak dumni są obecni samorządowcy - Al. Ujazdowskich, pl. Grzybowskiego czy Chłodnej - sprowadza się do granitu, "ławeczek i klombików" i urządzania festynów. Po zwinięciu kramów "sytuacja wraca do normy pustych ulic", po których "hula wiatr", bo "brakuje knajpek, kawiarni i sklepów". A te nie mają się gdzie podziać (komuniści ukradli partery) stąd rozkwit prowizorek i bud.
Przecież budki są na całym świecie - w Azji,
USA, Afryce. W Los Angeles rozdają Oscary, ale oprócz Alei Gwiazd jest też kultowa budka w formie monstrualnego hot-doga, tak brzydka, że aż piękna. Kiełbaski najlepiej smakują w Berlinie czy Kopenhadze w licznych ulicznych budkach, podobnie jak parówka w ziemniaczanym "naleśniku" w
Oslo. Surowego śledzia w Amsterdamie - ale i w czasie holenderskiego festynu przy ul. Kubusia Puchatka - najlepiej zjeść na ulicy. Budkowe życie gastronomicznie kwitnie na Zachodzie. Zgoda - nie ma tam aż takiej torsji form architektonicznych jak u nas. Oni mają raczej budki i reklamy, a my budy i reklamiszcza z grubej rury. W polskiej edycji rzeczywistości zawsze bliżej do piekła niż nieba.
Nie zwalajmy wszystkiego na Stalina. Każdy, kto mieszka w domu, w którym są użytkowe partery, a nieruchomością zarządza wspólnota, wie jak to wygląda "na samym dole", w wydaniu demokracji bezpośredniej. Jest awantura: - Nie zgadzamy się, żeby lokal wynajmować na knajpę. Będą burdy, pijacy. Żadnego sklepu spożywczego. Przyciągnie szczury, robactwo itp. itd.
Co krok - i nie tylko w centrum - mamy więc banki i apteki. Płacą najlepiej, jest czysto, bezpiecznie i bez oparów. I to się najbardziej podoba mieszkańcom. Skutek? Idąc taką ulicą, można umrzeć z nudów albo wziąć kredyt i kupić tabletki od bólu głowy. Dlatego wyrastają różne prowizorki, grzybki i inne potworki piwno-gastronomiczne, byle dalej od starej kamienicy czy nowego bloku klasy średniej. Stąd takim hitem komercyjnym stały się ustępy z czasów PRL - pod ziemią, przy ruchliwych traktach, zarazem trzymają dystans do zabudowy.
Do budy poza wały Nie tylko komunizm wykończył usługi w parterach. Niewidzialna ręka rynku też skutecznie dusi małą przedsiębiorczość. Miasteczko Wilanów powstało zgodnie z regulacjami w planie zagospodarowania. Ustalał m.in. że partery w domach będą mieć funkcję MU (mieszkaniową i usługową). Niewidzialna ręka rynku (czyli wielkie firmy budowlane) niemal wszędzie wybrała "M". Bo mieszkania schodziły jak gorące bułeczki, głód usług ma zaspokoić w przyszłości market wielkiej sieci z tzw. galerią oraz dużym parkingiem. Nowi mieszczanie preferują takie "miasteczko" i model spędzania wolnego czasu. Po co mieć jakiś sklepik i knajpę w parterze apartamentowca albo budkę po drodze? Żeby trzeba było chodzić po ulicach, które nie dość, że niezadaszone, to na dodatek krzywe?
Inny przykład - lokale usługowe w parterach ogromnego kompleksu mieszkaniowego Marina Mokotów. Były kupowane hurtowo i wynajmowane. Drobny przedsiębiorca stawał pod ścianą. Miał do wyboru - płacić wysoki czynsz albo wynosić się do budy poza wały Mariny Mokotów.
Do cudownego rozmnożenia się bud i budek przykładają się politycy, urzędnicy, wspólnoty mieszkaniowe, ogromne sieci handlowe i spółki budowlane, które wolą realizować wielohektarowe "miasteczka" i załatwić biznes z wielkim graczem niż z drobnym sklepikarzem.
Dlatego nie wierzę w realizację hasła "Dość koszmarnych bud w Warszawie!". One są u nas wieczne jak diamenty.