Rozmowa z prof. Wielisławą Warzywodą-Kruszyńską* Katarzyna Pawłowska-Salińska: W Polsce, według najnowszych danych Eurostatu w ciągu ostatnich lat liczba ludzi biednych zmniejszyła się o ponad milion osób. Tak szybkiego spadku nie zanotowano w żadnym innym europejskim kraju. Naprawdę sytuacja u nas tak bardzo się poprawiła? Wielisława Warzywoda-Kruszyńska: Tak. W roku 2005, wkrótce po przystąpieniu Polski do UE udział ludności biednej wynosił u nas 20,5 proc. Pięć lat później ten odsetek spadł do 17,6 proc.
Jak to się stało? - To wynik kilku czynników. Po pierwsze, wzrostu gospodarczego. Jego ważnym stymulatorem były i są fundusze strukturalne, które z kolei generują wzrost zatrudnienia oraz poprawę sytuacji materialnej rolników dzięki dopłatom. Po drugie, pomógł dopływ gotówki od emigrantów zarobkowych, który według szacunków w latach 2005-2010 wyniósł ponad 100 mld zł. I wreszcie decyzje polityczne: obniżenie składki na ubezpieczenie zdrowotne pracowników, podniesienie świadczenia pielęgnacyjnego dla osób opiekujących się dziećmi niepełnosprawnymi, odblokowanie Funduszu Alimentacyjnego itd.
Ten proces będzie postępował? W kolejnych latach w Polsce biednych będzie coraz mniej? - Nie wiadomo. Bo w tej chwili ich liczba znów rośnie. Owszem, w latach 2005-2008 zasięg ubóstwa w Polsce bardzo szybko się obniżał. Ale w następnych dwóch latach zaczął lekko lecz systematycznie wzrastać. I tak w roku 2005 udział ludności biednej w Polsce był o 5 punktów procentowych wyższy niż średnio w UE, w roku 2008 - o 0,5 pół punkta wyższy, a w roku 2010 - o 1,5 punkta wyższy.
Skąd ta sinusoida? - Lata 2005-2008 były dla Polski bardzo korzystne. Wzrost gospodarczy był znaczący. Poza tym był to bardzo dobry okres w krajach, w których nasi rodacy znaleźli zatrudnienie. Potem dał się odczuć u nas kryzys - wzrost bezrobocia, zamrożenie płac w wielu firmach i instytucjach, mniejszy przypływ gotówki od emigrantów.
Kryzys trwa, czy w takim razie zasięg ubóstwa w Polsce będzie rósł? - Nie można tego wykluczyć, choć bardzo dużo zależeć będzie od decyzji politycznych. Bieda jest nie tylko kwestią ekonomiczną, lecz także polityczną. Politycy decydują o tym, czyje interesy są uwzględniane przede wszystkim. Rząd ma odpowiednie instrumenty, jak podatki, subwencje, polityka socjalna. Dziś rząd koncentruje się raczej na ograniczaniu wydatków niż na zwiększaniu przychodów budżetu. Np. zniesienie podatku od spadków i darowizn faworyzuje zamożniejszych i bardziej zamożnych ludzi, zmniejszając możliwości wspierania najuboższych, ograniczając wydatki na oświatę i kulturę itd. Zamrożone są de facto płace w cywilnej ''budżetówce'', co sprawia, że obecnie adiunkt, którego płaca jest niższa od średniej krajowej, a ma dwoje dzieci, w zasadzie kwalifikuje się do pomocy społecznej.
Właśnie, a Unia uznaje za biedne te osoby, które nie mają pieniędzy na opłacenie mieszkania, prądu i ogrzewania, nie jeżdżą na wakacje, nie mają np. pralki, kolorowego telewizora czy telefonu. Czy to jak liczy Eurostat, jest miarodajne? - Eurostat do monitorowania jak państwa członkowskie realizują strategię Europa 2020, w której bardzo ważny jest Europejski Program Walki z Ubóstwem, posługuje się indeksem ''biedy lub wykluczenia społecznego''. Oblicza się go na podstawie połączenia trzech pojedynczych wskaźników. Pierwszy to liczba ludności ''zagrożonej biedą'', czyli biednej w sensie monetarnym (po uwzględnieniu świadczeń społecznych). Drugi - to wskaźnik wykluczenia z rynku pracy. To odsetek osób w wieku 18-59 lat (wyłączając studentów) w gospodarstwach o niskiej intensywności pracy, czyli takich które w czasie ostatniego roku wykorzystywały mniej niż 20 proc. swojego potencjału pracy. Np. w gospodarstwie dwóch osób w wymienionym wieku jedna osoba jest bezrobotna, a druga pracuje na jedną czwartą etatu.
A trzeci? - To wskaźnik biedy materialnej ustalany jako odsetek ludności, która nie może z powodu niskich dochodów zaspokoić potrzeb uznawanych za ''normalne'' w społeczeństwie na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Ten ''poziom cywilizacyjny'' symbolizuje posiadanie: 1) pralki, 2) telewizora kolorowego, 3) telefonu stacjonarnego lub komórkowego, 4) samochodu, 5) ciepłego mieszkania, 6) opłacanie świadczeń mieszkaniowych, 7) możliwość pokrycia niespodziewanych wydatków, 8) możliwość zakupu co najmniej dwa razy w tygodniu mięsa lub ryby, 9) możność spędzenia jednego tygodnia urlopu poza miejscem zamieszkania. Jeśli gospodarstwa domowego nie stać na posiadanie, czy opłacanie czterech z wymienionych, to jego członków uznaje się za mających niezaspokojone potrzeby materialne.
Zawsze można sformułować zastrzeżenia, że nieposiadanie innych niż wymienione przedmioty jest ważniejsze i spierać się o ich listę. Ale stworzyli ją fachowcy i należy ją przyjąć. Co nie znaczy, że kiedyś nie ulegnie zmianie.
Konstruując wskaźnik ''biedy lub wykluczenia społecznego'' podkreśla się, że bieda nie sprowadza się tylko do braku pieniędzy, ale związana jest też z ''wypadnięciem'' z kręgu pracy oraz z upośledzeniem polegającym na niemożności życia na poziomie uznawanym za ''normalny''.
Ja wolę się posługiwać wskaźnikiem biedy monetarnej niż wskaźnikiem ''biedy lub wykluczenia społecznego''. W moim odczuciu przez zawarte w nazwie ''lub'' traci on jednoznaczność.
Od lat prowadzi Pani badania nad biedą w Polsce. Czy coś się zmieniło na lepsze? - Przede wszystkim zmniejszył się zasięg biedy. Ale rośnie tendencja do utrwalania się biedy w cyklu życia i dziedziczenia biedy w zubożałych i zdegradowanych sąsiedztwach na terenach miast poprzemysłowych.