W zeszłym roku bankowcy rozdawali nam pieniądze ze swych skarbców lekką ręką. Według Komisji Nadzoru Finansowego łączne zadłużenie konsumentów i przedsiębiorców w bankach wzrosło w 2011 r. o astronomiczne 100 mld zł! Z tego aż 55 mld zł przypadło na nowe kredyty dla osób prywatnych - głównie hipoteczne, ale też na
samochody, lodówki, sprzęt domowy.
To m.in. łatwy dostęp do kredytów sprawił, że w sklepach było tłoczno, a gospodarka rozwijała się szybciej, niż prognozowali nawet optymiści. PKB wzrósł w zeszłym roku aż o 4,3 proc.!
Jednak kredytowe eldorado przechodzi do historii. Z najnowszej ankiety NBP wśród bankowców wynika, że zaostrzają oni politykę kredytową. Smętne widoki mają zwłaszcza osoby planujące wziąć kredyt hipoteczny. Prawie połowa banków przyznaje, że w IV kwartale zeszłego roku zaostrzyła kryteria przyznawania tych kredytów. Aż 85 proc. bankowych menedżerów przepowiada zwiększenie restrykcji w kolejnym kwartale.
Banki masowo podnoszą wymagany wkład własny i wycofują z oferty
kredyty walutowe, na które KNF patrzy niechętnie. W górę poszło oprocentowanie. W grudniu i styczniu podwyżki marż kredytowych ogłosiły m.in.:
Alior Bank, Raiffeisen,
Polbank, ING Śląski. W Raiffeisen Banku, który od najlepszych klientów brał marżę 1,1 proc., teraz szczytem marzeń będzie 2,15 proc.
Aż 40 proc. bankowców twierdzi, że w ostatnim kwartale ograniczyli też kredyty dla drobnych przedsiębiorców.
Co się dzieje? Banki nie chcą już napędzać gospodarki? Bankowcy tłumaczą, że spodziewają się pogorszenia sytuacji gospodarczej.
Nie tylko oni. Firma doradcza Ernst & Young podała w tym tygodniu, że PKB wzrośnie w tym roku tylko o 2,5 proc. (to tyle, ile zakłada rząd, ale mniej, niż prognozuje np. NBP), bo w Polskę uderzą echa światowego kryzysu. Wczoraj niemiecki urząd statystyczny podał, że tamtejsza gospodarka (a to największy partner handlowy Polski) skurczyła się w ostatnim kwartale o 0,2 proc.
Znacznie wolniejszy wzrost oznacza, że więcej będzie bezrobotnych i niespłaconych kredytów. A przecież nawet w świetnym 2011 r. wartość kredytów, których klienci nie spłacają w terminie, wzrosła z 84,5 do 88,1 mld zł. Byłoby więcej, lecz banki sprzedały firmom windykacyjnym prawie 12 mld zł złych długów.
Niepewna przyszłość to nie wszystko. Banki, które zarobiły w zeszłym roku rekordowe 15,7 mld zł, nie mają dobrej passy. - Jesteśmy ostatnio ulubionym chłopcem do bicia - mówi gorzko Krzysztof Pietraszkiewicz ze Związku Banków Polskich. Chodzi o: * zapowiedź Ministerstwa Finansów, że wprowadzi podatek bankowy; * europejskie regulacje podwyższające wypłacalność banków; * zalecenia nadzoru, by banki gromadziły kapitał w obliczu kryzysu.
Do tego dochodzą zaostrzony sposób liczenia
zdolności kredytowej narzucony przez KNF (nawet biorąc kredyt na 30 lat, klient musi mieć zdolność do spłaty w ciągu 25 lat) oraz strasząca w bilansach banków luka między wartością kredytów a depozytów. Rok temu wynosiła 80 mld, teraz - już 100 mld zł. Można ją zalepić, tylko ograniczając kredyty.
Cała nadzieja w tym, że - tak jak rok temu, kiedy też wieszczono naszej gospodarce mroczny scenariusz - ekonomiści i bankowcy znów nie docenią optymizmu Polaków i siły ich portfeli. Jeśli przez pierwszych kilka miesięcy roku konsumenci - mimo ograniczenia kredytów - nie zmniejszą apetytu na zakupy, a sytuacja gospodarcza Niemiec nie będzie się pogarszała, wiosną alarm może zostać odwołany i banki znów zaczną odkręcać kurek z kredytami.