Gibała, polityk rządzącej partii, skomentował
poniedziałkowy tekst w "Gazecie Wyborczej" o liczbie asystentów, których mają ministrowie w rządzie Donalda Tuska.
Dziennikarze GW przyjrzeli się, jak
Platforma Obywatelska wywiązuje się z obietnic dotyczących ograniczania zatrudnienia w administracji. Wzięli pod lupę gabinety polityczne ministrów. Wciąż są one liczne. Także w samorządach mają się dobrze, mimo że Platforma miała je zlikwidować.
W gabinetach politycznych w MSW i resorcie cyfryzacji jest po siedem osób. W Ministerstwie Kultury - pięć. W samej Kancelarii Premiera jest 22 doradców i czterej asystenci polityczni. To i tak mniej niż za czasów Jarosława Kaczyńskiego. W styczniu 2007 r. miał w kancelarii 32 doradców i asystentów.
Członkowie gabinetów to młodzi ludzie - mają od 21 do 31 lat. Często pracowali wcześniej w biurach poselskich lub w PO. Wielu z nich działa w Młodych Demokratach, czyli młodzieżówce Platformy. Praca w gabinecie to niezłe pieniądze. Szef gabinetu ministra zarabia miesięcznie ok. 8 tys. zł. Członkowie gabinetów - 3,2-4,1 tys. zł brutto plus dodatki.
- Nie podoba mi się, że gabinety polityczne są tak rozbuchane. Rozumiem, że można mieć jednego asystenta politycznego, ale siedmiu to za dużo - mówi poseł PO Łukasz Gibała. - Premier powinien porozmawiać z ministrami i skłonić ich, żeby zrezygnowali z aż tak dużej liczby pracowników.
Gibała przyznaje, że rozdęte gabinety polityczne są porażką PO, tak samo jak wzrost zatrudnienia w całej administracji.
- Nie udało nam się ograniczyć zatrudnienia w administracji w poprzedniej kadencji i sam premier
Donald Tusk przyznał, że to jest jedna z większych porażek jego rządów - mówi poseł Gibała.
Prof. Michał Kulesza, który przygotowywał przed laty reformę administracyjną, zwraca uwagę, że gabinety powszechnie występują na świecie i są bardzo ważne dla jakości publicznego zarządzania. - Byłoby idealnie, gdyby w tych gabinetach zasiadali eksperci odpowiedzialni za program partii w danej dziedzinie, bo są nie tylko dobrzy merytorycznie, lecz mają także polityczną wizję. Doradcy, poważni ludzie z dorobkiem, powinni zapewniać realne wsparcie w rządzeniu. Doradcą prezydenta Komorowskiego jest Tadeusz Mazowiecki. Problem zaczyna się, gdy gabinet polityczny robi za przytulisko dla członków młodzieżówki partii, którzy ministrowi robią herbatę - mówi prof. Kulesza.
Gabinety polityczne wprowadził w 1997 r., w końcówce rządów
SLD, Marek Pol, pełnomocnik rządu ds. reformy centrum. B. szef
MSWiA Krzysztof Janik wspomina, że wzorowano się na rozwiązaniach brytyjskich, niemieckich i francuskich.
Gabinety miały kończyć z hipokryzją, bo ministrowie zatrudniali współpracowników na urzędniczych etatach. - Niestety, praktyka poszła w takim kierunku, że z ekspertów w gabinetach zrobiono przydupasów od kupowania biletów, zakupów czy ubierania koleżanki małżonki - mówi Janik.