Z ostatnich dni najgłośniejsza jest historia z Rzeszowa -
rodzice uczniów ze Szkoły Podstawowej nr 24 przez kilka dni przychodzili do kuratora oświaty i domagali się przeniesienia agresywnego dziewięciolatka do innej szkoły. Grozili, że przestaną posyłać na lekcje swoje dzieci. Przewiny dziewięciolatka? Bije, gryzie, szczypie, wyrywa włosy, wyzywa, przeklina, wymusza pieniądze, obnaża się publicznie, niszczy sprzęty, ucieka z klasy, załatwia się na podwórku szkolnym. Jest agresywny wobec siebie, nauczycieli, uczniów, rodziców innych dzieci.
- Jest grzeczny tylko wtedy, gdy są wyświetlane filmy. I to takie, których jeszcze nie widział - opowiadają rodzice.
O przeniesienie dziecka do innej szkoły wystąpiła do kuratorium także dyrektorka SP nr 24. Tłumaczyła, że jej dotychczasowe działania nic nie dały. Nie poskutkowały zajęcia socjoterapeutyczne ani karne przeniesienie do równoległej klasy czy nawet zatrudnienie stażysty, który pilnował tylko tego ucznia.
Do sądu rodzinnego trafiło już 20 skarg. Słali je nauczyciele, rada pedagogiczna, rodzice innych dzieci. Ostatni werdykt: chłopiec musi mieć indywidualne nauczanie, kuratora sądowego i zapewnione dalsze leczenie.
Poradnia psychologiczno-pedagogiczna kierowała już chłopca na indywidualne nauczanie, ale rodzice szybko zrezygnowali. - To jest
dziecko z zaburzeniami więzi społecznych. Chcemy, żeby się uspołecznił. Nie zgadzamy się, aby poprzez indywidualne nauczanie pozbawiano go możliwości kontaktu z rówieśnikami - tłumaczy ojciec dziewięciolatka. Obwinia szkołę, bo według niego nie stosuje się ona do wytycznych specjalistów, którzy diagnozowali dziecko.
Takich przypadków są setki. Gdy w
Olsztynie szkołę terroryzował 12-latek, ojciec jednej z jego ofiar postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i pobił chłopca. Sprawą zajęła się
policja, chłopak przeszedł do innej szkoły. Psycholog tłumaczy, że współpracuje w jego sprawie z policją i kuratorem sądowym. Matka twierdzi, że jej syn jest prowokowany, i składa skargi na szkołę.
Problemy sprawiają także młodsze dzieci. W Lesku na rozmowę dyscyplinującą do sądu został wezwany siedmiolatek. Szkoła uznała, że jego zachowanie nie mieściło się w normach: chłopiec nie rozróżniał dobra od zła, nie potrafił bawić się z kolegami, usiedzieć spokojnie na lekcji, do nauczycieli zwracał się po imieniu. Z zaciśniętymi pięściami rzucił się na nauczyciela, skopał nauczycielkę, ugryzł kolegę. Również w tej sytuacji rodzice twierdzili, że zachowanie syna to wina szkoły.
W większości te przypadki łączy to, że rodzice i
szkoła popadają w konflikt. - Najczęściej szkoła chce się pozbyć dziecka, z którym sobie nie radzi. Problem widzi tylko po stronie dziecka i jego rodziny, nie dostrzegając, że na lekcji można na takie sytuacje reagować. I że czasami sytuacje w szkole stymulują agresję dziecka. Natomiast dla rodziców, których dzieci już od przedszkola z kilku miejsc wydalano, najważniejsze staje się, by nie dopuścić do kolejnej zmiany. Nie biorą pod uwagę, jak ono się czuje, czy się uczy, jakie ma relacje z rówieśnikami i nauczycielami - opisuje Aleksandra Karasowska, psycholog z Trójmiasta. Od kilkunastu lat pracuje z dziećmi z zaburzeniami zachowania z całej Polski. Każdego tygodnia dostaje kilkanaście takich sygnałów.
Dzieci, których ten problem dotyczy, są przez specjalistów klasyfikowane jako niepełnosprawne. - Niepełnosprawne społecznie - podkreśla Ilona Rzemieniuk ze Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom z Ukrytymi Niepełnosprawnościami. - W poradniach dostają one wskazania do nauczania specjalnego. Nie znaczy to jednak, że mają trafiać do szkół specjalnych, tylko żeby były w specjalny sposób prowadzone w szkołach masowych.
Zaznacza, że są to dzieci w normie intelektualnej, które mają problem z funkcjonowaniem w grupie. Nie ma też wątpliwości, że szkoły nie są przygotowane do pracy z takimi uczniami: - Wynika to z błędnego założenia, że do szkół publicznych będą chodziły tylko dzieci zdrowe, grzeczne i zdolne. Dlatego nie ma tam najczęściej pedagogów specjalnych ani psychologów.
Według niej problem wypływa też z tego, że nauczyciele nie są przygotowywani na takie sytuacje podczas studiów, praktyk i staży. Jakie jest wyjście?
- Coraz częściej mówi się o zatrudnianiu tzw. nauczyciela cienia, który towarzyszyłby trudnemu dziecku w każdym momencie - opowiada Rzemieniuk. - Ale znam przypadki, gdzie do takiej pracy zatrudniano poborowych albo byłe księgowe, które przekwalifikowały się na asystentki osób niepełnosprawnych. Były przekonane, że będą pchały wózek, a dostawały pod opiekę dziecko z zaburzeniami autystycznymi.
Karasowska, która pomaga w takich sytuacjach, podkreśla: - Każdy przypadek wymaga analizy nie tylko przyczyn, ale też czynników, które na dziecko działają zaburzająco. Następnie opracowania strategii, co trzeba zrobić w szkole i w domu. Wymaga to i od szkoły, i od rodziców uznania, że to dziecko specjalnej troski wymagające specjalnych działań. Trzeba szukać rozwiązań i pomagać dziecku, a nie obwiniać się wzajemnie.