Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Nasza marynarka z okrętami z lat 70. i 80. zaczyna tonąć. Już w grudniu w wywiadzie dla "Gazety" szef
MON Tomasz Siemoniak zapowiedział, że nie będziemy dłużej utrzymywali fregat "Kościuszko" i "Pułaski", które dostaliśmy od amerykańskiej armii. - Fregaty są kompletnie niepotrzebne. Wymagają wielkiej załogi, są paliwożerne, drogie, a remont obu to ponad pół miliarda złotych. Plus modernizacja uzbrojenia - mówi nam wiceminister obrony odpowiedzialny za modernizację armii Marcin Idzik.
Wiadomo że nie będzie też remontu okrętów rakietowych "Tarantul" (mają być sprzedane) i przestarzałych okrętów podwodnych klasy koben (pójdą na złom). Pod dużym znakiem zapytania jest doprowadzenie do końca budowy korwety "Gawron".
- Marynarka Wojenna musi teraz pomyśleć o nowych, długofalowych zakupach. Zamówienie jednego okrętu podwodnego, jednego trałowca czy jednej korwety nie rozwiązuje problemu - dodaje Idzik.
Zwłaszcza że to nie koniec problemów z flotą. Dowództwo Marynarki Wojennej przyznaje, że szybko starzeją się inne okręty. Trałowce 8. Flotylli Obrony Wybrzeża będą służyły jeszcze kilkanaście lat. Podobnie okręty transportowo-minowe i kutry transportowe. Do lat 30. będziemy mogli używać okrętu dowodzenia. Na zastąpienie ich wszystkich potrzeba dużo czasu i mnóstwa pieniędzy.
Dlatego MON chce radykalnie zmienić sposób działania Marynarki. Jak? Wielkie, stare okręty z lat 70. i 80. zastąpić nowoczesną bronią. Ale niekoniecznie okrętami. - W programie zakupu śmigłowców aż siedem jest przeznaczonych właśnie dla MW, np. do wykrywania okrętów podwodnych - mówi "Gazecie" wiceminister Idzik. - Będziemy raczej rozwijać siły specjalne zdolne do operowania na morzu. Już w przyszłym roku Marynarka dostanie Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy, zostanie więc uzbrojona w nowoczesną broń, którą może kontrolować Bałtyk z nabrzeża. Okręty także będą potrzebne, ale nie aż tyle. Kupimy np. trałowce czy statki bezzałogowe - tłumaczy wiceszef MON.
Skąd ta zmiana? - Priorytetowym kierunkiem powinien być tzw. Bałtyk Plus. - mówi Idzik. - To oznacza przede wszystkim obronę Morza Bałtyckiego z niewielkim udziałem w operacjach międzynarodowych, które są bardzo drogie.
Bo - jak ocenia MON - szanse na wielki konflikt na Bałtyku z bitwą morską czy desantem nieprzyjaciela na polskie wybrzeże są praktycznie zerowe. Marynarka musi być przygotowana na inne zagrożenia. - Jeśli cokolwiek mogłoby się tu wydarzyć, to atak asymetryczny, np. na gazociąg Nord Stream - uważa Idzik. Dodaje, że do końca marca dowództwo Marynarki Wojennej ma przedstawić, czego potrzebuje, aby te cele osiągnąć.
Ale - jak słyszymy nieoficjalnie - dowódca MW admirał Tomasz Mathea jest w opozycji do niektórych elementów pomysłu MON. Dowództwo Marynarki przygotowuje się do obrony niektórych okrętów. Uważa, że flota powinna opierać się m.in. na korwetach wielozadaniowych, nowoczesnych okrętach podwodnych, lotnictwie morskim i obronie przeciwminowej. Komandor Bartosz Zajda, rzecznik dowództwa Marynarki Wojennej, mówi "Gazecie", że MW analizuje też wprowadzenie jednostek uniwersalnych - na bazie jednej platformy, czyli kadłuba, powstałyby np. okręty ratownicze czy hydrograficzne.
Podkreśla również konieczność zakupu korwet, bo to one przejęłyby funkcje fregat. - Pod warunkiem podjęcia przez MON decyzji o kontynuacji tego projektu - zastrzega kmdr Zajda.
Jednak budowa korwety "Gawron" trwa już dziesięć lat i kosztowała prawie pół miliarda złotych (wydać trzeba jeszcze więcej). Nieoficjalnie wiemy, że MON przychyla się do decyzji o rezygnacji z budowy korwety. A gotowy już kadłub może zostać sprzedany.