http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Matka Madzi działała sama?

Marcin Pietraszewski
2012-02-08, ostatnia aktualizacja 2012-02-07 21:19

Prokuratura skłania się ku wersji, że matce półrocznej Madzi z Sosnowca nikt nie pomógł w ukryciu zwłok córki. Czekają teraz na badania śladów biologicznych z miejsca, gdzie leżało ciało dziecka.

Pod ruiny kolejowego budynku w Sosnowcu, gdzie matka dziewczynki ukryła jej ciało, przyszły setki osób. Zostawiły znicze, kwiaty i zabawki
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Pod ruiny kolejowego budynku w Sosnowcu, gdzie matka dziewczynki ukryła jej...
Półroczna Madzia zaginęła 24 stycznia w Sosnowcu. Katarzyna W., jej matka, zawiadomiła policję, że ktoś ja napadł i porwał córkę z wózka. Dziewczynki przez półtora tygodnia szukała policja. W końcu matka przyznała, że córka wyśliznęła się jej z rąk i uderzyła głową o podłogę. Ze strachu wymyśliła wersję o porwaniu. Ciało dziewczynki było ukryte w parku.

Od soboty podejrzana o nieumyślne spowodowanie śmierci córki Katarzyna W. jest w areszcie.

Od tego czasu prokuratura bada, czy ktoś pomagał matce w ukryciu zwłok dziecka. Z logowania jej komórki wynika bowiem, że w dniu śmierci Madzi nie była w parku Żeromskiego. Albo nie miała przy sobie wtedy telefonu.

Według naszych informacji prokuratura skłania się ku wersji, że matka nie miała jednak wspólnika, bowiem w parku Żeromskiego w Sosnowcu nie logowała się komórka nikogo z jej bliskich. - Ciało było zakopane bardzo płytko. Oceniamy, że gdyby zrobił to mężczyzna, zwłoki byłyby ukryte głębiej - mówi osoba znająca kulisy sprawy.

Policyjni technicy znaleźli na ubranku dziecka oraz w miejscu ukrycia zwłok ślady biologiczne. Pracownicy laboratorium kryminalistycznego sprawdzają teraz, do kogo należały. Wyniki tych badań powinny być jeszcze w tym tygodniu i to one prawdopodobnie potwierdzą, kto porzucił ciało Madzi.

Prokuratura domaga się wyjaśnień na temat incydentu, do jakiego doszło w areszcie w Katowicach. Jak ujawniliśmy, w poniedziałek Katarzyna W. wypiła w celi płyn do mycia naczyń i zostawiał list. Ppłk Luiza Sałapa, rzeczniczka prasowa Służby Więziennej, przez kilka godzin przekonywała wtedy, że nie było takiego zdarzenia. O incydencie nie poinformowano też policji. Jednak nasi informatorzy potwierdzili nam, że kierownictwo placówki wezwało pogotowie, ale kobieta odmówiła przyjęcia leków. - Tak naprawdę nie wiadomo, czy W. cokolwiek wypiła, bo informację o tym przekazała nam siedząca z nią kobieta - mówiła już wczoraj ppłk Sałapa. Wczoraj przyznała też, że do aresztu wezwano pogotowie.

Po tym incydencie matkę Madzi przeniesiono do celi monitorowanej, ma dwie współosadzone i znajduje się pod opieką psychologa. - Od początku uczulaliśmy dyrekcję aresztu, że W. znajduje się w złej kondycji psychicznej i wymaga szczególnie troskliwej opieki - mówiła wczoraj prokurator Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Dlatego teraz śledczy domagają się od służby więziennej pisemnych wyjaśnień. - W zależności od treści tych wyjaśnień zdecydujemy, co dalej z tym robić - podkreśliła prok. Zawada-Dybek.

Bartek W., mąż aresztowanej Katarzyny, w RMF FM przyznał, że pomagał żonie znieść wózek na spacer, po którym kobieta zgłosiła porwanie dziewczynki. Zapewniał, że Madzia żyła. On pojechał do rodziców po drzewo, a żona miała wrócić do domu po pieluchy. Musiało się to stać wtedy przy przebieraniu dziewczynki - wynika z opowieści Bartka W.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 4
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':