Policja o wydanie zgody na podsłuchiwanie Katarzyny W., matki półrocznej Madzi, która miał zostać porwana 24 stycznia w Sosnowcu wystąpiła na kilka dni przed zatrzymaniem kobiety. Funkcjonariusze już kilkadziesiąt godzin po zgłoszeniu uprowadzenia dziecka wiedzieli, że matka dziewczynki nie mówi im prawdy. Z logowań jej komórki do nadajników BTS wynikało, że do miejsca, gdzie miało dojść do porwania musiała biec. Przemieszczała się za szybko jak na spacer z wózkiem. Dodatkowo kilka godzin po tym, jak w telewizji ze łzami w oczach apelowała do porywaczy o zwrot córki, Katarzyna W. poszła do kina na
horror. Nie wiedziała, że jest śledzona przez policję.
Członkowie specjalnej grupy operacyjnej wiedzieli już wtedy, że szukają ciała, a nie żywego dziecka. Liczyli, że dzięki podsłuchowi telefonicznych rozmów kobiety ustalą, co zrobiła z córką. Sąd po przeanalizowaniu zebranych dowodów dał zgodę na podsłuchiwanie telefonu. Podsłuchu nie zdążono jednak zastosować, bo detektyw Krzysztof Rutkowski oznajmił w mediach, że W. przyznała się mu do tego, iż upuściła córkę, a ta po upadku nie dawała znaku życia. Ze strachu wymyśliła więc porwanie.
- Zgoda na podsłuch zadaje kłam opiniom polityków, którzy twierdzą, że
policja za bardzo koncentrowała się na wątku uprowadzenia i zlekceważyła to, że w zaginięcie dziecka może być zamieszany ktoś z rodziny - mówi jeden z katowickich prokuratorów.