http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Andrzej Szczeklik - lekarz człowieka

Dariusz Kortko
2012-02-04, ostatnia aktualizacja 2012-02-03 22:05

Świat zachłysnął się wiarą w nieograniczone możliwości medycyny, a on apelował o opamiętanie

Prof. Andrzej Szczeklik zmarł w piątek w Krakowie w wieku 73 lat
Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Prof. Andrzej Szczeklik zmarł w piątek w Krakowie w wieku 73 lat
ZOBACZ TAKŻE
Pacjenci wierzyli w jego doświadczenie, ale on wciąż wątpił. W książce "Katharsis, czyli o uzdrawiającej mocy natury i sztuki", która jest manifestem lekarza humanisty, napisał: "Gdybyś ty znał, chory człowieku, ogrom mojej niewiedzy, mojej niemocy, gdybyś ty wiedział, jak mało ja wiem...". Tym bardziej dziwiło i wzruszało go zaufanie, jakim obdarzali go chorzy i odpłacali mu za to ludzkie podejście.

Profesor Andrzej Szczeklik był wybitnym lekarzem, specjalistą chorób serca i płuc, kierował II Katedrą Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jego ojciec Edward był twórcą wielkiej szkoły interny. Lekarzami byli też dwaj stryjowie, są nimi dwaj synowie.

W 1975 r. przedstawił teorię rozwoju częstej postaci astmy oskrzelowej, tzw. aspirynowej. Rok później wstrzyknął sobie i przyjacielowi prof. Ryszardowi Gryglewskiemu prostacyklinę, która okazała się pomocna w leczeniu zwężenia tętnic, choroby Bürgera i nadciśnienia płucnego. Opisał jej działanie i wprowadził jej pochodne do aptek.

W 1997 r. dostał pierwszą nagrodę pisma "Lancet" za odkrycie genetycznego podłoża astmy oskrzelowej. Rok później został członkiem honorowym Royal College of Physicians w Londynie za odkrycie zaburzeń krzepnięcia krwi w chorobach serca i otrzymał nagrodę główną Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Opublikował ponad 600 prac w najważniejszych czasopismach medycznych i wydał kilka podręczników.

Co innego jednak czyniło go wielkim lekarzem. Opowiedział mi kiedyś: "Na korytarzu szpitala na tzw. dostawce leżał pacjent. Kończył życie, gdy obok przechodzili lekarze, studenci, goście w zimowych płaszczach. Ktoś się śmiał, ktoś słuchał muzyki. Nikt się nie zatrzymał". Ten obraz go uwierał. Nie podobał mu się kierunek współczesnej medycyny.

Co mógł pacjentowi ofiarować lekarz przed wojną? Antybiotyki wprowadzono dopiero po 1945 r. Wcześniej cięższe zapalenia płuc kończyły się zwykle śmiercią. Potężnym przełomem było też wprowadzenie na początku lat 50. hormonów kory nadnerczy, czyli całej grupy sterydów. Ludzie z chronicznym zapaleniem stawów od lat przykuci do łóżek dostawali parę zastrzyków i wstawali jak Łazarz. Astmy, które przez lata dusiły chorych, łagodniały. Wydawało się, że każdą chorobę będzie można zatrzymać. Gdy jednak do medycyny wkroczyła specjalizacja, lekarze, znawcy wąskich dziedzin, przestali zauważać pacjentów. Leczą ich wątroby, płuca, nerki. A gdzie człowiek? To pytanie dręczyło prof. Szczeklika.

Uparcie uczył wychowanków, jak się zbliżyć do cierpienia, jak zdobyć zaufanie pacjenta, jak wielkie znaczenie w relacji lekarz - pacjent ma współodczuwanie. Pytał, na czym bardziej lekarzom zależy: na tym, by ulżyć pacjentowi, czy na sukcesach i podziwie?

Za wzór stawiał ojca. Gdy był stażystą i do kliniki ojca przywieziono kobietę z nagłym silnym bólem za mostkiem, jedni lekarze podejrzewali zawał serca, inni - pękający tętniak aorty. Kiedy wszyscy dyskutowali, ojciec profesora po prostu zapytał pacjentkę, co jadła na kolację. - Kaczkę - odpowiedziała. Ojciec wziął gastrofiberoskop i kazał szukać kości, bo prawdopodobnie uwięzła jej w przełyku. I tak było. Pomógł jej ktoś, kto nie skupił się na dolegliwościach, ale na człowieku.

Podczas jednego ze spotkań po wydaniu "Katharsis..." do profesora podeszła kobieta: "Dzień dobry, pan mnie nie poznaje? Jestem situs viscerus inversus, czyli odwrócenie położenia trzewi". Profesor popatrzył zdziwiony, więc wyjaśniła: "To było dawno temu, był pan młodym lekarzem, kolejnym, do którego przyszłam się poradzić, i pan rozpoznał, że mam serce po prawej stronie. Czy pan wie, jak mi to pomogło w życiu? Wyszłam za lekarza, tak był zachwycony moim przypadkiem".

- Nasza generacja wyparła śmierć ze świadomości - mówił Szczeklik. - A jeszcze sto lat temu ludzie przygotowywali się do zgonu; akt śmierci był samorealizacją człowieka. Dziś takiego pogodzenia się ze śmiercią już nie ma, a jeśli się zdarza, robi ogromne wrażenie. Objawia się wtedy siła duchowa, której na co dzień nie widać.

Śmierć nagle zabrała Profesora.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3
  • 1
  • 2
  • 2
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':