W piątek detektyw zdyskredytował
policyjne poszukiwania Magdy z Sosnowca. - Matka Katarzyna, mówiąc kolokwialnie, rozwaliła się. Wymyśliła sobie całą tę historię. Udało się wskazać sprawcę - opowiadał przez pięć kwadransów na żywo w
TVN 24.
Wieczorem był gościem "Faktów po Faktach". To triumfalny powrót Rutkowskiego do stacji, która dziesięć lat wcześniej wykreowała go na gwiazdę paradokumentalnym cyklem "Detektyw" (z widownią 1,5 mln). Rutkowski spodziewać się więc może nowych zleceń.
Były milicjant w latach 90. był specem od kradzionych samochodów, potem specem od porwań w ogóle, ostatnio od uprowadzeń
dzieci. "Odzyskuje" je niekonwencjonalnymi metodami. Wczoraj wspomniał o ostatnim "sukcesie" - pomocy rodzicom w uprowadzeniu z Norwegii polskiej dziewczynki, Nicole. Uciekała od rodziny zastępczej przez okno, na linie. Rutkowski przyznał, że łamał prawo i gdyby wpadł, zostałby w Norwegii aresztowany.
Dziś nie chroni go poselski immunitet, dzięki któremu w 2004 r. uniknął aresztowania w Sztokholmie. Trzy lata później w Belgii za podobną akcję - bezprawne pozbawienie wolności, użycie paramilitarnych metod - zaocznie go skazano (odwołał się, ale nie znamy efektu).
Pracowników jego biura detektywistycznego czeka podobny proces w Polsce. Jeden z zarzutów dotyczy wyciągnięcia z lekcji siedmiolatka: na oczach uczniów, przy protestach nauczycielki (Rutkowski działał na zlecenie jego matki).
"Pierwsze strony były przez tydzień" - ten komentarz Rutkowskiego do norweskiej wyprawy po Nicole, wygłoszony wczoraj przed kamerami TVN 24, najlepiej oddaje intencje Rutkowskiego: wynająć się w spektakularnej sprawie, jeśli jest sukces - sprzedać to mediom.
Jeśli nie ma sukcesu - podkulić ogon. Czy ktoś słyszał, by Rutkowski przechwalał się pomocą w poszukiwaniach zamordowanego w 2003 r. Krzysztofa Olewnika? Nie. Usłyszeliśmy o tym dopiero, gdy ojciec Krzysztofa zarzucił Rutkowskiemu wyłudzenie wielkich pieniędzy (Rutkowski odpowiedział procesem o pomówienie). Zapomniano już, że wytypował i podsunął policji historyka sztuki jako sprawcę napadu rabunkowego na szosie. Odkręcenie tego zajęło trzy lata.
O Rutkowskim (w kontekście Nicole) pisano kilka tygodni temu. "Sława" była świeża. Cztery dni po zniknięciu Magdy był już przy rodzinie. W piątek zapewniał, że niemal od początku podejrzewał matkę. Rozwodził się o konfliktach w rodzinie (na wszelki wypadek ma pełnomocnictwa od dziadków). I że o podejrzeniach mówił niektórym dziennikarzom. Przed laty Rutkowski lubił mieć w redakcjach - zwłaszcza tabloidach i telewizjach - "swoich" ludzi. To jego metoda.
Jeszcze ważniejsi dla Rutkowskiego byli zawsze "swoi" policjanci. Widać to było także w piątek, gdy dzielił policjantów na dobrych, którzy sami szybko odkryliby matactwa matki - z komendy w Sosnowcu. I tych z komendy wojewódzkiej ze specgrupy, którzy nie wiedzą, że w 18-stopniowy mróz
policyjny pies nie podejmie tropu, albo nie sprawdzili - mówił Rutkowski - drogi Katarzyny w dniu zaginięcia dziecka po logowaniu jej komórki do stacji bts-ów.
Na dole policjanci często chodzili ręka w rękę z Rutkowskim, wymieniając się operacyjnymi informacjami. Z policyjną górą Rutkowski zwykle miał kłopoty. Nieraz zastanawiano się, czy nie łamie prawa, stosując metody zarezerwowane dla policji. Kiedyś cofnięto mu pozwolenie na broń. Dziś ma zarzut wykonywania usług detektywistycznych mimo zawieszenia koncesji.
Kilka razy stawał przed sądem, ale sprawy były umarzane, bo albo oskarżenia były nietrafione, albo uznawano, że w sumie Rutkowski działał w szczytnym celu. Czy tak będzie i tym razem? Czy "gra operacyjna", jak Rutkowski nazwał wymuszenie na matce Magdy przyznanie się do kłamstwa, ujdzie mu na sucho? Czy znów było to tylko działanie na granicy prawa, bo użył fortelu, a nie przemocy - podstawiając kobiecie rzekomych świadków, którzy zaprzeczą napadowi.
Bo gdy Rutkowski łamał 22-letnią kobietę, zmuszając do przerażającego występu przed kamerą - nie ulega wątpliwości, że co najmniej przekroczył granice moralne i granice smaku.