Trudno w to uwierzyć. Jeszcze kilka dni temu opiekował się troskliwie panią Wisławą Szymborską, a teraz już ona wita go tam gdzieś, dziwiąc się zapewne, że tak szybko do niej dołączył.
Wspaniały, ciepły, mądry lekarz. Humanista pełną gębą. Filozof medycyny, autor głębokich książek "Katharsis" i "Kore", wytrawny badacz, jeden z najwybitniejszych polskich internistów, redaktor biblii dla lekarzy o internie - stale aktualizowanych "Chorób wewnętrznych".
Poznaliśmy się stosunkowo niedawno, ale już podczas pierwszej rozmowy obdarzył mnie szczególnym ciepłem i zainteresowaniem. Dowcipkowaliśmy, opowiadaliśmy o górach, które były także i jego pasją, piliśmy z radością białe
wino. Doskonale mnie zapamiętał i gdy kilka razy prosiłem go potem o coś, reagował natychmiast. Kiedy w ubiegłym roku Fundacja na rzecz Nauki Polskiej zamówiła u mnie tekst o profesorze do jubileuszowego albumu na ich dwudziestolecie, zgodził się bez wahania bym to ja był autorem. Przyjął mnie serdecznie w swojej klinice i wspaniale opowiadał. Po przysłaniu tekstu do autoryzacji zadzwonił: "Jak pan to pięknie napisał,", a to była wyłącznie Jego zasługa, bo to on tak pięknie mówił.
Urodził się w Krakowie. Miał być zawodowym muzykiem, skończył średnią szkołę muzyczną. Ostatecznie wybrał medycynę, o czym zdecydował - jak mi opowiadał - cichy, nieprzymuszający wpływ domu. "Ojciec był profesorem medycyny i choć nigdy z jego ust nie słyszałem >>jak będziesz muzykiem skończysz nie wiadomo gdzie<<, to gdyby nie jego wpływ, może nie zostałbym lekarzem"
Wyboru nie żałował, choć przez pierwsze trzy lata studiów medycyna bardzo go zawodziła. Nic tylko kucie, kucie i kucie. Ale po skończeniu studiów tak bardzo wsiąkł w klinikę, pacjentów, że był już pewien, że na nic innego by się nie zamienił.
Po studiach przez 8 lat pracował we
Wrocławiu i do tego miasta zawsze zachowywał ogromny sentyment. "W
Krakowie, choć przecież nie odżegnuję się od niego, czuło się ten silny konserwatyzm obyczajowy, to olbrzymie ciążenie tradycji, ten snobizm. A we Wrocławiu spotkałem ludzi, którzy wszystko stracili, którzy mieli zupełne inne spojrzenie na świat, którzy śmiali się od rana do wieczora".
Profesor Szczeklik zawsze łączył leczenie chorych z badaniami naukowymi. Ubolewał, że dziś takie łączenie jest coraz trudniejsze i że ten typ lekarza-naukowca zanika, a młodzi ludzie muszą się opowiedzieć - albo badania naukowe, albo pacjenci. Zajmował się m.in. astmą aspirynową i mechanizmem krzepnięcia krwi. Publikował w ważnych czasopismach, recenzował. W 1998 r. dostał najwyższą polską nagrodę naukową - polskiego Nobla.
Jak na jednego człowieka miał nieprawdopodobnie wiele talentów - muzyczny, literacki, badawczy, organizacyjny. Ale przede wszystkim kochał pacjentów i oni też go także uwielbiali.
Jakie są cechy, by osiągnąć sukces w nauce? - pytałem go przed rokiem. "Ważny jest błysk, wyobraźnia. Natomiast u lekarza za najważniejszą cechę uważam pewien upór i nieustępliwość. Powinien przy chorym po prostu siedzieć, nosić go w sobie, nie rezygnować. Oczywiście doceniam wiedzę, inteligencje błyskotliwość. Ale trzeba wracać do chorego, śnić o nim w nocy, polecieć do niego rano, pójść tam po południu. To dla mnie najważniejsze - upór w zmaganiu się z chorobą" - odpowiedział.
Z takim uporem i z sercem opiekował się prof. Szczeklik wspaniałymi krakowskimi artystami, kabareciarzami z "Piwnicy pod Baranami". Rozumiał artystów, bo sam był artystą. Medycyna w jego wykonaniu z pewnością nie była rzemiosłem, lecz sztuką. Artyści mogli niezdrowo żyć, ponieważ od lat czuwał nad nimi On i ratował ich z niejednej opresji. Co z nimi będzie teraz?
Pytałem go też niedawno o marzenia. "Z zawodowych - chciałbym mieć trochę szczęścia w poszukiwaniu tego wirusa, który się przyczynia do rozwoju astmy aspirynowej - mówił. "I w rozwinięciu badań nad krzepnięciem krwi, którymi się dalej bawię. Także inwencji w
pracy nad książką, o jakiej - po "Katharsis" i "Kore" - rozmyślam. A poza tym chciałbym, żeby moi najbliżsi byli zachowani w zdrowiu, żeby mój zespół w Klinice się trzymał. O tym, że zdobędę jakąś górę wielką na wspinaczce, marzyłem dawno temu. Teraz marzę, żeby mnie nogi nosiły. Ale to takie proste marzenia, że aż wstyd powiedzieć."
Niedawno redakcja poprosiła, żebym pojechał do Krakowa i zrobił wywiad z profesorem o niedawno wydanych książkach popularyzujących medycynę. Zwlekaliśmy, gdyż wiedzieliśmy jak bardzo jest zajęty przy chorobie pani Wisławy.
Niestety, nie będzie już ani tego, ani następnych wywiadów. Nie ma profesora. Zostawił nam jednak swoje książki, swoje prace, swój uśmiech. Będziemy pamiętać o jego poczuciu humoru i o wielkiej ilości dobra, jaką wyświadczył innym.