Krzysztof P. z
Łodzi napisał do partnerki długi list: że podejrzewa ją o zdradę i boi się porzucenia. Przygotował nóż i tasak. Ale nie rzucił się na ukochaną. Tasakiem zabił własnego syna, 12-letniego Mateusza. Pięcioletniej Antosi połamał nogi, ciotkę dzieci bardzo poważnie zranił w głowę. Później się powiesił. To tragedia sprzed dwóch dni. W październiku młoda mieszkanka
Bydgoszczy udusiła dwuletnią córeczkę i wyskoczyła przez okno. W sierpniu na wyspie Jersey Polak zabił sześć osób, w tym dwójkę własnych dzieci. We wszystkich przypadkach powodem były kłopoty rodzinne. Dlaczego tak się dzieje?
Rozmowa z prof. Aleksandrem Araszkiewiczem* Agnieszka Urazińska: Krzysztof P. już nie wytłumaczy, dlaczego zabił. W liście napisał, że chce się zemścić. Co się musi stać, żeby człowiek był zdolny do takiego czynu? Prof. Aleksander Araszkiewicz: Bardzo często chodzi o coś, co eufemistycznie nazywamy nieporozumieniem między partnerami. Zabójca to zazwyczaj osoba, która mogła nawet nie mieć zdiagnozowanych kłopotów psychicznych. Człowiek bardzo skupiony na sobie, egoistyczny, niedopuszczający możliwości, że coś może się potoczyć inaczej, niż zaplanował.
W ostatnich latach media wielokrotnie informowały o sytuacjach, gdy oprawca zabija swoje dzieci, bo ma konflikt z żoną. Ale żony przeżywają. Dlaczego mężczyzna nie atakuje osoby, z którą miał zatarg? - Po pierwsze, takie działanie dotyczy obu płci. Niedawno w Bydgoszczy
kobieta zabiła dwuletnie dziecko i wyskoczyła przez okno. Wszystko z zemsty na partnerze. W przypadku takich zabójstw nie ma miejsca na rzeczową ocenę sytuacji. Zabójca ma trudności z kontrolowaniem emocji, jego system wartości jest zaburzony. Koncentruje się na tym, aby zrealizować swój plan - skutecznie się zemścić. A przy okazji, gdy odbiera matce to, co najcenniejsze - czyli dzieci - rani ją najmocniej, jak to możliwe.
W Kutnie mężczyzna zabił swoich trzech synów, a do ich matki wysłał SMS-a: ''Odbiorę ci wszystko, co najcenniejsze''. Sam odebrał sobie życie. Podobno żona chciała go zostawić. Były policjant udusił w Łodzi dwójkę swoich dzieci. Żona chciała go opuścić. - Tamte zdarzenia i to ostatnie mają podobny schemat i bardzo kojarzą mi się z niedawną masakrą na wyspie Jersey z udziałem polskiej rodziny. Tam mężczyzna, w czasie grilla, zabił byłą żonę, dzieci, teścia i przyjaciół. Później sam próbował odebrać sobie życie.
Przy okazji innej tragedii rodzinnej - także w Łodzi, gdy mężczyzna zabił dwójkę swoich dzieci i żonę, a później popełnił samobójstwo - rozmawialiśmy o samobójstwach rozszerzonych. Czy ostatnią sytuację również można tak nazwać? - Nie, bo inny jest motyw. W tym przypadku chodziło o karę, a samobójstwa rozszerzone popełniane są w poczuciu ''troski'' o los najbliższych. Często z miłości: kocham was, muszę więc i was uchronić przed złem, przed cierpieniem. Sprawcami są najczęściej osoby z bardzo ciężką depresją, które świat widzą wyłącznie z czarnych barwach i wierzą, że tylko śmierć może rozwiązać problem.
Najbliższych możemy podejrzewać o złą wolę, partnerów - że chcą nam utrudniać życie. Ale trudno chyba zapobiec takim tragediom. Bo nie sposób sobie wyobrazić, że rodzic będzie chciał zabić własne dziecko... - Może nas zaalarmować ciężka, pogłębiająca się
depresja u partnera, charakterystyczna dla samobójstw rozszerzonych. Ale nie ma symptomów, które zwiastowałyby wyraźnie plany zabójstwa z zemsty. Konflikty z partnerem? Agresja słowna? Złość czy awantury? To przecież może się zdarzać w każdej rodzinie. Przestępstwo, niestety, też. Kiedyś o przypadku, gdy ginie dziecko, bo dorośli mają kłopoty z porozumieniem, słyszałem sporadycznie. Teraz takie przypadki zdarzają się kilka razy do roku.
Dlaczego? - Żyjemy coraz szybciej, często w potwornym stresie. Borykamy się z problemami materialnymi. Jesteśmy pod ogromną presją. A na dodatek - nie rozmawiamy o tym. Odzwyczailiśmy się od komunikacji, nie mamy na nią czasu, nie mamy z kim rozmawiać. Presja narasta. Czujemy się jak w blaszanej puszce. I wybuchamy. Na dodatek jesteśmy oswojeni z przemocą, bo przekazy medialne ociekają krwią i my się do tego widoku przyzwyczajamy.
Ale dzieci powinniśmy przecież chronić. - A co się dzieje na sprawach rozwodowych? Tam też rodzice często traktują potomstwo przedmiotowo. Dzieci stają się kartą przetargową, bo rodzice rozstają się, są zranieni, walczą. O uczuciach najmłodszych zapominają, choć przecież nie chodzi im o to, by zranić dziecko. W przypadku zbrodni z zemsty dzieci też mają być tylko ofiarą pośrednią. Prawdziwym celem i odbiorcą ostatecznego ciosu ma być partner.
*prof. dr hab. med. Aleksander Araszkiewicz pracuje w Katedrze i Klinice Psychiatrii Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 w Bydgoszczy, zajmuje się m.in. samobójstwami rozszerzonymi