NSA orzekał w słynnej już sprawie odmowy prezydenta pokazania ekspertyz konstytucjonalistów, którymi się kierował podpisując nowelizację ustawy o
OFE. Chodziło o fundamentalną zmianę sposoby inwestowania naszych składek emerytalnych
Prawo autorskie ma ostatnio dobry czas. W imię jego ochrony
USA nakłoniły Komisję Europejską do związania się kontrowersyjną umową ACTA - do której zresztą same, póki co, nie przystąpiły. Teraz Naczelny Sąd Administracyjny objął prawem autorskim opinie, na podstawie których władza podejmuje kluczowe nieraz dla społeczeństwa decyzje. O ile w obronie ACTA można argumentować, że to chroni właścicieli praw autorskich przed wzięciem za darmo tego, co oferują do sprzedania, to w przypadku opinii i ekspertyz przygotowanych za publiczne pieniądze trudno użyć tego argumentu. Ich autorzy już bowiem sprzedali swoją opinie: dostali nasze, publiczne pieniądze od organu władzy, który zamówił je w ramach sprawowania obowiązków opłacanego z naszych podatków. Nie ma więc mowy o kradzieży czy choćby nawet uszczupleniu dochodów autora ekspertyzy.
A skoro już kupiliśmy ekspertyzę, to trudno argumentować, że ktoś w nieuprawniony sposób może używać myśli wyrażonych przez autora, jeśli tylko będzie cytował źródło. Jeśli nie zacytuje - autor może go pozywać o plagiat.
Gdyby zakazać wykorzystywania myśli będących w obiegu publicznym, to powinniśmy zlikwidować media, które zajmują się albo wytwarzaniem tych myśli (chcąc je chronić nie powinny ich publikować) albo ich cytowaniem (wtedy powinny być ścigane za naruszenie praw autorskich do myśli wyrażonych przez inne osoby). Przed taką obłędną interpretacją prawa autorskiego chroni nas, na szczęście, prawo cytatu (można cytować za darmo powołując się na źródło).
Chroniąc prawem autorskim opinie wydane na zlecenie władzy publicznej wchodzimy natomiast na bardzo niebezpieczną ścieżkę: utajniania działania władz. I odbieramy społeczeństwu możność uczestnictwa w procesie nie tylko stanowienia prawa, ale i wyznaczania kierunków polityki społecznej i gospodarczej państwa.
Prawdziwą kontrowersją przy udostępnianiu opinii i ekspertyz nie jest zresztą wcale wzgląd na prawa autorskie. Chodzi o to, że ich autorzy nie chcą, by było wiadomo, że współpracują z partią X czy Y, albo z Kancelaria Prezydenta. Bo jeśli np. w przyszłości będą kandydować na jakieś funkcje publiczne, to ktoś im może to wytknąć. Albo nie chcieć u nich zamawiać opinii, skoro współpracował z polityczną konkurencją. Część ekspertów nie chce ujawnić nazwisk, bo mogliby się spotkać z zarzutem konfliktu interesów. Wreszcie bywa i tak, że ekspert co innego głosi publicznie, a co innego pisze w opinii - bo akurat tej treści opinia była zamawiającemu potrzebna. I choć na konkretne zagadnienie można patrzeć z różnych stron, to taki ekspert w oczach swojego środowiska mógłby stracić na wiarygodności.
Takie są interesy ekspertów, którzy chcieliby pozostać anonimowi. Na drugiej szali są nasze interesy: konstytucyjne prawo (art. 61) do informacji o działaniach władzy publicznej i do dostępu do dokumentów z tym związanych. To nie jest prawo do zaspokajania ciekawości, tylko prawo, dzięki któremu możemy stawać się społeczeństwem świadomych obywateli współuczestniczących w sprawowaniu władzy dzięki publicznej debacie.
Nie kupuję argumentu, że jawność ekspertyz odstraszy wybitne nazwiska. Jeśli ktoś się ma wstydzić swojej ekspertyzy - to lepiej niech jej nie pisze. A jeśli władza chce się poradzić mądrego człowieka - niech poprosi go o konsultacje zamiast zamawiać ekspertyzę.
Sprawa o ekspertyzy do ustawy o OFE pokazuje też, ze ekspertyzy mogą służyć do mydlenia oczu. Jak się okazało w trakcie procesu przed sądem administracyjnym, prezydent podpisując ustawę wcale nie miał opinii jej dotyczących. Miał jedynie opinie zamówione do projektu - na etapie prac rządowych.
Na nieistniejące opinie Kancelaria prezydenta powoływała się też np. przy podpisaniu przez prezydenta w lecie nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej, która - dzięki tzw. poprawcę Rockiego wyłączała spod obowiązku udostępniania szeroką kategorię informacji istotnych dla interesu gospodarczego państwa, ale zbyt mało ważnych, by opatrzyć je klauzulą tajności.
Władza ukrywa przed nami proces podejmowania decyzji, bo traktuje nas jak przeszkodę w skutecznym prowadzeniu polityki. I stara się ten brak transparentności usankcjonować prawem. Temu ma służyć "poprawka Rockiego". Temu służy zredukowanie do minimum konsultacji społecznych (konsultowane są tylko - z rzadka - projekty założeń do ustaw, a nie projekty ustaw. I tylko z wybranymi podmiotami). Naszą gwarancją, że nie zostaniemy wyeliminowani z tego procesu miała być ustawa o dostępie do informacji publicznej. Dzięki takim wyrokom sądu administracyjnego, jak ten w sprawie OFE władza może odbić i ten przyczółek